|
Album roku 1967
singulair.serwis |
W roku 1967 świat zajmował się wojną. Wojną w Wietnamie, wojną sześciodniową, wojną z Żydami w obrębie KC PZPR, wojną o pokój, wreszcie wojną o bilety na koncert Rolling Stones w warszawskiej sali kongresowej.
W 67 roku odbył się Festiwal w Monterey, może mniej legendarny niż późniejsza zbiorowa autohipnoza młodego pokolenia na polach Woodstock, ale z całą pewnością bardziej istotny artystycznie.
67 rok to początek Ruchu hippisowskiego, początek wydawania magazynu Rolling Stone i początek dyktatury Nicolae Ceaușescu.
W roku 67 zmarł Zbyszek Cybulski. W Boliwii zastrzelony został Ernesto Guevara, a w jego miejsce w Wielkiej Brytanii uruchomiono pierwszy bankomat
Chciałbym żebyśmy zrobili finał w niedzielę 11 maja, ale jeszcze się okaże.
Lista wstępna:
The 13th Floor Elevators - Easter Everywhere Albert Ayler - Albert Ayler in Greenwich Village AMM - AMMMusic Joan Baez - Joan Gary Bartz Quintet - Libra The Beatles - Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band The Beatles - Magical Mystery Tour Belfast Gypsies - Them Belfast Gypsies Blackout- Blackout Paul Bley - Virtuosi David Bowie - David Bowie Lester Bowie - Numbers 1 & 2 Peter Brotzmann - For Adolph Sax Marion Brown – Three for Shepp Tim Buckley - Goodbye And Hello Buffalo Springfield - Buffalo Springfield Again Eric Burdon & The Animals - Winds of Change Gary Burton - Duster The Byrds - Younger Than Yesterday Canned Heat - Canned Heat Captain Beefheart and His Magic Band - Safe as Milk Ray Charles - Invites You to Listen Leonard Cohen - Songs of Leonard Cohen Graham Collier - Deep Dark Blue Centre Judy Collins - Wildflowers John Coltrane - Expression John Coltrane - Kulu Sé Mama Country Joe & The Fish - Electric Music for the Mind and Body Cream - Disraeli Gears Wolfgang Dauner – Free action Miles Davis - Sorcerer Miles Davis - Miles Smiles Ewa Demarczyk - Ewa Demarczyk śpiewa piosenki Zygmunta Koniecznego The Deviants - Ptooff! Bill Dixon - Intents and Purposes: The Jazz Artistry of Bill Dixon Wolfgang Dauner – Free action Donovan - Mellow Yellow The Doors - The Doors The Doors - Strange Days Julie Driscoll, Brian Auger & the Trinity - Open Bob Dylan - John Wesley Harding The Electric Prunes - Underground Duke Ellington - Duke Ellington's Far East Suite The Don Ellis Orchestra – Electric bath Bill Evans - Further Conversation with Myself John Fahey - Volume 6: Days Have Gone By Fifty Foot Hose - Cauldron The Free Spirits - Out of Sight and Sound Greatful Dead - The Grateful Dead Tim Hardin - Tim Hardin 2 Roy Harper - Come Out Fighting Ghengis Smith Joe Harriott and John Mayer Double Quintet – Indo-Jazz Fusions The Jimi Hendrix Experience - Are You Experienced The Jimi Hendrix Experience - Axis: Bold as Love Andrew Hill - Compulsion H.P. Lovecraft - H.P. Lovecraft The Incredible String Band - The 5000 Spirits or the Layers of the Onion Jefferson Airplane - Surrealistic Pillow Jefferson Airplane - After Bathing at Baxter's Jan Johansson - Jazz på ryska Kaleidoscope - Tangerine Dream Albert King - Born Under a Bad Sign The Kinks - Something Else by The Kinks Roland Kirk - Here Comes the Whistleman Andrzej Kurylewicz - 10 + 8 Charles Lloyd - Love-In Charles Lloyd – Journey within Love - Forever Changes Miriam Makeba - Pata Pata Pat Martino - El Hombre John Mayall and The Bluesbreakers - A Hard Road The Moody Blues - Days of Future Passed The Mothers of Invention - Absolutely Free The Nice - Thoughts Of Emerlist Davejack Nico - Chelsea Girl Czesław Niemen - Dziwny jest ten świat Nirvana- The Story Of Simon Simopath Pearls Before Swine - One Nation Underground Pink Floyd - The Piper at the Gates of Dawn Jean Luc Ponty – Sunday walk Procol Harum - Procol Harum The Red Crayola - The Parable of Arable Land Sam Rivers - Contours The Rolling Stones - Their Satanic Majesties Request Pharoah Sanders - Tauhid Archie Shepp - The Magic of Ju-Ju Manfred Schoof – Manfred Schoof Sextett Irene Schweizer Trio - Jazz Meets India Van Morrison- Blowin' Your Mind Wayne Shorter - Adam's Apple Spontaneous Music Ensemble - Withdrawal Cat Stevens - Matthew and Son Strawberry Alarm Clock - Incense and Peppermints Cecil Taylor - Conquistador! Traffic - Mr. Fantasy McCoy Tyner - The Real McCoy Vanilla Fudge - Vanilla Fudge The Velvet Underground & Nico - The Velvet Underground & Nico The Who - The Who Sell Out Frank Wright – Your prayer
dnia Nie 18:56, 11 Maj 2014, w całości zmieniany 12 razy
Albo coś przeoczyłem albo na liście propozycji nie widzę Ewy Demarczyk wykonującej piosenki Zygmunta Koniecznego 
Listę propozycji formułujemy razem. Napisałem swoje propozycje, teraz dopisuję Wasze. Np Demarczyk.
Dorzucam:
Belfast Gypsies - Them Belfast Gypsies Jan Johansson - Jazz på ryska Kaleidoscope - Tangerine Dream
I teraz mamy ten śmieszny motyw, że Conquistador! wyszedł w 1966. CIekawe ilu jeszcze osobom nie będą się pokrywały lata.
RYM mówi że 67 Discogs że 66. Poszukam więcej info.
Niewiele mogę Państwu zaoferować, ale proponuję album jednego z trzech króli chicagowskiego bluesa:
Albert King - Born Under a Bad Sign
Sam za nim jakoś szczególnie nie przepadam, ale ceniony jest i uznawany za wpływowy. Na ten przykład Clapton jeszcze w tym samym roku w "Strange Brew" próbował naśladować solówkę z "Crosscut Saw".
A skoro jest Hard Road Mayalla to równie dobrze można dorzucić Canned Heat - Canned Heat
Odnośnie Taylora - Conquistador! chyba faktycznie wydano w 66. Może Mahavishnu wie na pewno?
Jeśli chodzi o "Conquistador!" to na wikipedii też 1966, podobnie u Scaruffiego. Mimo wszystko podejrzewam, że podobnych wątpliwości będzie stosunkowo niewiele.
Ogółem patrząc teraz na the best of 1967 na RYMie to potem mi się połowa płyt nie pokrywa z ruskim trackerem, tj. mają inne daty powpisywane - dziwni ci rosjanie.
No, z połowę z tej listy dobrze znam, niektóre słyszałem kiedyś, będzie co ssać z netu.
Ale Satanic już jest
No właśnie zdawało mi się, że nie ma, ale później zauważyłem.
Tim Buckley - Goodbye And Hello
Van Morrison- Blowin' Your Mind Nirvana- The Story Of Simon Simopath Nie są to jakieś wielkie płyty, ale przesłuchać można.
Van Morrison- Blowin' Your Mind (...) Nie są to jakieś wielkie płyty, ale przesłuchać można.
Tytułowy utwór jest świetny. Reszty mój mózg nie zasejwiwał.
Powiem szczerze, że mnie wizja tego plebiscytu jednocześnie ekscytuje i przeraża.
W latach 70 będziesz miał 4 razy więcej płyt.
Odnoszę podobne wrażenia co Filas Pamiętam, że dotychczas ciężko było mi się zebrać, żeby przesłuchać sporą ilość płyt z danego roku - a w przypadku lat 60-tych nie mam wyjścia.
Wtedy 2 miesiące to będzie za mało...
Wtedy 2 miesiące to będzie za mało...
To zrobimy w 3. Poza tym spróbuj sobie policzyć ile płyt z roku 67 już znasz, a ile znasz np. z 74. Płyt do ogarnięcia jest więcej, ale też pozycja wyjściowa każdego z nas jest inna niż teraz.
Teraz będę musiał słuchać tylko muzy z '67 ;s
Dobrze Ci zrobi taka systematyzacja Sam chętnie sobie pewne płyty poprzypominam.
Obecnie słucham The Deviants - Ptooff! i jest tak, jak zapamiętałem: trochę hippisowskiego międlenia, sporo czegoś, co 8 lat później nazywało się punk rockiem, do tego trochę naiwnych eksperymentów. Bardzo fajny to był zespół.
Też go zaczynam słuchać. A nazwę pierwszy raz słyszę :/
Ptooff! to według mnie najlepszy ich album. Jeszcze spoko był kolejny, ten z zakonnicą na okładce, ale pamiętam, że mi się nieco mniej podobał.
A swoją drogą piszcie tu co sądzicie o przesłuchanych płytach. Polecajcie innym co tam se chcecie i w ogóle, nakurwiajcie salto 
ja to chyba podejdę do sprawy od dupy strony, bo freejazzami z RYMa urwanymi, wszak chciałem się za to zabrać od dawna, a flowerpowerowa strona mniej mnie kręci - wszak to jeszcze nie ta całkiem odjebana psychodela :/
No ten Ptooff! to całkiem spox album, prosty i wydaje mi się wyjątkowo cichy jak na psychodele. Więcej nie napiszę na razie, ale wrażenia są pozytywne ;s
A ja słucam Buffalo Springfield i też mi się podoba.
Tak w ogóle to dzięki plebiscytowi w końcu zapoznam się z twórczością Beefhearta, bo to tak trochę głupio go nie znać.
Tak w ogóle to dzięki plebiscytowi w końcu zapoznam się z twórczością Beefhearta, bo to tak trochę głupio go nie znać. To załóż sobie z góry wielokrotny odsłuch, bo do tej muzyki trzeba przywyknąć, choć nie wiem jak z "Safe as milk", bo nie kojarzę żebym słuchał...
Dewianci faktycznie spoko.
no pstrąża maska twardo kopje, ale safe as milk jest imo bardzo przystępne
Polecam Duke Ellington's Far East Suite. Bardzo fajny big bandowy jazz z elementami muzyki wschodniej Azji
Odnośnie Taylora - Conquistador! chyba faktycznie wydano w 66. Może Mahavishnu wie na pewno? Jeśli chodzi o "Conquistador!" to na wikipedii też 1966, podobnie u Scaruffiego. Piero Scaruffi nie jest dobrym źródłem jeżeli chodzi o oficjalne daty wydawania albumów. Nagminnie przy poszczególnych płytach umieszcza daty ich rejestracji a nie oficjalnego wydania. Poza tym popełnia jeszcze inne błędy. Przykłady pierwsze z brzegu: Ornette Coleman – Free jazz – podaje 1960, data wydania 1961 Herbie Hancock – Mwandishi – 1970/ powinno być 1971 W tych dwóch przypadkach kierował się zapewne datą rejestracji utworów, nie jest jednak konsekwentny, gdyż: Keith Jarrett – Expectations 1971 – w tym wypadku nagrania zarejestrowano w 1972 roku i wydano w tymże – nie pasuje zatem nic Miles Davis – Big fun – tym razem namieszał już zupełnie – nagrania z tej płyty pochodzą z sesji z lat 1969, 1970, 1972 - ukazały się oficjalnie w 1974 roku, tymczasem Scaruffi podaje datę 1970 (z tego roku pochodzi tylko jeden utwór z tej płyty). Takich przykładów można podać jeszcze sporo, jednak szkoda na to czasu.
Jutro w wolnej chwili podam garść propozycji do zestawienia rocznikowego, o których warto jeszcze wspomnieć.
Z tymi samymi problemami boryka się praktycznie każde źródło, to jest, z brakiem jakiegoś ustalonego standardu tego, co się podaje, i stąd te jazdy.
Sam pomysł z podawaniem daty nagrania zamiast daty wydania (tudzież obu dat) wydaje mi się dobry, to istotne zwłaszcza w przypadku albumów które przeleżały kilka lat zanim zostały w końcu wydane, ale jeżeli Scaruffi jest przy tym tak niekonsekwentny, to rzeczywiście niczemu to nie służy.
Greatful Dead - The Grateful Dead Nico - Chelsea Girl
"Scaruffi to zjeb" Czarek Zieliński
Daty nagrania uważam za istotne w przypadku albumów z muzyką klasyczną, gdzie często trafiam na kompilacje utworów zarejestrowanych w różnych latach, nawet znacznie wcześniej niż data wydania. Wtedy z uporem przeszukuję wszelkie możliwe źródła, aby dotrzeć do właściwych informacji. Natomiast w przypadku całej reszty rzadko zwracam uwagę na rozbieżności pomiędzy nagraniem a wydaniem i nie sprawdzam tego zbyt dokładnie.
numer katalogowy Blue Note (BLP 4260) wskazuje jednoznacznie na 1967 rok.
Jak czytać numery katalogowe żeby nie były tylko szeregiem liter i cyfr?
po prostu szuka wg. nazwy katalogowej na diskogsach i innych. Posłuchałem Aylera - teraz nie mam energii życiowej.
numer katalogowy Blue Note (BLP 4260) wskazuje jednoznacznie na 1967 rok.
Jak czytać numery katalogowe żeby nie były tylko szeregiem liter i cyfr? Numer katalogowy płyty dobrze pokazuje chronologię ukazywania się albumów na rynku. Być może czasami są jakieś odstępstwa od zasady, jednak w przypadku „Conquistador” wszystko zdaje się pasować. Od numeru BLP 4255 (Jimmy Smith - I'm Movin' On) zaczynają się płyty wydane oficjalnie w 1967 roku. Album Cecila Taylora „Conquistador” to BLP 4260. Kolejne po nim konsekwentnie pochodzą także z 1967 roku. Sprawdziłem dla pewności daty wydania tych płyt, które są przed lub po albumie Taylora. Wszystko się zgadza.
Problem z datami płyt polega na tym, że niektóre strony podają czas nagrania, natomiast inne oficjalnego ukazania się na rynku. „Conquistador” to typowy przykład w tej kwestii.
John Fahey - Volume 6: Days Have Gone By
"Scaruffi to zjeb" Czarek Zieliński No, tak było.
Dorzucam do listy jeszcze ponad trzydzieści płyt. Głównie są to pozycje jazzowe.
AMM - AMMMusic Joan Baez - Joan Gary Bartz Quintet - Libra Paul Bley - Virtuosi David Bowie - David Bowie Lester Bowie - Numbers 1 & 2 Peter Brotzmann - For Adolph Sax Marion Brown – Three for Shepp Graham Collier - Deep Dark Blue Centre Judy Collins - Wildflowers Wolfgang Dauner – Free action Bill Dixon Orchestra - Intents And Purposes Donovan - Mellow Yellow Julie Driscoll, Brian Auger & the Trinity - Open The Don Ellis Orchestra – Electric bath Bill Evans - Further Conversation with Myself The Free Spirits - Out of Sight and Sound Tim Hardin - Tim Hardin 2 Roy Harper - Come Out Fighting Ghengis Smith Joe Harriott and John Mayer Double Quintet – Indo-Jazz Fusions Roland Kirk - Here Comes the Whistleman Charles Lloyd - Love-In Charles Lloyd – Journey within Pat Martino - El Hombre The Nice - Thoughts Of Emerlist Davejack Jean Luc Ponty – Sunday walk Pharoah Sanders - Tauhid Archie Shepp - The Magic of Ju-Ju Manfred Schoof – Manfred Schoof Sextett Spontaneous Music Ensemble - Withdrawal Cat Stevens - Matthew and Son The Who - The Who Sell Out Frank Wright – Your prayer
Warto odnotowac, ze w '67 zmarl John Coltrane
Blackout- Blackout
Żeby łatwiej było się Wam odnaleźć zapodam kilka konkretnych poleceń.
CzI:
The 13th Floor Elevators - Easter Everywhere - Winda to świetne, żywiołowe granie. Wiadomo, chłopaki założyli rock psychodeliczny, ale dopiero tutaj grali muzykę, która się z tym nutem wszystkim kojarzy.
Albert Ayler - Albert Ayler in Greenwich Village - Murzyński łomot: mocarny, ale nastawiony na klimat (jednak), chociaż rozumiem, że nie każdemu uda się ten klimat wychwycić.
Buffalo Springfield - Buffalo Springfield Again - Zespół Neila Younga grał jak Neil Young. Bardzo udana płyta. Dalszych rekomendacji nie potrzeba.
Eric Burdon & The Animals - Winds of Change - Kolejna płyta lepsza, ta jest jeszcze niezbyt równa, ale momenty ma niesamowite. Kwintesencja ziołowej medytacji.
Gary Burton - Duster - Płyta w stylu prawie fjużyn, ale jeszcze nie fjużyn. Fajny skład (Coryell, Swallow, Burton, Haynes), urokliwe granie.
Bill Dixon - Intents and Purposes: The Jazz Artistry of Bill Dixon / Bill Dixon Orchestra - Intents And Purposes - Jazzowe arcydzieło. Doskonały album i absolutna czołówka tego rocznika.
David Bowie - David Bowie
mahavishnuu, ty tak poważnie, czy nas trollujesz, przecież to są niedojrzałe nudziarstwa kolesia który nie ma pomysłu na muzykę i na siebie i mówię to będąc fanem Bowiego.
Może mu chodziło o ten album na którym było Space Oddity, ale on wyszedł w '69...
Tamten to bym jeszcze zrozumiał, bo właśnie zaczął mieć pomysł, ale ten debiut...
Też czytałem, że debiut Bołjego z deczka był lipny, ale myślę, że i tak warto przekonać się samemu.
A z listy Mahavishnu już sporo jazzów zassałem. Niektórych (Bley, Schoof) nie udało mi się jeszcze znaleźć, ale będę szukał wytrwale.
Sextet Schoofa jest na sólsiku, wiem, bo właśnie kradnę hehe
Także nie jestem fanem tej płyty, ale uznałem że na liście propozycji może się od biedy znaleźć, bo w końcu na forum są fani Bowiego. Jak widać nie bezkrytyczni. No i dobrze. 
Generalnie, jak patrzę sobie na listę płyt z szeroko pojętego rocka z tego rocznika to mało spośród nich jestem jeszcze w stanie słuchać. Strasznie to jeszcze infantylne i siermiężne, do tego mocno się już zestarzało. Dlatego postawię głównie na jazz.
Możecie się też czasami podzielić linkami, ehehe 
Dobra, sesja rozkurwiona ostatecznie. Mogę ogarniać zagadnienia do egzaminu z "rok 1967 r." w Wyższej Szkole Brodaczy im. Captaina Beefhearta.
Bill Dixon - Intents and Purposes: The Jazz Artistry of Bill Dixon - zdołałem już raz przesłuchać. Dobre, wykręca flaki. A w zasadzie to nie, bo to dosyć "cichy" free jazz. W zasadzie miałem wrażenie jakby leciał cały czas jeden utwór. Nie polecam słuchać Filasowi na początek, bo będzie gadał, że po co słuchać banalnego flała pała, skoro jest to. 
The Kinks - Something Else by The Kinks - około 20 wesołkowatych pioseneczek trwających 2-4 minuty na utwór, a jako całość około godziny. Pozbawione jakichś większych eksperymentów, wydaje się zwykłe na tle Beatlesów. Choć z drugiej strony nie tak archaiczne jak np. Love. Czyli jest to rzecz trudniejsza do ogarnięcia dla brodaczy niż pozycja powyżej.  Już kiedyś do niego podchodziłem nie raz, ale dopiero teraz znalazłem motywację, żeby cierpliwe wysłuchać. Jak to pop, w końcu zwyczajnie wpadło w ucho, co ułatwiło zrozumienie "fenomenu" tego albumu (tzn. dlaczego krytycy się nad nim spuszczają), w sensie zauważenia różnych patentów. Dla mnie: fajne. Choć polecam głównie mintajom-hipsterom. 
Captain Beefheart and His Magic Band - Safe as a Milk - Historia podobna jak powyżej. Jest to dosyć konwencjonalne granie ze drobnymi smaczkami, dlatego jak kiedyś podchodziłem to nie chciało mi się zagłębiać. Wydaje mi się, że nie jest to pozycja na podium, bo uczestniczyła we współtworzeniu rocka w podobnym stopniu jak wielu innych. Ale tak w ogóle to fajne linie basu są i na razie "Electricity" najlepsze. 
Country Joe & The Fish - Electric Music for Body and Mind - Akurat niedawno tego słuchałem niezależnie od zabawy. Słyszałem, że album wielce wpływowy. Tytuł może sugerować, że to jest coś pokroju Silver Apples, jednak w rzeczywistości to staroć-flała pała-rock. Podobnie jak u Kinksów prostota może być pewną przeszkodą. Jednak po kilku odsłuchach przestało mi przeszkadzać, że to takie banalne. Zauważyłem za to ciekawą pracę gitary. Nie jest to chyba pozycja na podium, ale też nie na dno. Choć gdy się zestawi z albumami Hendrixa z tego samego roku to CJ&F wyda się bardzo odległe w czasie. 
Z tym co napisał Kol. Cipa (czy coś w ten dekiel) zasadniczo się zgodzę, mam tylko kilka uwag pomniejszych.
Kinks to ważny, bardzo wpływowy zespół, który muzycznie wypływał ponad przeciętność od wielkiego dzwona. Nie pamiętam już ile było faktycznie dobrych kawałków na Something Else. Ze dwa? Ale usłyszeć ich trzeba, nawet jeśli się nie chce.
Love na pierwsze kilka rzutów ucha jest przeciętne i archaiczne (no dobra, archaiczne jest obiektywnie), ale po którymś odsłuchu się rozkręca. Pamiętam, że kiedy pierwszy raz słuchałem Forever Changes, a było to przed wielu laty, dałem mu dwie gwiazdki na RYMie. Obecnie mam go ocenionego na czwórkę i żadnej w tym przesady. Dlatego radzę tutaj nie sugerować się pierwszym wrażeniem.
Debiut Beefhearta to dość prosta muza jak na niego, ale świetna. Warto docenić tą zwykłość w niezwykłości, bo mało któremu artyście się ona przytrafiła.
dnia Wto 23:47, 18 Luty 2014, w całości zmieniany 1 raz
Mnie porwało "Jazz Meets India". Wspaniały album, strasznie niedoceniany, przynajmniej tak mi się wydaje. Z kolei i the byrds i vanilla fudge okazały się ledwo niezłymi psych-rockami, ci drudzy zresztą byli chyba jakimś coverbandem bitelsów.
Mnie porwało "Jazz Meets India" the byrds i vanilla fudge okazały się ledwo niezłymi psych-rockami, ci drudzy zresztą byli chyba jakimś coverbandem bitelsów.
Byrds jest miłe i dobrze robi na nastrój, z Vanilla Fudge mamy podobną sytuację co z The Kinks - muza taka sobie, ale to niezwykle wpływowy album (wzorowali się na nim Purple i w ogóle większość ostro grających kapel) i poznać go trzeba.
Generalnie, jak patrzę sobie na listę płyt z szeroko pojętego rocka z tego rocznika to mało spośród nich jestem jeszcze w stanie słuchać. Strasznie to jeszcze infantylne i siermiężne, do tego mocno się już zestarzało. Dlatego postawię głównie na jazz. Chyba wypisałeś receptę na moją chorobę. Tak się zastanawiam, czy wziąć udział w tej zabawie, bo większości tych płyt z propozycji (czyli głównie rockowych) nie znam i nie do końca jestem przekonany, czy chce mi się tego wszystkiego słuchać, bo nic bardzo odkrywczego nie znajdę. Wolę poznawać nieznany mi jazz niż rock, więc chyba się ograniczę do tego klimatu, poza kilkoma wyjątkami oczywiście 
Polecajki cz2:
John Coltrane - Kulu Sé Mama - Trane miał kilka jeszcze lepszych płyt, ale ta też jest wielka. Numer tytułowy to arcydzieło.
Cream - Disraeli Gears - Niby oczywistość, ale wcale nie jestem tego pewien. Ten album nie każdego chwyta od razu, więc jeśli ktoś słuchał i uznał, że "nawet fajne" radziłbym, żeby posłuchał jeszcze kilka razy.
Love - Forever Changes - To samo co przy Disraeli Gears. Słowo w słowo.
Jefferson Airplane - Surrealistic Pillow - To samo co przy Disraeli Gears i Forever Changes. Słowo w słowo.
Fifty Foot Hose - Cauldron - Jeffesony + coś jakby Silver Apples + coś jakby proto heavy metal? Raz jest mega kosmicznie, potem bardzo ostro (jak na 67 rok) i tym sposobem mamy jeden z lepszych albumów rockowych w zabawie.
Irene Schweizer Trio - Jazz Meets India - Nazwa precyzyjnie mówi nam co to za muzyka. Rewelacyjna płyta!
Ja osobiście z Love mam ten problem, że pierwsze dwa-trzy utwory spoko, a im dalej tym więcej jest tego psychodeliczno popowego biadolenia którego serdecznie nie znoszę. Cała reszta jest okej, ale wolę jednak kwaszenie efektami.
Dzisiaj do Disraeli Gears się w sumie nawet dosyć mocno przekonałem, bo patrząc na rok i fakt, że grają dosyć konwencjonalne rzeczy to brzmi to kurde ciekawie.
dnia Śro 00:40, 19 Luty 2014, w całości zmieniany 1 raz
Love na pierwsze kilka rzutów ucha jest przeciętne i archaiczne (no dobra, archaiczne jest obiektywnie), ale po którymś odsłuchu się rozkręca. Pamiętam, że kiedy pierwszy raz słuchałem Forever Changes, a było to przed wielu laty, dałem mu dwie gwiazdki na RYMie. Obecnie mam go ocenionego na czwórkę i żadnej w tym przesady. Dlatego radzę tutaj nie sugerować się pierwszym wrażeniem. A tu akurat mam podobnie, bo za pierwszym podejsciem dałem Love trzy gwiazdki. Wydali mi się zbyt popowi, ale niedawno sobie odświeżyłem i do mnie dotarł w końcu ten album. I mam teraz 4, gdyby nie kilka lekko słabszych utworów to by nawet dał 4,5. Chodziło mi tylko własnie o to, że Kinksy brzmią bardziej współcześnie.
Generalnie, jak patrzę sobie na listę płyt z szeroko pojętego rocka z tego rocznika to mało spośród nich jestem jeszcze w stanie słuchać. Strasznie to jeszcze infantylne i siermiężne, do tego mocno się już zestarzało. Dlatego postawię głównie na jazz.
Zgadzam się z tym stwierdzeniem.
"Jazz Meets India" miejscami przypomina mi Hosiannę Mantrę, czy ja bredzę czy dobrze mi się zdaje.
Miriam Makeba - Pata Pata Czesław Niemen - Dziwny jest ten świat Ray Charles - Invites You to Listen
Nie doszukałem się na liście, ale możliwe że przeoczyłem.
"Jazz Meets India" miejscami przypomina mi Hosiannę Mantrę, czy ja bredzę czy dobrze mi się zdaje. Wydaje mi się, że nie. No oprócz sitaru, którego słychać prawie na każdej płycie z 67' roku.
A ja sobie słucham "Goodbye and Hello" i kompletnie nie rozumiem tak słabych ocen. Może to jest album w trochę innym stylu niż późniejsze, ale nadal jest bardzo fajny.
Ze swojej strony także polecę kilka pozycji.
Zapomniałem umieścić w propozycjach to dość interesujące przedsięwzięcie. The Zodiac – „Cosmic sounds” – coś dla zwolenników psychodelii. Przyjemny concept album oparty na znakach zodiaku. Uwagę zwraca na nim prekursorskie użycie syntezatora Mooga przez Paula Beavera. Przed laty często wskazywano jako prekursora Keitha Emersona. Sam pamiętam, jak przed laty jeden z dziennikarzy radiowych stwierdził, że w „Lucky man” Keith uczynił to jako pierwszy. Dzięki Moogowi płyta The Zodiac ma charakterystyczny, kosmiczny klimat i ładnie wpisuje się w psychodeliczną estetykę tamtych czasów. Jeśli weźmiemy namiar na to, że jest to rocznik 1967 to brzmi całkiem świeżo.
Pharoah Sanders – „Tauhid” – drugi album solowy saksofonisty. Już z okresu, gdy grał w grupie Coltrane’a. Muzyka przywodzi oczywiście późnocoltrane’owske skojarzenia, jednak trzeba przyznać, że Sanders jest już tutaj wyraźnie na drodze do wypracowania własnego, indywidualnego stylu. To mocny album. Muzyka jest urozmaicona, nie brak delikatnych, wręcz eterycznych fragmentów, które kontrastują z niezwykle ekspresyjnymi free jazzowymi partiami solowymi. Nie jest to jeszcze poziom takich jazzowych monumentów, jak „Karma” czy też „Jewels of thought”, jednak w roczniku 1967 u mnie mocno powalczy o pierwszą dziesiątkę.
Cecil Taylor – "Conquistador" – jeśli szukacie ekstremalnych doznań muzycznych to płyty tego pana to dobry wybór. Ten album to obok „Unit structures” jego sztandarowe dzieło lat 60-tych. Taylor był jednym z tych, który w znacznie mniejszym stopniu niż inni jego koledzy z ówczesnej free jazzowej awangardy odwoływał się do tradycji afroamerykańskiej. W bardziej lub mniej świadomy sposób budował mosty między modern jazzem a „poważną” współczesną awangardą, szczególnie tą z kręgu darmstadzkiego. To ciężka muzyka, ale warto się w nią wgryźć. Jego słynne fortepianowe kaskady i klastery, niezwykła ekspresja i witalność świetnie wpisują się we free jazzową estetykę.
Frank Wright – „Your prayer” – coś dla fanów free jazzu w jego klasycznej i dość typowej konwencji. Nie jest to z pewnością fundamentalna pozycja dla gatunku, niemniej warta poznania. Wprawdzie ma swoje wady – w pewnym sensie panowie grają tu nieco „na jedną nutę” - muzyka jest dość statyczna w warstwie dynamicznej i agogicznej, przez co po pewnym czasie staje się dość przewidywalna. Rekompensują to jednak ogniste i bezkompromisowe partie solowe.
The Moody Blues – „Days of future passed” – z historycznego punktu widzenia to bardzo ważny album. Chronologicznie - drugi krążek zespołu protoprogresywnego, wydany tuż po debiucie Procol Harum. Pierwszy concept album w progresie, do tego dochodzi jeszcze wykorzystanie na dużą skalę orkiestry symfonicznej. Partie mellotronu Mike’a Pindera stały się także ważnym punktem odniesienia dla różnych grup okołoprogresywnych z tamtych czasów. Po latach ten album brzmi już archaicznie, jednak jest to ważny dokument epoki, który trzeba znać. Swoją drogą, niedawno pojawił się na forum wątek – „Albumy na romantyczny wieczór we dwoje”. Moodies nadają się do tego idealnie. Sprawdzałem. 
"Jazz Meets India" miejscami przypomina mi Hosiannę Mantrę, czy ja bredzę czy dobrze mi się zdaje. Wydaje mi się, że nie. No oprócz sitaru, którego słychać prawie na każdej płycie z 67' roku. A fortepian?
dnia Śro 19:29, 19 Luty 2014, w całości zmieniany 2 razy
Saaa
Czerwone Kredki też miałem polecać. Wybitny album jak na muzykę rockową.
nie wiem czy to kwestia zbiorowej sugestii czy co, ale jak dzisiaj w głowie pozbierałem do kupy Red Krayolę, to zacząłem rozumieć skąd te oceny. A wcześniej jawiło mi się to jedynie jako mniej lub bardziej przyjemna kakofonia. lol.
Traffic - Mr. Fantasy - Znakomite połączenie większości możliwych elementów wczesnego rocka - trochę psychodelii, odrobina jazzu, nieco bluesa i soulu i coś jakby proto-prog. Znakomity album znakomitego zespołu. Tej wielkości może nie słychać od razu, bo to nie jest Genesis ani King Crimson, które atakują dźwiękiem od pierwszych taktów. To bardziej amerykańska muzyka - niezobowiązująca, ale dzięki temu wspaniała.
Strawberry Alarm Clock - Incense and Peppermints - Uroczy, lekki rock psychodeliczny. Kiedyś ten album wydawał mi się lepszy niż wydaje się teraz, ale nadal uważam, że warto go znać.
The Mothers of Invention - Absolutely Free - W 67 wydano kilka płyt jazz-rockowych, ale żadna z nich nie była dziełem tak świadomym jak powyższa. Absolutely Free nie ma takich melodii jak Traffic i nie buja jak The Trinity, ale jak się w nią dokładnie wsłuchać to aż trudno uwieżyć, że to album rockowy.
Sam Rivers - Contours - Rewelacja. Avant-jazz bardzo wysokiej próby. Ustępuje największym arcydziełom, ale nie na tyle, żeby nie móc nazwać go Wielkim. Nie wyobrażam sobie, żeby któryś z forumowych fanów jazzu mógł tej płyty nie znać.
Odnośnie płyty Franka powyżej, to zacząłem jej słuchać ostatnio. Po kilku zabawnych parodystycznych kawałkach właśnie pozytywnie zaskoczyło mnie to jazzowanie. 
Nie wiem czy to dobre, bo jeszcze nie słuchałem, ale natrafiłem na to w encyklopedii muzyki elektronicznej, jakimś cudem dorwałem, kisiło się na dysku aż sobie przypomniałem teraz, że jest 1967 r.
Pierre Henry - Messe Pour Le Temps Présent Et Musique Concrète
Ponieważ w ogóle ciężko znaleźć jakieś informacje na temat albumu daję linka: http://www.allmusic.com/album/messe-pour-le-temps-present-mw0000710896
oraz próbkę: http://www.youtube.com/watch?v=8dEFQow-3JM Brzmi na taki se rock psychodeliczny z bajeranckimi efektami. 
Pierre Henry to zdaje się jakaś poważna persona jest w świecie muzyki, ale ciężko o jakiekolwiek informacje.
Jeśli chodzi o muzykę elektroniczną z '67, to polecam takie cudeńko: Perrey and Kingsley - Kaleidoscopic Vibrations: Electronic Pop Music From Way Out
Bardzo lekka, wręcz kiczowata muzyka, jednak istotna z perspektywy historycznej.
http://www.youtube.com/watch?v=Zt43W6eRhp4
Pierre Henry to zdaje się jakaś poważna persona jest w świecie muzyki, ale ciężko o jakiekolwiek informacje. Nawet bardzo poważna. To w końcu jeden z prekursorów muzyki konkretnej. Tyle, że w jego przypadku to już raczej sfera tej "poważnej" awangardy, którą mieliśmy nie brać pod uwagę. Choć faktycznie od biedy ten krążek, który zapodałeś można podciągnąć pod awangardową psychodelię. W przypadku Henry'ego bardziej będzie pasował jego słynny album nagrany w 1969 roku z grupą Spooky Tooth - rockowa msza "Ceremony".
Dzięki za wyjaśnienie. Po przesłuchaniu mogę powiedzieć, że 1/3 albumu to dłubanie w skrzypiących drzwiach czy coś takiego.
Archie Shepp – „The Magic of Ju Ju” – jeden z najlepszych albumów tego saksofonisty. W tym czasie trzymał się jeszcze dość mocno tej bardziej ortodoksyjnej formuły free, choć miejscami słychać już odwołania do bardziej tradycyjnego grania, co w przyszłości stanie się niestety dominującym elementem w jego twórczości. Najmocniejsze punkty tej płyty to dwie najdłuższe kompozycje. Tytułowa wypełniła całą pierwszą stronę winyla – to de facto niemal w całości bardzo długie solo na saksofonie z bardzo oszczędnym akompaniamentem. Najbardziej wyszukanym utworem w sferze kompozytorskiej jest zamykający album „Sorry ‘bout that”, dobry przykład na nowoczesne free jazzowe granie. Myślę, że ta płyta spokojnie powinna się zmieścić u mnie przynajmniej w pierwszej dwudziestce.
The Don Ellis Orchestra – "Electric bath" – arcydzieło big bandowego jazzu. Ellis umiejętnie łączy na tej płycie tradycje z nowoczesnością, otwiera się na nowe trendy, tworząc własną, indywidualną formułę grania. Niezwykle urozmaicone i wyszukane aranżacje, bogactwo motywiczne, świetny klimat. To jeden z tych albumów, którym inspirował się Frank Zappa tworząc “Grand Wazoo”. Muzyka jest niezwykle bogata w sferze rytmicznej (eksperymenty z przeróżnymi nieparzystymi metrami), kolorystycznej – „Open Beaty” zachwyca wysublimowaną atmosferą, skrzącymi się dźwiękami elektrycznego fortepianu, przywołując skojarzenia z davisowskim „In a silent way”. Z kolei „Indian lady” eksponuje potęgę big bandowego brzmienia - to prawdziwa galopada skumulowanych dźwięków, misternie zaaranżowanych przez Ellisa. Co tu dużo pisać, według mnie to wybitny album i jeden z poważnych kandydatów do zwycięstwa w prywatnym rankingu w tym roczniku. Swoją drogą, gdy usłyszałem go kiedyś po raz pierwszy wydał mi się niezły i niewiele więcej. Jest to album, który zdecydowanie zyskuje z każdym przesłuchaniem.
Joe Harriott and John Mayer Double Quintet – "Indo-Jazz Fusions" – mamy tutaj do czynienia z bardzo podobnym konceptem, jak w przypadku płyty Irene Schweizer, która zdaje się być cichą bohaterką tego rocznika. W przypadku albumu Harriotta i Mayera idea także sprowadzała się do próby syntezy muzyki hinduskiej i jazzu. Różnice sprowadzają się do sfery stylistycznej. Schweizer odwoływała się w znacznie większym stopniu do awangardy, mamy tam przecież partie dęciaków o wyraźnie free jazzowej proweniencji. Z kolei projekt Harriotta i Mayera to próba zespolenia muzyki indyjskiej z post bopem – w sumie udana.
Jean Luc Ponty – Sunday walk - Miły jazz ze skrzypcami. Miejscami bardzo miły, więc szczerze polecam. Część starszych forumowych wyjadaczy Pontyego dobrze kojarzy, tyle że ze słodziuchnego późnego fusion, przez które fanom awangardy trudno przebrnąć. Ze słuchania jego starych dokonań można mieć dużą frajdę. Dzięki za polecenie Mahavishnu!
The Rolling Stones - Their Satanic Majesties Request - to pewnie wszyscy znamy, ale może jednak nie, więc przypomnę. Stonesi udający Bitli i Syda Barretta byli przebierańcami, ale grali jak trza. Dla mnie jest to czołówka brytyjskiej psychodelii lat 60'.
The Electric Prunes - Underground - Niby zwykły rock z epoki, ale jednak niezwykły. Bardzo lubię ten album. Pitolenie gitary prowadzącej rozpoznałbym z wielu mil i we mgle. Możemy chyba przyjąć, że Underground to jedna z zapowiedzi klasycznego hard rocka. Nie ma cudów, ale i nie ma wstydu. Warto!
Julie Driscoll, Brian Auger & the Trinity - Open - Jedna z pierwszych w pełni jazz-rockowych płyt w historii. Jakość zgromadzonego materiału nie olśniewa, jest dobrze, ale da się lepiej i to o wiele. Rzecz w tym, że względy historyczne niejako wymuszają znajomość tego wydawnictwa. Nie powiem, żebym wradzał do tego często, ale jak już słucham to się nie nudzę.
dnia Czw 18:09, 20 Luty 2014, w całości zmieniany 1 raz
– W sumie spoko rzecz, słuchałem ze 3 razy w życiu, wczoraj odświeżyłem, posłuchałem, przeleciało i tyle.
dnia Czw 21:06, 20 Luty 2014, w całości zmieniany 1 raz
Roy Harper – “Come Out Fighting Ghengis Smith” – brytyjski bard na krętej drodze do wielkości. Ten album jest często pomijany. Zazwyczaj znajomość z tym muzykiem zaczyna się od „Folkjokeopus”, który rozpoczyna klasyczny okres w jego twórczości. Tymczasem krążek z 1967 roku także zasługuje na uwagę. Sporo tu całkiem udanego materiału. Nie jest to oczywiście żadna rewelacja, ale poznać na pewno warto. Muzyka, jak to u Harpera w tym okresie, ma subtelny i kameralny charakter. Większość płyty wypełniają delikatne ballady, w których Roy akompaniuje sobie na gitarze akustycznej. Słychać na niej próby urozmaicenia warstwy fakturalnej i formalnej, eksperymenty z bardziej rozbudowanymi kompozycjami („Circle” i utwór tytułowy). W sumie całkiem przyjemna rzecz.
Wolfgang Dauner – „Free action” – europejski wariant free jazzowego muzykowania. Obok Daunera pojawiło się na tej płycie kilku słynnych artystów, którzy są kojarzeni z inną muzyką (Jean-Luc Ponty i Eberhard Weber). Dominują na niej dość radykalne poszukiwania sonorystyczne. Free jazz zachodnioniemiecki przybierał w tamtych latach często dość ekstremalną formę. Wystarczy przywołać poszukiwania twórcze takich artystów, jak: Peter Brotzmann, Manfred Schoof czy też Alexander von Schlippenbach i jego Globe Unity Orchestra. Na „Free action” muzycy starają się maksymalnie poszerzać paletę środków artykulacyjnych swoich instrumentów. Jeżeli kojarzycie Ponty’ego z jego jazz-rockowych płyt z drugiej połowy lat 70-tych to możecie przeżyć szok. Skrzypek francuski pokazał na tym krążku zgoła odmienne oblicze – mocno awangardowe, jego gra niejednokrotnie jest wręcz amelodyczna, skupiona na poszukiwaniach brzmieniowych. „Free action” nie jest najwybitniejszym osiągnięciem Daunera, jednak z pewnością warto po niego sięgnąć. Najlepsze rzeczy robił w latach 1970-1974, kiedy to w oryginalny i twórczy sposób eksperymentował z elektroniką, łącząc ją z free jazzem, jazz-rockiem i muzyką hinduską.
Odświeżyłem sobie „Expression” Johna Coltrane’a i w zasadzie wrażenia mam takie same, jak po poprzednich odsłuchach. Bardzo nierówna płyta. Tradycyjnie wynudził mnie oparty przede wszystkim na improwizacjach na flecie „To be”. Dużo lepsza jest druga strona płyty winylowej – przede wszystkim świetne solówki Coltrane’a na tenorze w „Offering” i „Expression”. Nie wiem czy ten album wskoczy u mnie do pierwszej trzydziestki. Natomiast z pewnością załapie się „Kulu Se Mama”. To już jest mocna rzecz. Podzielam pogląd Bartosza na temat tej płyty. W tym wypadku rządzi zdecydowanie utwór tytułowy z pierwszej strony analogowego krążka.
Ewa Demarczyk - "Ewa Demarczyk śpiewa piosenki Zygmunta Koniecznego" – to jedyny polski album, który umieszczę w pierwszej trzydziestce. W polskim jazzie nic szczególnie wybitnego w tym roku się nie ukazało, natomiast big beat trudno brać poważnie pod uwagę. Nawet płyty Niemena z tego okresu są dla mnie trudne do zdzierżenia. Problem z polską muzyką będzie tej natury, że gdy od mniej więcej 1970 roku będą pojawiać się pojedyncze pozycje godne uwagi to w tym czasie na Zachodzie nastąpi prawdziwy wysyp znakomitych wydawnictw. Dlatego naszym rodzimym albumom ciężko będzie załapać się do czołowej trzydziestki.
W polskim jazzie nic szczególnie wybitnego w tym roku się nie ukazało,
A 10 + 8 Kurylewicza? Fantastyczny album według mnie. Płyty Nahornego i Trzaskowskiego też są dobre, choć faktycznie nie na tyle, żeby myśleć o przyznaniu im miejsca na liście. Ale Kuryl niemal na pewno w mojej trzydziestce się znajdzie.
dnia Czw 23:54, 20 Luty 2014, w całości zmieniany 1 raz
“Seant” Trzaskowskiego nawet nie brałem pod uwagę w tym roczniku kierując się chronologią. Tak przy okazji - znowu pojawiają się różne daty wydania płyty 1966/1967. Dinozaury umieściły ją pod 1966. Kurylewicza nie słuchałem już bardzo dawno. Pamiętam tylko, że zaskoczył mnie tym, że poszedł ostro w stronę free jazzu, a znałem go z zupełnie innej strony. Słuchałem wtedy tej płyty tylko raz. W takim razie muszę ją sobie przypomnieć. Zobaczymy, jak to zabrzmi po latach.
Aretha Franklin - I Never Loved a Man the Way I Love You
Pearls Before Swine - One Nation Underground - Uroczy, nastrojowy folk rock z epoki dzieci kwiatów, okraszony - w wypadku Pearls Before Swine stanie się to regułą - obrazem Wielkiego Mistrza, tym razem był to Mistrz Bosch. Kolejny album (Balaklava) okazał się ich największym dziełem, ale debiut też jest niczego sobie.
The Incredible String Band - The 5000 Spirits or the Layers of the Onion - Ci folkowcy ze Szkocji nie zawsze do mnie trafiali, ale ten album naprawdę im się udał. Dziwaczny, ale dość melodyjny. I - a jakże - psychodeliczny, jak wszystko w tamtych czasach.
Jefferson Airplane - After Bathing at Baxter's - Naćpani Dżefersonowi odwalili tu naprawdę dobrą robotę. Wątpię, żeby pamiętali nagrywanie tej płyty, ale słuchania jej nie da się zapomnieć. Mocna, narkotyczna jazda.
McCoy Tyner - The Real McCoy - Jedna z większych płyt rocznika. McCoy nie grał jeszcze wtedy murzyńskich epopei narodowych i nie chodził w dziwnych ubraniach po ulicy, ale słuchać w tym zalążki jego późniejszego stylu, choć jest to jeszcze granie bardziej standardowe.
dnia Pią 20:24, 21 Luty 2014, w całości zmieniany 1 raz
Czyli co? Nie liczymy Interstellar Space? Bo Zaury liczyły.
Formalnie było wydane chyba w '74...
Nie liczymy Interstellar Space?
Nie, uwzględniamy daty wydania.
Z polecenia Mahavishnowego: Graham Collier - Deep Dark Blue Centre - Świetna płyta, gdzieś między Mingusem a Davisem, oczywiście ustępująca im obu, ale trudno czynić z tego zarzut. Polecam wszystkim, zwłaszcza osobom, które planują odlecieć w kierunku free. Radykalna awangarda szybciej porusza, ale trudno ją dogłębnie pojąć nie znając tego od czego wychodzi.
dnia Pią 21:45, 21 Luty 2014, w całości zmieniany 1 raz
No, już sprawdziłem. W ogóle w tym zestawieniu dinozaurowym jest dużo płyt, które według naszej umowy (data wydania), nie powinny się tam znaleźć. Myślę, że także tutaj dużo osób zrobi takie błędy i dlatego się zastanawiam, czy osoba podliczająca głosy jak natknie się na listę z takimi błędami nie powinna odesłać jej do poprawki. Wiem, że to jest więcej roboty, ale może unikniemy wtedy Interstellar Space, Atlantis i innych w roczniku 1967.
Aha. To jeszcze nie było wspomniane:
Janis Joplin - Big Brother & the Holding Company
Nie martw się, jak znajdę błędy na listach to zwrócę na nie uwagę, niemniej myślę, że będzie ich bardzo niewiele.
Panie i Panowie, czemu się wybacza Dylanowi, że nie umie śpiewać? Uprzedzając niektóre odpowiedzi: podobno tekst się nie liczy w muzyce.
Panie i Panowie, czemu się wybacza Dylanowi, że nie umie śpiewać? Uprzedzając niektóre odpowiedzi: podobno tekst się nie liczy w muzyce.
Bo brzmi wspaniale jak tak śpiewa przez nos i zaciąga końcówki. A tekst się liczy, tylko nie w każdej muzyce.
Panie i Panowie, czemu się wybacza Dylanowi, że nie umie śpiewać? Uprzedzając niektóre odpowiedzi: podobno tekst się nie liczy w muzyce.
Z tego samego, co w przypadku wszystkich innych wokalistow rockowych. Obejrzyj jakies opery, to zrozumiesz co to znaczy 'umiec spiewac'.
Dylan śpiewał 10 razy lepiej od Kobajna, od wszystkich punkowców, pewnie lepiej od Iana Curtisa itd, po za tym bardzo trafnie wyrażał głosem emocje, śpiewał bardzo szczerze i naprawdę miał dobrą głowę do ilustracji muzycznej swoich piosenek. Natomiast teksty w folku i muzyce bardów się liczą, tak samo jak w rapie i kilku innych przypadkach, Dylan będąc niezgorszym poetą, szczególnie jak na muzyka, jakby nie patrzeć, rockowego, którzy w większości piszą teksty z mega-dupy.
Index - Index Morning Dew - Morning Dew
Ze swojej strony także polecę kilka pozycji.
Zapomniałem umieścić w propozycjach to dość interesujące przedsięwzięcie. The Zodiac – „Cosmic sounds” – coś dla zwolenników psychodelii. Przyjemny concept album oparty na znakach zodiaku. Uwagę zwraca na nim prekursorskie użycie syntezatora Mooga przez Paula Beavera. Przed laty często wskazywano jako prekursora Keitha Emersona. Sam pamiętam, jak przed laty jeden z dziennikarzy radiowych stwierdził, że w „Lucky man” Keith uczynił to jako pierwszy. Dzięki Moogowi płyta The Zodiac ma charakterystyczny, kosmiczny klimat i ładnie wpisuje się w psychodeliczną estetykę tamtych czasów. Jeśli weźmiemy namiar na to, że jest to rocznik 1967 to brzmi całkiem świeżo.
Jestem w trakcie słuchania i w sumie ta płyta mnie zjada, bo uwielbiam takie właśnie brzmienie, więcej by się przydało.
The Beat of the Earth - The Beat of the Earth. I może będę irracjonalny, ale chyba będzie wysoko u mnie.
dnia Pon 00:34, 24 Luty 2014, w całości zmieniany 2 razy
The Moody Blues - Days of Future Passed - fani muzyki do "Żółtej łodzi podwodnej" i "Snow Goose" będą zachwyceni... Ale w sumie nie mówię, że nie warto tego w ogóle słuchać. Jednak z protoplastów proga zdecydowanie wolę Procol Harum.
Nie tylko fani "Śnieżnej gęsi", ogólnie miłośnicy symfonicznego proga.
Procol Harum też dobre, ale ich bardziej cenię za drugi album wydany w 1968, moim zdaniem najbardziej udany w całej dyskografii.
Debiut Procol Harum jest, moim zdaniem, nadmiernie eksponowany w dyskografii zespołu. Wiadomo, że pod względem historycznym jego rola jest niepodważalna – to w końcu chronologicznie pierwsza płyta protoprogresywna w pełnym tego słowa znaczeniu. Pod względem artystycznym wyżej oceniłbym wspomniany przez gharvelta „Shine On Brightly” i „Grand Hotel” (mój numer jeden, jeśli chodzi o płyty studyjne). Jednak zdecydowanie najbardziej podoba mi się żywiec „Procol Harum Live In Concert with the Edmonton Symphony Orchestra”. Po usłyszeniu koncertowej wersji suity „"In Held 'Twas In I" nie wracam już od dawna do tej oryginalnej z „Shine On Brightly”.
W przypadku Moodies jest podobnie. Najbardziej znany (głównie za sprawą „Nights in white satin”) jest „Days of future passed”, ktory odegrał istotną rolę w rozwoju gatunku w latach 60-tych, jednak takie płyty, jak: „To Our Children’s Children’s Children”, „Every Good Boy Deserves Favour” i „Seventh Sojourn” są ewidentnie lepsze, biorąc pod uwagę różne elementy przekazu muzycznego
Jeszcze jeden problem. Jak mamy dajmy na to takich blusołamaczy z Mayallem to w przypadku ich Ciężkiej Drogi bierzemy pod uwagę przy ocenianiu tylko pierwsze 14 utworów, a nie te co tam podochodziły później, taaak?
Liczy się tylko to, co ukazało się oryginalnie na winylu. W razie wątpliwości trzeba sobie zobaczyć, jak to oryginalnie wyglądało. Na wielu albumach dostępnych w sieci tych bonusów jest co niemiara. Tak jest np. na debiucie Beefhearta "Safe as a milk", remastery The Who dosłownie toną w bonusach. W przypadku płyt jazzowych oprócz typowych bonusów czasami umieszcza się także alternatywne wersje utworów.
The Moody Blues - Days of Future Passed - fani muzyki do "Żółtej łodzi podwodnej" i "Snow Goose" będą zachwyceni... Ale w sumie nie mówię, że nie warto tego w ogóle słuchać. Jednak z protoplastów proga zdecydowanie wolę Procol Harum. Mnie już skręca się w żołądku jak sobie pomyślę, że będę miał sobie ten album przypomnieć. Procol Harum to po prostu dużo lepszy zespół.
The Moody Blues - Days of Future Passed - fani muzyki do "Żółtej łodzi podwodnej" i "Snow Goose" będą zachwyceni... Ale w sumie nie mówię, że nie warto tego w ogóle słuchać. Jednak z protoplastów proga zdecydowanie wolę Procol Harum. Mnie już skręca się w żołądku jak sobie pomyślę, że będę miał sobie ten album przypomnieć. Procol Harum to po prostu dużo lepszy zespół.
Poważnie? W dzisiejszym planie miałem do przesłuchania zarówno PH jak i MB. O ile to drugie było za bardzo Moody i potrafiło irytować, tak PH wydało mi się po prostu nudne z kulminacją na nie mniej irytującym "Whiter..".
Nie odnoszę się do zespołów, tylko do dwóch płyt biorących udział w zabawie.
Ale rozumiem, że obie te płyty są wielkie, bo "Staszek tutaj jako pierwszy użył melotronu, a Zbyszek na basie odkrył nową technikę".
Ja sobie nie przypominałem i tak nie ma szans na moją 30. Tak samo będę robił z Yesami czy ELP-ami, bo nie mam ochoty po raz któryś siadać do tego (no do ELP siadałem mniej, ale do Yesów kilka dobrych razy, ale mi to nie leży, więc jebie mię).
Debiut Procol Harum jest, moim zdaniem, nadmiernie eksponowany w dyskografii zespołu. Wiadomo, że pod względem historycznym jego rola jest niepodważalna – to w końcu chronologicznie pierwsza płyta protoprogresywna w pełnym tego słowa znaczeniu. Pod względem artystycznym wyżej oceniłbym wspomniany przez gharvelta „Shine On Brightly” i „Grand Hotel” (mój numer jeden, jeśli chodzi o płyty studyjne). Jednak zdecydowanie najbardziej podoba mi się żywiec „Procol Harum Live In Concert with the Edmonton Symphony Orchestra”. Po usłyszeniu koncertowej wersji suity „"In Held 'Twas In I" nie wracam już od dawna do tej oryginalnej z „Shine On Brightly”.
W kwestii The Moody Blues trudno mi się wypowiadać, bo znam ich wyłącznie z lat 60'. Nie będę udawał, że mi się jakoś szczególnie podobali (In Search of the Lost Chord to była męka), ale też nie ma co przesadzać z krytyką Days of Future Passed. Taka sobie płyta, dość pretensjonalna, ale znam gorsze. Poza tym Nights in White Satin jest urocze i zawsze ten utwór lubiłem.
Heee i tak Mudi Blues czego by nie nagrali, to byłoby to lepsze od Pixies, no nie? xD xD xD
A tak trochę poważniej to dziś słuchałem tego Days of Future Passed i to chyba już nie dla mnie, było tam parę sympatycznych fragmentów, ale jakoś za słodkie i cukierkowe to wszystko. Zaś debiut PH jest całkiem niezly, pamiętam, że jakoś 2 lata temu przesłuchiwałem ich dyskografię i to była jedyna ich płyta, do której wróciłem więcej niż 2 razy.
PS nie wiem co takiego fajnego w Grand Hotelu
PS nie wiem co takiego fajnego w Grand Hotelu
Monarchistyczny klimat.
Nie no "Nights in White Satin" jest bardzo spoko. Wszyscy go znają z radiowej Trójki, choć nie słuchają. Pan Staszek użył w nim po raz pierwszy melotronu i w ogóle. Problem na płycie jest z tą orkiestracją bajkową. Debiut PH uważam za miły i przyjemny. Nie wiem co się uważa o nim i o innych płytach. Całkiem niedawno, przed rozpoczęciem zabawy sam chciałem się zabrać za PH i wstępne wrażenia były w stylu "ale nudy", "czy oni mają jedynie te kilka dobrych kawałków?", ale jak się człowiek przysłuchał tej grze pana Zbyszka (na gitarze i organkach), drobnym smaczkom, to stwierdził, że to całkiem fajne a i nie brzmi jak wszystkie Hippisy dookoła.
Ja aż tak dobrze nie znam się na twórczości obu, ale słuchając pierwszych płyt Procol Harum, miałem wrażenie, że słucham dość ambitnego zespołu rockowego, potrafiącego nieźle nawet komponować, którego wadą jest nieco męcząca maniera wokalna. Oczywiście nie jest to za bardzo w moim guście, ale w sumie może być.
Gdy słuchałem debiutu Moody Blues miałem wrażenie, że jest tu wszystko to, co Trójkowi fani mylnie utożsamiają z progresem - patos, landrynkowe brzmienie i niezbyt ciekawe, często wręcz prostackie kompozycje. Czyli taki neoprog powstały przed pojawieniem się właściwego proga. 
Gdy słuchałem debiutu Moody Blues miałem wrażenie, że jest tu wszystko to, co Trójkowi fani mylnie utożsamiają z progresem - patos, landrynkowe brzmienie i niezbyt ciekawe, często wręcz prostackie kompozycje. Czyli taki neoprog powstały przed pojawieniem się właściwego proga.
Days of Future Passed to nie był debiut.
Days of Future Passed ma bardzo wiele wad i faktycznie ciężko się tego słucha, ale jak czasem im wpadł jakiś temat to bardziej mi się to kojarzyło z nastrojowym hipissowaniem niż z neo progiem.
Ja się wstrzymam z dalszym komentowanie Moody Blues, zgodnie z maksymą z podpisu, bo wczoraj wiedziony zwyczajną ludzką ochotą przesłuchałem ich album jeszcze dwa razy. Co prawda podczas innych czynności, więc jakoś mi to przeleciało, ale wydawało mi się przyjemne. Nie było odruchów wymiotnych jak za pierwszym razem. Ja w ogóle nie jestem fanem takiej bajkolandii, nawet jeśli chodzi o "Snow Goose", a co dopiero w takim wydaniu. Choć wczoraj miałem też takie myśli, że jak jeszcze raz usłyszę psychodeliczną gitarę to mnie szlag trafi. Więc potrzebowałem odmiany.
Dobra, teraz z innej beczki. Im więcej słucham tego szajsu (mam na myśli ogół płyt z 67.), to tym bardziej doceniam "Magical Mystery Tour" i płyty Hendrixa. Po strzelance z Bitlami myślałem, że oni są dla mnie nudnawi i nie ma już dla nich nadziei, a tu się okazało, że na rok 67. to ten album jest mocny, dojrzały i w ogóle. Natomiast za albumami Hendrixa nigdy nie szalałem, ale jak się je zestawia z innymi psychodelikami, to aż dziw, że nikt nie wysnuwa teorii, że Hendrix nie został zainspirowany przez obce cywilizacje z kosmosu. "Are You Experienced?" jest rewolucyjne, natomiast "Axis: As Bold As Love" może i pozbawionego tego pierwiastka, ale za poprawił się warsztat kompozytorski i Jimi wprowadził tu nieco więcej murzyńskiego (soul-funky) grania, co prawda jeszcze nie tak fajnego jak z Bandą Cyganów, ale też OK. W ogóle wydaje mi się, że wysoko będę stawiał rzeczy, które w jakiś sposób wybiegały w przyszłość.
Piękno drugiej połowy lat 60' polega między innymi na tym, że jak wtedy uznano jakąś płytę za ważną, a postać, za ikonę pop kultury, to z dużym prawdopodobieństwem coś w tym było. Jak słucha się Hendrixa, Doorsów, Beatlesów, Floydów i zestawia się z innymi wydawanymi w 67 pytami rockowymi, słychać sporą różnicę. W sumie trudno się dziwić, że akurat to do naszych czasów dotrwało.
Teraz mamy sytuację odwrotną - jak coś się staje popularne to prawie na pewno jest to ostatni szajs i trzeba się trzymać od tego jak najdalej.
A swoją drogą, ktoś interesował się bardziej Joasią Baez? Jakieś inne, lepsze płyty niż ta z 67'? Może warto by założyć jej osobny wątek?
Ja się chciałem zainteresować, ale jak rzuciłem okiem na to, co wydawała, to stwierdziłem, że chyba mamy do czynienia z wykonawcą bez podstawowej dyskografii, gdzie materiał jest nie wiadomo skąd, powtarza się itp. Więc zupełnie nie wiadomo, jak się za to zabrać.
A swoją drogą, ktoś interesował się bardziej Joasią Baez? Jakieś inne, lepsze płyty niż ta z 67'?
Z pierwszego okresu (bardziej tradycyjny folk) reprezentatywne są płyty: Joan Baez in concert, part 1 (1962) Joan Baez in concert, part 2 (1963)
Gdy z wolna zaczęła sięgać po pieśni ówczesnych młodych folkowców (np. Dylana) wyróżniały się: Joan Baez 5 (1964) Farewell Angelina (1965)
Z lat 70-tych znam kilka jej płyt. Zdecydowanie najlepsze wrażenie zrobiła na mnie „Diamonds and rust” (1975), szczególnie zapada w pamięć pieśń tytułowa.
Jak słucha się Hendrixa, Doorsów, Beatlesów, Floydów i zestawia się z innymi wydawanymi w 67 pytami rockowymi, słychać sporą różnicę. W sumie trudno się dziwić, że akurat to do naszych czasów dotrwało. Nadal nie wiem o co kaman z tym zespołem. Dla mnie brzmią na swoje lata. Zechce ktoś wytłumaczyć fenomen tego zespołu? Bo chyba prędzej mi się znudzą niż się nimi zachwycę. A może nie ma się czym zachwycać tylko chodzi o coś innego?
Interesujacy klimat, który tworzą Manzarek na Vox Continental (albo jakichś podobnych, częstym błędem jest przypisywanie mu Hammonda B3 na którym grał kilka razy ledwo) oraz Fenderze Rhodes Bass i Krieger na gitarze, ogółem całość brzmi dużo bardziej tajemniczo niż Dżefersony, i jest chyba bardziej... nie wiem, czy skomplikowane to dobre określenie - może zawiłe?
Kto poleci dobre gereżrokowe płyty z 67?
Czarek, powiedz mu co sądzisz o argumentum ad clima.
EDYTA: Klimat to jest coś, co się czuje. A zdarza się, że ktoś tego nie czuje i wtedy przydałby się argument odnoszący się bardziej do obiektywnych cech utworu, czyli taki, który się rozumie. Pewien specyficzny styl oparty na tych organach jest, tylko że dla mnie to mało.
Jak słucha się Hendrixa, Doorsów, Beatlesów, Floydów i zestawia się z innymi wydawanymi w 67 pytami rockowymi, słychać sporą różnicę. W sumie trudno się dziwić, że akurat to do naszych czasów dotrwało. Nadal nie wiem o co kaman z tym zespołem. Dla mnie brzmią na swoje lata. Zechce ktoś wytłumaczyć fenomen tego zespołu? Bo chyba prędzej mi się znudzą niż się nimi zachwycę. A może nie ma się czym zachwycać tylko chodzi o coś innego? Znakomicie łączy psychodelię z zapadającą w pamięć przebojową muzyką. Grają fajniej niż Żuki i dbają o coś takiego, jak swój charakterystyczny klimat.
No i jeszcze jakby nie patrzeć Morrison jednak był dość charyzmatyczny, niezły frontman, dawało to dość charakterystyczny styl, który trochę odróżniał Doorsów od reszty hipisów, taki bardziej "inteligencki". Oprócz tego od innych psychodelików odróżniał ich polaczek na klawiszach, który był zresztą bardzo zdolnym ziomexem.
Kto napisze najlepsze wypracowanie pod tytułem "Dla czego The Doors wielkim zespołem był?" dostanie od Pani szóstkę z plusem.
No bo był, dlatego bo był, tak samo jak muza której słucham ssie, bo ja jej słucham kurde
A można przyznawać ujemne punkty?
Z lekkim zastanowieniem, ale jednak Hendrixowe Doświadczenia- ARE YOU EXPERIENCED. Za co? Za perfekcyjny riff i tematykę purple haze (chyba mój ulubiony riff w ogóle) Za rozbrajającą solówkę z depresji maniaka, dosyć prosta ale jaka świetna! Za zmienienie z bluesa na psychodelię hej dżoł z solówką którą jimi często grał na zębach Za dziwne i pokręcone are you experienced Za motywujące stone free Za wokal z foxey lady i oczywiście za idealnego bluesa i płacz gitary w red house.
Nie jest to może najlepsza jakościowo czy technicznie płyta, ale ma tak wiele emocji, pasji i kopa że nie mogło być innej decyzji. Nie zapominajmy że to debiut najlepszego gitarzysty świata.
Ale my się bawimy w wybór 30 płyt. Teraz jest okres na dosłuchanie albumów potem wysyła się tylko i wyłącznie prowadzącemu swoją listę. Dokładne zasady są w osobnym temacie.


Tak poza tym, to np. mnie osobiście z płyty Hendrixa najbardziej podoba się Foxey Lady i Red House, to pierwsze głównie za to czadowe wejście, drugie oczywiście za świetnego slow bluesa.
Wiem o tym  Po prostu napisałem o swojej ulubionej płycie z zestawienia. Wysłałem już liste do wodza.
A znasz wszystko co było na liście chociaż?
Nie. Ale jestem w trakcie zagłębiania się w ten rok. Wydaje mi się jednak, że nic nie zmieni moich typów, gdyż mam z nimi bogate wspomnienia. Co prawda nie zagłosowałem na 30 płyt, bo wg nie nie zasługują, zagłosowałem na trochę mniej. Jeżeli jednak coś z tego czego nie znam jest strasznie genialne, trudno, będę miał nauczkę w przyszłości.
Nie wiem co znasz, ale naprawdę po to jest czas do kwietnia, żeby poznawać płyty. Cała ta zabawa na tym polega, że poznajesz przez 3 miesiące kilkadziesiąt nowych płyt, przypominasz sobie te które znasz i decydujesz kilka dni przed deadlinem, nawet Kapitan sobie jeszcze przypomina chyba co niektóre tytuły. A ty zagłosowałeś na 20-25 albumów z 40 które znasz i to bez ogarnięcia nawet tego co jest tutaj w temacie. Chcesz wejść w zabawę, to posłuchaj płyt, ja pewnie znam więcej od ciebie, a i tak znalazłem kilka płyt które na pewno wskoczą do pierwszej 5, jak nie 3, więc sorry, podejdź do tego na poważnie.
Może masz rację, trochę się zagalopowałem, po prostu nie lubię odkładać czegoś na później. Widać muszę trochę spokornieć...
Traffic - Mr. Fantasy - trafia do mnie ta muza. Jeszcze płyty nie skończyłem a już takie odczucie przyjemne. Może dlatego, że z Winwoodem spotkałem się już przy Blind Faith, chociaż nie wiem czy jego obecność tak mocno by działała w obu przypadkach.
Buffalo Springfield - Buffalo Springfield Again - a tu przeciwnie, słuchałem tego z pinć razy i nadal się czuję jakbym słuchał drugi raz.
Buffalo Springfield - Buffalo Springfield Again - a tu przeciwnie, słuchałem tego z pinć razy i nadal się czuję jakbym słuchał drugi raz.
BS to Young, zaś do Younga najlepiej trafić poprzez: Crosby, Stills, Nash & Young - Déjà vu (1970). Polecam dokładnie obczaić, a potem przesłuchać Again ponownie.
Spoko, przesłucham. Chociaż akurat potem Buffalo Springfield posłuchałem jeszcze ze dwa razy i jako tako weszło. Oczywiście nie zamierzam na tym poprzestać. Generalnie to ja z żadnym nowopoznanym albumem się nie rozstaję po kilku odsłuchach.
Jazz Meets India - przyjemny album. Chociaż nie klei się to tak stylistycznie jak np. takie Shakti. Shakti dla mnie brzmi zupełnie naturalnie i nie czuję tego, że to teoretycznie jest jakaś dziwaczna synteza. Tutaj natomiast łatwo ten jazz jak i muzykę indyjską wyodrębnić. No, ale wstępnie słucha się wporzo.
W przypadku Moody Blues za szybko się chciałem podzielić wrażeniami, bo teraz generalnie oceniam pozytywnie ten album i uważam, że pewnie szacun mu się należy. Orkiestracja nadal kojarzy się z Disneyem, jest naiwna, cukierkowa, kiczowata itd. itp., ale jednak przeważa na tym albumie rock. Orkiestra głównie sprowadza się do roli klamry i przejść między utworami. A ten rock to momentami niezły jest. Koncept wydaje się dużo silniejszy niż na takim Sierżancie Pieprzu, zwłaszcza najbardziej przemawia do mnie finał. Wydźwięk "Nights in White Satin" jest dużo mocniejszy w kontekście całego albumu i jego umiejscowienia.
Freddie Hubbard - Blue Spirits - sympatyczne jazzowanie, ktoremu warto pare punktow przyznac
Zauważyłem, że "Conquistador!" Cecila Taylora oraz "Thoughts of Emerlist Davejack" The Nice są teraz na RYMie oznaczone jako płyty wydane w 1968. Jak koniec końców uznajemy, wliczają się do plebiscytu 1967 czy nie?
Album Cecila Taylora “Conquistador” został zarejestrowany 6 października 1966 roku, natomiast oficjalnie wydany w roku następnym – stąd te rozbieżności. Rzeczywiście wszelakie źródła podają dwie wersje, jednak numer katalogowy Blue Note (BLP 4260) wskazuje jednoznacznie na 1967 rok.
The Nice to nie wiem, na Discogs jest 1967 r. nie tylko w UK, ale też w USA i Niemczech.
Przesłuchałem w końcu w całości "Ptoof!" Dewiantów. Mocno mi się to z Zappą kojarzyło, poza tym proto-punkiem.
Debiut The Nice to oczywiście rocznik 1967 - w prasie muzycznej, książkach na temat rocka progresywnego czy też wydawnictwach o charakterze encyklopedycznym zawsze podawano właśnie taką datę. W Internecie na co bardziej wiarygodnych stronach jest podobnie. Po prostu, zawsze gdzieś można znaleźć jakiś błąd. Na RYM takie się czasami zdarzają.
Debiut The Nice jest spoczko, za to jak usłyszycie Ars Longa Vita Brevis to będziecie robić pod siebie z przerażenia. Ja się zesrałem. Naprawdę 
Chętnie się zesram w następnym roku. Tylko czym się przerazimy? Emerson daje popalić czy że taki dobry ten album? W ogóle 1968 to już będzie dużo mocniejszy rok dla rocka, nie mogę się doczekać.
Na debiucie The Nice jest taki kawałek "Rondo", który przypomina mi o innym utworze, z którego się niedawno naśmiewałem. No, ale tu występuje w charakterze proto-symfonicznego rocka, to przymykam ucho. Poza tym takie nawet fajne to to.
Tak przy okazji, Kapitanie, czemu aż tak nisko oceniłeś album The Who Sell Out? Mi się wydaje, że to jest raczej lepsze niż gorsze, ale może poczekam na Twoje argumenty,
Chętnie się zesram w następnym roku. Tylko czym się przerazimy? Tak przy okazji, Kapitanie, czemu aż tak nisko oceniłeś album The Who Sell Out?
Bo strasznie mnie znudził. Nie znalazłem tam nic co by mnie zainteresowało.
dnia Śro 00:07, 12 Marzec 2014, w całości zmieniany 1 raz
W ogóle 1968 to już będzie dużo mocniejszy rok dla rocka, nie mogę się doczekać.
1968 mocny w rocku? Jak dla mnie to najbardziej nieciekawy rocznik z całego okresu 67-79. Ostatnio zacząłem przesłuchiwać różne płyty z 68 i za dobry album mogę uznać tylko debiut Silver Apples, natomiast z tego co znałem wcześniej to pojedyncze przypadki, drugie PF, PH, debiut Caravan, a poza tym bieda.
68 był chyba najlepszym rocznikiem dekady. A już szczególnie dla szeroko pojętego rocka. Music From Big Pink, Cheap Thrills, Twain Shall Meet, Strictly Personal, Wheels of Fire, Gris-Gris, Anthem of the Sun, Electric Ladyland, H.P. Lovecraft II, Marble Index, Balaklava, Saucerful of Secrets, Beggars Banquet, Soft Machine I, Ultimate Spinach, USA, White Light / White Heat i kilkadziesiąt innych - a gdzie jazz, gdzie inne rzeczy?
dnia Śro 00:25, 12 Marzec 2014, w całości zmieniany 1 raz
Bo strasznie mnie znudził. Nie znalazłem tam nic co by mnie zainteresowało. 1968 mocny w rocku? Jak dla mnie to najbardziej nieciekawy rocznik z całego okresu 67-79. Np. dla mnie w 67 sporo jest nawet fajnych rzeczy, za to mało, którymi bym się jarał. Niewiele z nich przekroczyło u mnie próg 8/10. A akurat w 68 mam trochę ulubionych/cenionych płyt i mnie napawają optymizmem. Głównie to
Quick Silver Messanger - Quick Silver Messanger The Kinks - The Kinks Are the Village Green Preservation Society - choć widzę, że u Ciebie skrajnie odmienna ocena  Big Brother & The Holding Company - Cheap Thrills - Nie oglądałeś "Las Vegas Parano"?  Jeff Beck Group - Truth i wspomniane przez Ciebie Silver Apples
Quick Silver Messanger - Quick Silver Messanger The Kinks - The Kinks Are the Village Green Preservation Society - choć widzę, że u Ciebie skrajnie odmienna ocena
Nie trawię The Kinks, te ich pioseneczki kojarzą mi się z wczesnymi Beatlesami. Natomiast debiut Quick Silver Messanger okazał się pozytywnym zaskoczeniem, mocne 7/10 po pierwszym przesłuchaniu z szansami na więcej.
WL/WH i debiut to w przypadku VU płyty na równi, ocenianie ich inaczej to zniewaga dla którejkolwiek z nich.
WL/WH i debiut to w przypadku VU płyty na równi, ocenianie ich inaczej to zniewaga dla którejkolwiek z nich.
Ano.
Paweł, a ile razy słuchałeś tych wszystkich płyt co im dałeś po dwie gwiazdki? Bo jak dwa podczas przeglądania Wykopu to nie wiesz o czym mówisz...
dnia Śro 00:47, 12 Marzec 2014, w całości zmieniany 1 raz
The Don Ellis Orchestra – "Electric bath" – arcydzieło big bandowego jazzu. Ellis umiejętnie łączy na tej płycie tradycje z nowoczesnością, otwiera się na nowe trendy, tworząc własną, indywidualną formułę grania. Niezwykle urozmaicone i wyszukane aranżacje, bogactwo motywiczne, świetny klimat. To jeden z tych albumów, którym inspirował się Frank Zappa tworząc “Grand Wazoo”. Muzyka jest niezwykle bogata w sferze rytmicznej (eksperymenty z przeróżnymi nieparzystymi metrami), kolorystycznej – „Open Beaty” zachwyca wysublimowaną atmosferą, skrzącymi się dźwiękami elektrycznego fortepianu, przywołując skojarzenia z davisowskim „In a silent way”. Z kolei „Indian lady” eksponuje potęgę big bandowego brzmienia - to prawdziwa galopada skumulowanych dźwięków, misternie zaaranżowanych przez Ellisa. Co tu dużo pisać, według mnie to wybitny album i jeden z poważnych kandydatów do zwycięstwa w prywatnym rankingu w tym roczniku. Swoją drogą, gdy usłyszałem go kiedyś po raz pierwszy wydał mi się niezły i niewiele więcej. Jest to album, który zdecydowanie zyskuje z każdym przesłuchaniem.
Podpisuję się w pełnej rozciągłości i tym, którzy nie mieli okazji wysłuchać gorąco polecam. Ponadto sięgnąłem również do pobliskich rocznikowo płyt wydawanych przez jazzowy big band, w tym "Autumn" z 1968, reprezentujący niemal ten sam, bardzo wysoki poziom - zawiera m.in dłuższą wersję Indian Lady oraz cover "K.C. Blues" Charliego Parkera.
Nie trawię The Kinks, te ich pioseneczki kojarzą mi się z wczesnymi Beatlesami. Ten album powinien się kojarzyć raczej z późnymi Beatlesami. Jest tam spora różnorodność stylów. "Do You Remember Walter?" - pop rock, który brzmi jak z lat 90. "Village Green" Twój ulubiony barok pop, tylko że to celowo przesłodzony. Mnie akurat rozwala ten kawałek tym celowym kiczem i cukierkowatością. "Phenomenal Cat" - psychodelia "Wicked Annabella" - grunge???
No mi się właśnie z późnymi, czyli psychodelicznymi, Beatlesami nijak nie kojarzy. Grunge'u i pop-rocka lat 90-tych unikam, więc nic dziwnego, że mi nie przypadły do gustu. Akurat "Village Green" to jedyny utwór, który przyjąłem bardziej pozytywnie, choć wolę barok pop bez tego celowego popadania w skrajność.
Żeby nie skupiać się na samych jękach coś pozytywnego, poznałem Dona Ellisa... Ponadto sięgnąłem również do pobliskich rocznikowo płyt wydawanych przez jazzowy big band, w tym "Autumn" z 1968, reprezentujący niemal ten sam, bardzo wysoki poziom - zawiera m.in dłuższą wersję Indian Lady oraz cover "K.C. Blues" Charliego Parkera.
„Electric bath” to chyba jedyna płyta Ellisa, która ma szansę poważnie namieszać w naszych rankingach. Później nagrał jeszcze kilka udanych płyt, jednak problem jest tej natury, że na początku lat 70-tych będziemy mieli do czynienia z wysypem znakomitych albumów i wiele spośród nich siłą rzeczy przepadnie w tej lawinie. Gharvelt przypomniał o „Autumn” (1968), swoją drogą, ciekawe, jak pójdzie tej płycie. Warto wspomnieć o dwupłytowym wydawnictwie „Tears of joy” (1971), nieco nierównym, ale nie brakuje na nim wybornego materiału (choćby rozbudowany „Strawberry soap”). Dobry poziom prezentuje „Soaring” (1973). Ellis odszedł na tym krążku od rozbudowanych kompozycji, nieco uprościł aranżacje, jednocześnie unowocześnił brzmienie i w większym stopniu wyeksponował pierwiastki liryczne swojej muzyki. Słucha się tego bardzo przyjemnie. Jazdą obowiązkową jest natomiast dwupłytowy żywiec „At Fillmore” (1970). W warunkach koncertowych big band lidera wypadał jeszcze bardziej dynamicznie i żywiołowo. To znakomity konglomerat tego, co w ówczesnym jazzie było najbardziej interesujące – fuzja free, post bopu i fusion . W rezultacie otrzymaliśmy ekstrakt świetnego nowoczesnego big bandowego grania. Fanów magicznej czwórki z Liverpoolu zaszokować może wersja „Hey Jude”. Pierwsze minuty to atonalna kakofonia, z której wyłania się nieoczekiwanie znany beatlesowski temat. Utwór dosłownie tonie w dysonansach, co rusz zaskakiwani jesteśmy jakimiś niekonwencjonalnymi aranżami i brzmieniami. To wzorcowy przykład, jak powinien wyglądać cover.
A, jakby co to Country Joe & the Fish w 1967 r. wydali jeszcze drugą płytę "I-Feel-Like-I'm-Fixin'-To-Die", tyż niezgorszą.
Dziś w ramach poznawania randomowych płyt z listy polecanych na rok 1967 zamieszczonej w tymże wątku, odpaliłem sobie płytę Blackout i do tej pory nie mogę się wyzbyć wrażenia, że było to jedno z bardziej żałosnych zjawisk muzycznych jakie do tej pory znam z tego roku. Nieudolne udawanie The Animals na przemian z wczesnymi Bitlesami, hipisowskie teksty przeciwko wojnie w Wietnamie, czyste naśladownictwo, naprawdę szczerze nie polecam tej płyty. Nalepa dużo lepiej odnalazł się w czystko blues-rockowej konwencji jaką realizował nieco później nagrywając płyty pod szyldem Breakout.
Wolę Love od Beatlesów. To raz.
Dwa. Przeglądałem sobie dla jaj kolejne roczniki do naszej zabawy. Zawsze byłem świadomy tego, że rocznik 69 jest przepakowany i może być z nim duży problem, ale jak dzisiaj sobie podliczyłem te wszystkie albumy to dopiero do mnie dotarło ile tego tak naprawdę jest. Na ten moment mam już komplet i to taki komplet, którego nie chcę ruszać.
Też zaczynam woleć Love od Beatlesów. A może jednak nie? Trudno mi się zdecydować.
A z rocznika 69 znam, jak widzę na RYM, niecałe dwie setki albumów i obawiam się, że to co najmniej o 50 za mało. Domyślam się, że większość z Was nie słyszało nawet połowy z tego, więc liczę na to, że jak już do tego 69 dojdziemy będziecie się przykładali do odsłuchów.
To krótkie pytanie w takim razie. Zmieści się u Ciebie Arzachel w tej 30?
Wątpię
Dziękuje dobranoc
Ja w ogóle rezygnuję z udziału w tej zabawie. Nie chce mi się tyle muzyki słuchać, zwłaszcza z jednego rocznika.
Czarek pedał i się sprzedał.
Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś nie znając tych płyt był w stanie sensownie oceniać twórczość zespołu Pixies

Dwie setki z ' 69, niezle Zbliżam się do połowy tej liczby i póki co Arzachel u mnie mieści się spokojnie. Z tym, że mam sporo do poznania. Znużony katowaniem 1967 i mocno sceptyczny wobec następnego rocznika już ruszyłem z przełomową datą i trafiłem na niewątpliwie udane White Noise.
Albo coś przeoczyłem albo na liście propozycji nie widzę Ewy Demarczyk wykonującej piosenki Zygmunta Koniecznego Słuchałem tego i wydaje mi się, że biali użytkownicy tego forum mogą sobie odpuścić ten album. Może jakbym była nigga to bym mówił, że to jakiś klasyk aReNBi i trzeba to szanować, ale jako białasa to mnie to w ogóle nie zaciekawiło ani ruszyło.
A jak jestem czarny tylko nie widać, to co?
A Ewa Demarczyk pięknie śpiewa "l" tak, a poza tym jest tam kilka fajnych utworów, z tym, że wiadomo, że to poezja śpiewana.
A jak jestem czarny tylko nie widać, to co? To uważasz, że to klasyk r'n'b który trzeba szanować i wyglądasz tak
 (przynajmniej w domu, gdy nie widać)
Przyjrzałem się swojej liście płyt z 69 oku i widzę, że póki co Arzachel ma u mnie realne szanse na punkty. Byłby gdzieś w połowie trzeciej dziesiątki, ale jednak byłby.
W sumie to troche za szybko zapodałem do tego tematu Arethę, bo po drugim odsłuchu ten album wydał mi się znacznie mniej ciekawy niż po pierwszym, chyba także nie czaję do końca murzyńskich klimatów. Chociaż z drugieej strony ten album jest niby klasykiem soulu i jest wymienany wśród najlepszych płyt tego roku, więc w sumie niech sobie widnieje wśród tych rekomendacji, a nuż widelec komuś podejdzie.
A ja nie wiem czy finalnie zrobię listę na 67, bo mam problem z układaniem tego wszystkiego w głowie - nie zwykłem oceniać w taki sposób, żeby potem to ułożyć w listę.
Napisz program, ułożysz w komputerze.
Pamiętajcie, że mamy czas. Teoretycznie mamy jeszcze niewiele ponad miesiąc, ale możemy zrobić z tego dwa. Bylebyście coś z tego wiedzieli, a nie przesłuchiwali płyty hurtowo, po jeden raz każdą.
Moge spytac po chuj wam to?
Żeby się bawić ucząc, a uczyć bawiąc.
Uczyc sie sciagajac plyty i bawiac sie sciskajac waclawa?
Jeżeli ktoś po prostu ściągałby płyty i słuchał raz faktycznie nie miałoby to sensu. Liczę jednak, że jak już poznają co mają poznać posłuchają tych płyt dokładniej.
A po co poznawac (powazna sprawa, eheheh) 200 plyt z danego rocznika?
Spośród moich 200 płyt nie mniej niż 150 podoba mi się na tyle, żeby do nich wracać. Pozostałej pięćdziesiątki mógłbym pewnie nie znać, problem w tym, że dla każdego ta pięćdziesiątka będzie wyglądała inaczej. Dlatego warto posłuchać 200 i więcej, zwłaszcza z tak dobrych roczników jak 69 - 75.
Nie podoba mi sie to.
Wiem 
"Eastern Man Alone" bardzo mi odpowiada.
Dosyć powoli poznaję płyty, bo obecnie ciągnie mnie do innych rejonów muzycznych, ale poznałem kilka dobrych/świetnych pozycji przez tą zabawę, więc to spoko inicjatywa.
Jeżeli ktoś po prostu ściągałby płyty i słuchał raz faktycznie nie miałoby to sensu. Liczę jednak, że jak już poznają co mają poznać posłuchają tych płyt dokładniej. Dlaczego używasz tutaj czasowników w "trzeciej" osobie?
A dlaczego miałbym ich nie używać?
Piszesz jakby Cię nie dotyczyło poznawanie albumów z 1967 r. Wiem, że przesłuchałeś więcej niż reszta, ale bez przesady...
Właśnie piszę tak, jakby dotyczyło w ogóle wszystkich. Jakbym chciał się z tego wyłączyć pisałbym w liczbie drugiej 
A jakbyś chciał żeby dotyczyło wszystkich, pisałbyś w pierwszej 
Nie przyszło mi to do głowy, ale w sumie masz rację.
Ja słucham po kilka razy płyt które nie wydają mi się beznadziejne za pierwszym razem.
Nie od dzis wiadomo, ze Bartoszu to czleniu pelen pychy i samouwielbienia.
The Don Ellis Orchestra – "Electric bath" – arcydzieło big bandowego jazzu.(...) Swoją drogą, gdy usłyszałem go kiedyś po raz pierwszy wydał mi się niezły i niewiele więcej. Jest to album, który zdecydowanie zyskuje z każdym przesłuchaniem. Dobrze wiedzieć, bo póki co dla mnie od "Open Beauty" robi się ciekawe, a wcześniejsze kawałki to takie luzackie, czysto rozrywkowe granie, które na dodatek brzmi nieco staroświecko.
Miałem odwrotnie. Od pierwszych taktów słyszałem, że szykuje się coś wyjątkowego. A brzmienie jest absolutnie wspaniałe.
No, ale jednak to strona B jest tam faktycznie genialna. Strona A jest po prostu dobra.
Czy po wybraniu płyt do strzelanki będzie jeszcze jakiś dzień na zapoznanie się z albumami na liście?
hmm?
Też nie rozumiem pytania.
Olek, weź się ogarnij, plis XD
heh 
No bo wysyłamy listę naszą Kapitanowi, później z tego wyławia się 20(?) do finału, który ma być 13 kwietnia. Chciałbym więc wiedzieć, czy gdy ta lista będzie dla nas dostępna, to od razu strzelamy pierwszego dnia, czy mamy jakiś czas na doszlifowanie albumów.
CO
XDDDDDDD
To po co tego słucham? 
Olek skąd ty wziąłeś te zasady xD
Nie wiem, ze strzelanki Zappowej na dinozaurach 
Wysyłasz listę- są punkty- jest ranking- cieszymy się, albo smucimy, że płyty różne mają różne miejsca.
Ja pierdolę, co za człowiek XD
A ja myślałem, że tutaj emocje będą większe 
NO ALE DOBRA, MIAŁEM PRAWO POPEŁNIĆ BŁĄD
A jak ty myślałeś XD
heh 
No bo wysyłamy listę naszą Kapitanowi, później z tego wyławia się 20(?) do finału, który ma być 13 kwietnia. Chciałbym więc wiedzieć, czy gdy ta lista będzie dla nas dostępna, to od razu strzelamy pierwszego dnia, czy mamy jakiś czas na doszlifowanie albumów.
Chyba tak myślałem
No tak jak na dinozaurach było na Zappe 
https://www.facebook.com/photo.php?fbid=10201865903481248&set=pb.1593047157.-2207520000.1396040903.&type=3&theater Ten kolo bardzo chce się z tobą zakolegować 
Na dinozaurach była chyba identyczna zabawa z rocznikami, więc weź się ogarnij.
A ja myślałem, że tutaj emocje będą większe 
NO ALE DOBRA, MIAŁEM PRAWO POPEŁNIĆ BŁĄD
No miałeś, ale popełniłeś go przy narodzinach.
A ja myślałem, że tutaj emocje będą większe 
NO ALE DOBRA, MIAŁEM PRAWO POPEŁNIĆ BŁĄD
No miałeś, ale popełniłeś go przy narodzinach. To nie jego wina tylko jego rodziców. #antynatalizm
#chujwamwdupalizm
Polecam od siebie 3 plyty: Thelonious Monk - Straight, No Chaser Charley Musselwhite - Stand Back! Here Comes Charley Musselwhite's South Side Band Pete La Roca - Turkish Women at the Bath
Brian Auger & Julie Driscoll and The Trinity- Open- Fajny fusion, chyba nawet na 30, jak na rok 1967 to całkiem świeże granie, takie połączenie dość prostego jazzowania nie free jaki był dość powszechny jeszcze wtedy, z rockiem, oraz z jakimiś soulami i tego typu murzynami. Widziałem, że jest gdzieś otagowane jako proto-prog, jeżeli zestawić ten album z Procol Harum czy Młody Bluz to na pewno wypada najlepiej z nich, w zestawieniu z Zappą może już nie, ale i tak dobry album.
No, Strejt no Czejser jest moc.
Strejt noł Chejser to jedyna płyta Monka, która mi się podobała.
Brian Auger & Julie Driscoll and The Trinity- Open Bardzo rozrywkowy album. Free your mind and your ass will follow 
Ogarniam Red Crayola. Kurde niektóre te co bardziej punkowe czy chciałoby się rzec post-punkowe utwory wybiegają o 10 lat wprzód. Reszty na razie nie zapamiętałem, ale mam już na odtwarzaczu i mam ochotę słuchać tego albumu sto razy.
Debiut Grateful Dead przypasił mi. Takie fajne american hamburger granie. W ogóle to szedłem se ze słuchawkami, leciał drugi kawałek z płyty, śpiewali "coal, coal mine" i za chwilę zza rogu wyłania się normalny wąsaty Polak coś pod pięćdziesiątkę, tylko że miał czapkę jak żołnierze z wojny secesyjnej (tylko że skórzaną).
I jak? Wyrobimy się?
Stan na moment obecny: 38 płyt na które chcę oddać głos (i jeszcze się zastanawiam co wywalić) plus ok. 30 płyt, które jeszcze chcę poznać. Jak przymaniaczę to zdążę.
Powinienem sie wyrobic
Jak chcecie możemy przesunąć finał na po 3 maja [jak ktoś mi napisze, że Święto Konstytucji Majowej to łikend majowy zmienię mu awatara na logo TVN].
To zróbmy wolnoankietyzm w nowym tymczasowym temacie, który potem się usunie. Albo ja to zrobię.
Myślę, że wystarczy zapytać tutaj, czy ktoś nie potrzebuje trochę więcej czasu, czy nie.
Za późno. 
Przedłużać termin finału? A komu to potrzebne? A dlaczego?
Jak dla mnie 2 miesiące to i tak zbyt długo, bo zapał do katowania jednego rocznika z czasem opada. Mam 84 albumy z '67 za sobą i straciłem już ochotę drążyć więcej.
Ja znam 115 i mam wrażenie, że dobicie do 150 i więcej byłoby możliwe, ale wiązałoby się z przesłuchiwaniem płyt z gatunków średnio mnie interesujących (soul, rock'n'roll, pomniejsi wykonawcy bluesowi, folkowi etc), więc dałem już spokój. Zastanawiam się tylko, czy są wśród nas tacy, którzy znają na dzień dzisiejszy niewiele ponad 30 płyt i chcieliby jeszcze czegoś tam dosłuchać.
W sumie to już nie mogę się doczekać końca, także niechże zostanie jak było. W tydzień dosłucham co się da, a co nie zdążę zbyt dobrze poznać to już poza konkursem sobie dosłucham jak poczuję potrzebę. Stan na dziś znam ~50.
Ja mam z 80-90 płyt, więc jest nawet nieźle, od poniedziałku będę układał sobie listę, bo będę sobie musiał poprzypominać która płyta jest która, pewnie jakbym miał więcej czasu to bym jeszcze kilka free-jazzów wygrzebał, ale i tak bez przedłużania terminu dam radę.
Pewnie w którymś z późniejszych roczników będę chciał dłuższego terminu, bo koło sierpnia zapowiada mi się 1,5 miesiąca dziury w życiorysie spędzonej w lasach pod Lublinem na grzebaniu w kurhanach, ale 1967 mam w miarę obcykany.
Ja akurat ostatnio nie mogłem za bardzo dosłuchiwać, spróbuję nadrobić w przyszłym tygodniu.
Wogole ktos z aktywnych uzytkownikow nie zamierza brac udzialu w zabawie, oprocz Heraklesa rzecz jasna?
Ja
ja sam już nie wiem
Weźcie nie pierdolcie tylko głosujcie. Chyba, że faktycznie ktoś zna tylko Led Zeppelin, Pink Floyd i The Doors.
Weźcie nie pierdolcie tylko głosujcie.
Konkretna zachęta, popieram. Od biedy kto zna niedużo zamiast układania "30" może wybrać TOP 10 albo 15.
Od biedy kto zna niedużo zamiast układania "30" może wybrać TOP 10 albo 15.
Albo 20, tak. Jest tu ktoś, kto nie zna nawet 40 albumów z rocznika?
the byrds i vanilla fudge okazały się ledwo niezłymi psych-rockami, ci drudzy zresztą byli chyba jakimś coverbandem bitelsów.
Byrds jest miłe i dobrze robi na nastrój, z Vanilla Fudge mamy podobną sytuację co z The Kinks - muza taka sobie, ale to niezwykle wpływowy album (wzorowali się na nim Purple i w ogóle większość ostro grających kapel) i poznać go trzeba.
Dziwi mnie, że dla wielu ludzi VF jest przeciętnym zespołem. Pamiętam, że jak spooro czasu temu trafiłam na ich płytę z '67, to nie mogłam przez jakiś czas przestać jej katować, podobnie jak Disraeli Gears Creamu i Happy Trails CMS (choć to z '69). Dla mnie te albumy mają sporo uroku.
Mnie trochę odrzuca w VF, że grali z taki zadęciem. Chociaż i tak będę musiał ich sobie przypomnieć.
Dla mnie różnica klas między Vanilla Fudge a Quicksilver Messenger Service, czy tym bardziej Creamem jest totalna. VF to byli jacyś dziwni przebierańcy robiący jak najwięcej hałasu na sprzęcie i instrumentach, które się do tego niezbyt nadawały. Jak na tamtą epokę mieli nawet fajne brzmienie, ale muzycznie było to wszystko na minus dobry.
Zespół miał, jak się później okazało przede wszystkim mocną sekcję rytmiczną, bo Tim Bogert i Carmine Appice dobrze sobie poradzili także w latach '70 (Cactus, Beck, Bogert & Appice), miał też wielki wpływ na Deep Purple, a przez to pośrednio na całą muzykę rockową. Ale poziom ich najlepszej, debiutanckiej płyty nie odbiega od ówczesnej średniej - ani in minus, ani, niestety, in plus.
Od biedy kto zna niedużo zamiast układania "30" może wybrać TOP 10 albo 15.
Albo 20, tak. Jest tu ktoś, kto nie zna nawet 40 albumów z rocznika?
no ja, bo jak miałem poznawać więcej to nagle ubiłem sobie pieceta i nie mam dostępu do chyba kolejnych 10 albumów, chyba ze na nowo posciongam #bieda
Spotifay koleś. Może nie umrzesz od tak słabej jakości.
Jest tu ktoś, kto nie zna nawet 40 albumów z rocznika?
Ja, znam ok. 37 płyt, ostatnio strasznie się rozleniwiłem z poznawaniem muzyki niestety, ale myślę, że dobije do tej granicy przyzwoitości w sensie 50.
Poznaję właśnie John Lee Hooker - Live at Cafe Au-Go-Go. Kurwa, jak niesamowite brzmienie! Dawno nie słyszałem czegoś takiego. Nie dosłuchałem jeszcze do końca, ale jest szansa, że wskoczy mi na listę. Gdzieś koło 30 miejsca, ale jest taka opcja.
Wklejam listę rzeczy, których nie słuchałem. Czy jest wśród nich coś co stanowczo powinienem dosłuchać?
Gary Bartz Quintet - Libra Belfast Gypsies - Them Belfast Gypsies Blackout- Blackout Paul Bley - Virtuosi David Bowie - David Bowie Lester Bowie - Numbers 1 & 2 Peter Brotzmann - For Adolph Sax Marion Brown – Three for Shepp The Byrds - Younger Than Yesterday Canned Heat - Canned Heat Ray Charles - Invites You to Listen Graham Collier - Deep Dark Blue Centre Judy Collins - Wildflowers Country Joe & The Fish - Electric Music for the Mind and Body Wolfgang Dauner – Free action Donovan - Mellow Yellow Duke Ellington - Duke Ellington's Far East Suite The Don Ellis Orchestra – Electric bath Bill Evans - Further Conversation with Myself John Fahey - Volume 6: Days Have Gone By The Free Spirits - Out of Sight and Sound Tim Hardin - Tim Hardin 2 Joe Harriott and John Mayer Double Quintet – Indo-Jazz Fusions Andrew Hill - Compulsion Jan Johansson - Jazz på ryska Kaleidoscope - Tangerine Dream Albert King - Born Under a Bad Sign Charles Lloyd - Love-In Charles Lloyd – Journey within Miriam Makeba - Pata Pata Pat Martino - El Hombre John Mayall and The Bluesbreakers - A Hard Road The Nice - Thoughts Of Emerlist Davejack Czesław Niemen - Dziwny jest ten świat Pearls Before Swine - One Nation Underground Jean Luc Ponty – Sunday walk Archie Shepp - The Magic of Ju-Ju Manfred Schoof – Manfred Schoof Sextett Van Morrison- Blowin' Your Mind Spontaneous Music Ensemble - Withdrawal Cat Stevens - Matthew and Son The Who - The Who Sell Out
Tylko Don Ellis i Johansson, ew. Pat Martino.
Musisz znać bo jest znane Szczególnie musisz znać bo jest fenomentlne
Country Joe & The Fish - Electric Music for the Mind and Body The Don Ellis Orchestra – Electric bath Andrew Hill - Compulsion John Mayall and The Bluesbreakers - A Hard Road Pearls Before Swine - One Nation Underground Archie Shepp - The Magic of Ju-Ju
A na pewno znasz już:
Albert Ayler - Albert Ayler in Greenwich Village Graham Collier - Deep Dark Blue Centre John Coltrane - Kulu Sé Mama Miles Davis - Miles Smiles Miles Davis - Sorcerer Bill Dixon - Intents and Purposes: The Jazz Artistry of Bill Dixon Andrzej Kurylewicz - 10 + 8 Sam Rivers - Contours Irene Schweizer Trio - Jazz Meets India Cecil Taylor - Conquistador! McCoy Tyner - The Real McCoy

Tylko Don Ellis i Johansson, ew. Pat Martino.
Ten Johansson jest taki se, ten Martino również nie porywa. Obie płyty warto znać, ale w roczniku jest z 50 lepszych nagrań.
A na pewno znasz już:
Albert Ayler - Albert Ayler in Greenwich Village Graham Collier - Deep Dark Blue Centre John Coltrane - Kulu Sé Mama Miles Davis - Miles Smiles Miles Davis - Sorcerer Bill Dixon - Intents and Purposes: The Jazz Artistry of Bill Dixon Andrzej Kurylewicz - 10 + 8 Sam Rivers - Contours Irene Schweizer Trio - Jazz Meets India Cecil Taylor - Conquistador! McCoy Tyner - The Real McCoy
Tak, poza Deep Dark Blue Centre. To znaczy, słuchałem, aby znać jeszcze niektóre muszę sobie powtórzyć.
To spox A ten Graham Collier to takie granie troszkę pod Kind of Blue, czyli nastrojowy, ładny jazz, bez eksperymentów, za to bardzo stylowy.
Z tego co znam z tej dziobakowej listy to bym polecił takie fajne rzeczy:
Don Elis - Electric Bath Graham Collier - Deep Dark Blue Centre Judy Collins - Wildflowers Duke Ellington - Duke Ellington's Far East Suite The Don Ellis Orchestra – Electric bath Bill Evans - Further Conversation with Myself John Fahey - Volume 6: Days Have Gone By Joe Harriott and John Mayer Double Quintet – Indo-Jazz Fusions
Chyba większość z tego będzie u mnie na liście. A Collier to nawet dość wysoko.
Johansson. Bill Evans - Further Conversation with Myself
Ten Evans też jest mocno średni, spoko gra, ale piosenki świąteczne i ogólnie pop-jazzowanie to trochę nie bardzo na tle rocznika.
Bill Evans - Further Conversation with Myself
Ten Evans też jest mocno średni, spoko gra, ale piosenki świąteczne i ogólnie pop-jazzowanie to trochę nie bardzo na tle rocznika.
No, najsłabszy Evans jakiego słyszałem.
Nie wiem, ja nie znam chyba nawet 30 albumów z 67 roku. W ogóle w ciągu miesiąca przesłuchałem chyba z 6 albumów i to nie z 67'. Także odpadam.
No to weźcie się w garść i dosłuchajcie, macie jeszcze z miesiąc. Za miesiąc można bez trudno przyswoić 30 płyt (przesłuchać można na luzie ze 150, ale tu chodzi o to, żeby te płyty faktycznie poznać), bez problemu byście się wyrobili.
Jeszcze miesiąc? A nie tydzień?
Ja widzę, że będę miał pewien problem. Jak dobrze pójdzie, to do wskazanego terminu uda mi się dobić do 60 albumów, może to i wystarczy, problem w tym, że nie dam rady najprawdopodobniej przesłuchać tych, co do których mam wątpliwości, na którym miejscu powinny się znaleźć. Np. pierwsze 7 albumów to albumy jazzowe, które mi ciężko poukładać we właściwej kolejności, bo wszystkie mi się podobają, a są za krótko ze mną, bym znał je na wylot.
Jeszcze miesiąc? A nie tydzień?
No, myślałem, tak realnie o końcu kwietnia. Początek maja to może nie, ale okolice świąt.
Słucham sobie tego Don Ellisa i sie zastanawiam czemu ja tego nie znałem wcześniej. :<
Ellis u mnie będzie prawdopodobnie podium. Chyba, że dosłucham czegoś jeszcze lepszego. Na razie rozbrzmiewa w głośnikach Andrzej Wzgórze, który też jest fantastyczny, ale Ellisa z piedestału chyba nie zwali.
Od biedy kto zna niedużo zamiast układania "30" może wybrać TOP 10 albo 15.
Albo 20, tak. Jest tu ktoś, kto nie zna nawet 40 albumów z rocznika? Ja. Dlatego z przykrością stwierdzam żem frajer i nie wezmę udziału we zabawie.
W tym roczniku podium powinno być czterostopniowe:
John Coltrane - Kulu Sé Mama Bill Dixon - Intents and Purposes: The Jazz Artistry of Bill Dixon The Don Ellis Orchestra - Electric Bath Irene Schweizer Trio - Jazz Meets India
Ciekawe dla której z tych płyt zabraknie miejsca...
No to, skoro połowa forum nie jest gotowa zrobimy głosowanie później, nie śpieszy się.
John Coltrane - Kulu Sé Mama Bill Dixon - Intents and Purposes: The Jazz Artistry of Bill Dixon The Don Ellis Orchestra - Electric Bath Irene Schweizer Trio - Jazz Meets India
Z tej czwórki najniżej u mnie pozostaje Bill Dixon (choć wciąż w "10"), muszę go sobie przypomnieć, bo pozostałe mam świeżo w pamięci.
Mam dokładnie takie same podium jak Kapitan i też mam wrażenie, że cztery pierwsze miejsca są właściwie równe. A u mnie poleci chyba Coltrane - na zasadzie, gościu wydał jeszcze kilka fantastycznych płyt w innych rocznikach, więc tym razem nie musi być w trójce. Co nie znaczy, że nie jest to kawał wspaniałej muzyki.
No to, skoro połowa forum nie jest gotowa zrobimy głosowanie później, nie śpieszy się. Mną się nie sugerujcie. Nie wezmę udziału, bo mi się nie chce. Mam za mało czasu wolnego żeby w całości wykorzystywać go na katowanie płyt z jednego rocznika. Dla mnie żeby poznać album trzeba go wysłuchać przynajmniej 3 razy. Zatem jakbym miał poznać powiedzmy 50 albumów, potrzebowałbym 2 miesięcy. Bez sensu.
W tym roczniku podium powinno być czterostopniowe:
John Coltrane - Kulu Sé Mama Bill Dixon - Intents and Purposes: The Jazz Artistry of Bill Dixon The Don Ellis Orchestra - Electric Bath Irene Schweizer Trio - Jazz Meets India
Ciekawe dla której z tych płyt zabraknie miejsca...
Halo! Miało nie być konkretnych informacji o tym jak będą wyglądały listy poszczególnych osób. Teraz niektóre typy będą na to głosować "bo Wołowy tak zrobił".
Przecież to jest lista alfabetyczna, a nie konkretna lista tego na co na pewno będę głosował.
Właśnie zdałem sobie sprawę, jak wielki jest ten popkulturowy matriks, który tworzą media. Oto w związku z dosłuchiwaniem "Surrealistic Pillow" wyleciało poza 30-stkę i obawiam się, że nie wróci. The Velvet Underground też nie ma zbyty dużych szans, na znalezienie się wśród najlepszych.
Właśnie zdałem sobie sprawę, jak wielki jest ten popkulturowy matriks, który tworzą media. Oto w związku z dosłuchiwaniem "Surrealistic Pillow" wyleciało poza 30-stkę i obawiam się, że nie wróci. The Velvet Underground też nie ma zbyty dużych szans, na znalezienie się wśród najlepszych.
Ten matriks nie jest popkulturowy, ale antypopkulturowy - jak ktoś się przyzwyczai słuchać Can i Magmy podczas mycia zębów to potem prosta, rockowa muzyka jest dla niego nudna
dnia Nie 22:22, 06 Kwiecień 2014, w całości zmieniany 1 raz
Właśnie zdałem sobie sprawę, jak wielki jest ten popkulturowy matriks, który tworzą media. Oto w związku z dosłuchiwaniem "Surrealistic Pillow" wyleciało poza 30-stkę i obawiam się, że nie wróci. The Velvet Underground też nie ma zbyty dużych szans, na znalezienie się wśród najlepszych.
Ten matriks nie jest popkulturowy, ale antypopkulturowy - jak ktoś się przyzwyczai słuchać Can i Magmy podczas mycia zębów to potem prosta, rockowa muzyka jest dla niego nudna  Prosta muzyka w stylu Boba Dylana wciąż do mnie przemawia. Natomiast Surrealistic awansowało na 31 miejsce i nic na to nie poradzę, bo nie mam czego usuwać, aby wlazło z powrotem.
Muzyka Boba Dylana, poza tym, że jest po prostu lepsza od większości zwykłego rocka jest też na swój sposób bardziej wyszukana, choć pozornie bardzo prosta.
Natomiast Surrealistic awansowało na 31 miejsce i nic na to nie poradzę, bo nie mam czego usuwać, aby wlazło z powrotem.
Hmm... niby przesłuchałem już te 80 płyt z rocznika, ale naprawdę nie wiem co Wy znacie, że Surrealistic się u Was nie znajduje w pierwszej trzydziestce. No chyba, że wrzucacie do niej po kolei wszystkie jazzy jak leci.
U mnie zmieści się z całą pewnością i to w górnej części listy, przed kilkoma bardziej widowiskowymi rockowymi firmami.
No właśnie dlatego jestem zdziwiony, przecież Jeffersoni to absolutna czołówka rocka z tego rocznika.
No, ale z drugiej strony z samych jazzów wyszłaby niezła trzydziestka, a jak się da jeszcze awangardy i Żydków-poetów to dla rocka miejsca zabraknie, za listę mogą wypaść i Jeffersony i Beatlesy i Heniek i nawet Doorsy. Wszystko rozbija się o zapatrywania.
Dzisiaj skonczylem ukladac liste i sporo bardzo fajnych albumow sie na nia nie zmiescilo: Symphony for Improvisers, Sorcerer, Live at Cafe Au-Go-Go, 10 + 8, Surrealistic Pillow, A Hard Road, piosenki Zygmunta Koniecznego, debiut Floydow, Buffalo Springfield Again, Disraeli Gears, czy Mr. Fantasy.
No jak na moje to tych naprawdę niezłych jazzów nie ma więcej niż 15, a żeby Are you experienced? wywalać dla jakiegoś El Hombre (które notabene lubię) to już moim zdaniem trochę przegięcie. Podobnie zresztą myślę o Absolutely Free, nie będę słabszego albumu Zappy przeciskał na siłę tylko dlatego, że to Zappa.
Ja nie poznałem bóg wie ilu rzeczy, ale już teraz wiem, że Hendrix się u mnie nie załapie, a jak poznam parę fajnych jazzów które już teraz mam na dysku, to już w ogóle może zapomnieć (tak, wiem, przewróci się w grobie, jak się o tym dowie)
No właśnie dlatego jestem zdziwiony, przecież Jeffersoni to absolutna czołówka rocka z tego rocznika. Podobnie zresztą myślę o Absolutely Free, nie będę słabszego albumu Zappy przeciskał na siłę tylko dlatego, że to Zappa. To jest dobra płyta jak na rocka z tamtych lat. Moze nie jakaś rewelacyjna jak na Zappę, ale i tak zdecydowanie lepsza niż większość tych wczesnych popierdywań hippisów. Swoją drogą ciekawe, że wystarczył jeden rok, żeby jakość kwasowej muzyki poprawiła się diametralnie.
U mnie m.in. Miles Smiles, Mr. Fantasy i 10+8 skończyły tuż poza "30", choć to niezłe płyty. Surrealistic Pillow zmieściło się spokojnie, natomiast VU ścisła czołówka. Hendrix czy Absolutely Free bez szans na 50. Kierowany pozytywnymi opiniami poznałem wreszcie Colliera, który rzutem na taśmę wskoczył na całkiem niezłą pozycję.
Zgadza się, tylko nie ta płyta akurat.
No to muszę mieć naprawdę coś nie teges ze słuchem skoro Poduszkę stawiam zdecydowanie nad poKąpieli.
Ale fajnie mimo wszystko, bo widzę, że listy będą zróżnicowane.
Zgadza się, tylko nie ta płyta akurat.
No to muszę mieć naprawdę coś nie teges ze słuchem skoro Poduszkę stawiam zdecydowanie nad poKąpieli.
Ale fajnie mimo wszystko, bo widzę, że listy będą zróżnicowane. Mimo wszystko nie wyobrażam sobie postawienia zbioru miłych pioseneczek z kilkoma psychodelicznymi odlotami (jak to ma miejsce w wypadku Surrealistic i VU) nad porządny psychodeliczny odlot. Gdyby wszystko brzmiało jak Królik, czy Wenus w Futrze rozumiałbym jeszcze tę estymę. Ale te płyty są dość nierówne. Dlatego jeżeli znajdzie się dla nich miejsce to jedynie kosztem blues-rocka i znajdą się na pewno dużo za Kąpielą, Kredką, nawet za Fifty Foot House.
Przeawangardyzowanie moim zdaniem. Ja tam lubię dobre pioseneczki jeśli są dobre.
Przeawangardyzowanie moim zdaniem. Ja tam lubię dobre pioseneczki jeśli są dobre. A czy ja mówię, że nie lubię? Mam prawo chyba lubić więcej niż 30 albumów z 1967. A najbardziej doceniam te, które nie trącą myszką. Wybór między dobrym, acz mniej wybitnym od Coltrane'a jazzem, dostojną grą Mayalla, miłymi pioseneczkami naćpanych hippisów, wysokiej próby poezją śpiewaną itd... nie jest wcale taki prosty, ale wszystko wskazuje na to, że dostać się musi albo Mayallowi i jego kolegom albo hippisom. A może nawet i jednym i drugim równocześnie.
Poza tym Reed brzmi momentami jak gorsza wersja Dylana...
Przeawangardyzowanie moim zdaniem. Ja tam lubię dobre pioseneczki jeśli są dobre. +1 Ale ja akurat nie uważam, że "Surrealistic Pillow" jest jakieś szczególnie super. Ja tam zagłosuję po swojemu, postawię na indywidualizm i subiektywizm. Chociaż też parę rzeczy docenię ze względu na zasługi. Skoro jeszcze czas do końca miesiąca to mogę pozmieniać zdanie. W sumie przydałoby mi się poznać więcej jakichś porządniejszych płyt, bo końcówka listy to u mnie już takie trochę zapychacze.
Wstępną listę ułożyłem, mam jeszcze 10 płyt w rezerwie które mogą jeszcze na listę trafić, mogą też się pozmieniać miejsca, ale generalnie już jest. Mam na niej 11 płyt rockowych, a reszta to jazz, rocznik 67' to w rocku jeszcze nie jest jakiś mocny rocznik, każdy kolejny zapowiada się pod tym względem mocniej.
Słucham właśnie płyty: Lee Morgan - Cornbread. Lee to uznany muzyk, słyszałem już kilka jego albumów i o każdym z nich (o Cornbread) mogę powiedzieć to samo - niby bop jak z obrazka, który niczym nie zaskakuje i daleko mu do absolutu, ale bardzo jest to przyjemne. Polecam, choć wątpię, żeby komuś ten album namieszał na liście.
>McCoy Tyner Dat piano Bardzo mi się podoba ten styl gry. To jest zdaje się ten jazz modalny. "Passion Dance" skojarzyło mi się z "Take a Pebble" ELP (no trzeba przyznać, że ten debiut ELP to jednak spoko jest), poza tym gra McCoya też przywołuje mi na myśl Czikkoryję i Hancoka (gadam z sensem czy bredzę?). W ogóle słucha mi się tego inaczej niż Riversa czy Majls - Srajls i lepiej. Chociaż słuchanie Riversa na razie powtarzam wielokrotnie z równą chęcią, ale też bez zachwytu. Majls Srajls przesłuchałem raz czy dwa i... mi się nie chce. Z Majsem to jakoś mam tak, że go bardziej szanuję i doceniam niż lubię. Jednak główny powód, dlaczego przeciwstawiłem te albumy jest taki, że powiedzmy i tu i tu instrumentarium jest starodawne, tylko w przypadku McCoya tego nie czuję, a w przy tamtych dwóch albumach mam takie poczucie, że słucham czegoś z epoki wcześniejszej. Może to i dojrzały kwiat czy zwieńczenie poprzedniej epoki, ale jednak poprzedniej. Z podobnego powodu bardziej będę preferował jeszcze niedociumkany rock, bo jest świeższy i przemawia do mnie językiem lat 60. a nie 50. czy 40.
PS Tak z ciekawości, ile pierwszych pozycji na waszych listach to bomba? U mnie na razie z 5 pierwszych, a potem już się zaczynają mieszane uczucia.
Dostałem już pierwszą listę, więc można głosować od teraz.
A do kiedy ten termin w końcu jest?
Do kiedy się wyrobimy.
Ale maksymalnie do końca miesiąca czy ile trzeba będzie? Tak czy owak. ja się jeszcze wstrzymam, skoro można, bo jeszcze szlifuję znajomość albumów i poznaję nowe rzeczy.
Maksymalnie do końca miesiąca, ale tak naprawdę to ile trzeba będzie.
Dostałem już pierwszą listę, więc można głosować od teraz.
A ten kolega co znał 15 albumów i Hendrixa dał na pierwsze miejsce, nie wysłał listy?
Wysłał, ale uznaliśmy, że się nie liczy.
Ale z Was nudne Zenony.
Pewnie Ci głupio, że się z nami nie bawiłeś i dlatego tak mówisz. O!
Klikam sobie z rana na Zobacz posty od ostatniej wizyty, a Wy znowu o jednym i tym samym.
I co z tymi listami?
Nikt nie wysłał oprócz tej jednej osoby?
ja może zrobię, ale nie mam głowy teraz.
Kilka wysłało, ale większość nie.
Sugerowałbym jednak wskazywanie konkretnego terminu końca kolejki. Sam dysponuję właściwie gotową listą i zakończyłem masowe przesłuchiwanie albumów z rocznika '67, ale wskutek niesprecyzowanego przedłużania terminu finału wstrzymuję się z wysłaniem. Bo jeśli ma się okazać, że ten będzie np. za miesiąc, to a nuż jeszcze coś tam przypadkiem poznam.
No to ustalam - finał odbędzie się w niedzielę 11 maja, głosy przyjmuję do południa tegoż dnia.
I co z tymi listami?
Moge Ci zrobic.
NASZ KRAJ TAKI PIEKNY
http://www.youtube.com/watch?v=b0FUJbYDOTc&feature=youtu.be[/u]
Co kilka dni usuwam sobie płyty ze swojej wstępnej listy. Dzisiaj w czasie remanentu poleciało kolejnych kilkanaście niezłych płytek, których trochę mi szkoda:
Denny Zeitlin – Zeitgeist – wolę jednak jego płyty z lat 70-tych („Expansion” i „Syzygy”), ta jest zbyt nierówna Tim Buckley - Goodbye and Hello Jefferson Airplane – After Bathing at Baxter's, Surrealistic Pillow nie załapał się nawet do pierwszej pięćdziesiątki Jackie McLean – New and old gospel- momentami jest naprawdę świetnie, ale zdarzają się także dłużyzny Pete La Roca – Turkish women at the bath Nico - Chelsea Girl, Nico musi trochę poczekać – jej następna płyta załapie się na pewno, nie wiem czy zmieści się The Velvet Underground - jakoś nigdy nie robiło to na mnie wielkiego wrażenia Albert Ayler - Albert Ayler in Greenwich Village Miles Davis – Sorcerer, Miles Smiles – te Davisy są do bólu konserwatywne, gdy posłuchałem ich po latach spodobały mi się jeszcze mniej Traffic - Mr. Fantasy Larry Young - Of Love And Peace Steve Lacy – The Forest and the Zoo Fifty Foot Hose – Cauldron Captain Beefheart – Safe as a milk – niby fajna płytka, ale moja awersja do bluesa jest zbyt duża, aby mogło mi się to naprawdę spodobać
Pomimo brutalnych cięć i tak mam jeszcze w zestawieniu ponad 40 płytek. Trzeba będzie jeszcze coś wyrzucić. W sumie jak tak patrzę na płyty z tego rocznika oraz następnego to rzeczy naprawdę wybitnych nie ma aż tak dużo. Skok jakościowy nastąpi dopiero w 1969 roku – przede wszystkim w muzyce rockowej. Płyt jazzowych ukazywało się jednak w latach 60-tych zbyt mało, aby wyłowić z nich większą ilość znaczących rzeczy. Szczególnie, gdy porównamy to z nakładami z następnych dekad. W skali procentowej tych wartościowych płyt jazzowych było w latach 60-tych całkiem sporo. Później niestety ilość nie poszła w parze z jakością. W latach 80-tych było to już ewidentne.
Swoją drogą, pamięciowe ogarnięcie najlepszych płyt z lat 1970-1976, biorąc pod uwagę ich monstrualną ilość, będzie sporym wyzwaniem. Żałuję, że nie robiłem sobie na przestrzeni lat jakichś prowizorycznych zestawień najciekawszych pozycji. Wyszukiwanie przesłuchanych tytułów z RYM, Progarchives, Discogs i innych portali to benedyktyńska praca.
Captain Beefheart – Safe as a milk – niby fajna płytka, ale moja awersja do bluesa jest zbyt duża, aby mogło mi się to naprawdę spodobać
Nie znam zbyt wiele płytek z tego rocznika, dlatego się z wami nie bawię, ale jakbym miał jakąś listę tworzyć to ta płytka byłaby w pierwszej piątce na bank. W ogóle to zgrałem sobie parę płytek Wołowiny do samochodu. Pasuje. Polecam.
|
|