ďťż

The Allman Brothers Band - The Allman Brothers Band
Amalgam - Prayer for Peace
Amon Düül II - Phallus Dei
Andromeda - Andromeda
Arcadium - Breathe Awhile
Art Ensemble of Chicago - A Jackson in Your House
Art Ensemble of Chicago - People in Sorrow
Arzachel - Arzachel
Kevin Ayers - Joy of a Toy
Bakerloo - Bakerloo
The Band - The Band
Gato Barbieri - The Third World
Robbie Basho - Venus in Cancer
The Beatles - Abbey Road
Jeff Beck - Beck-Ola
Bent Wind - Sussex
John Berberian and The Eastern Rock Ensemble - Middle Eastern Rock
Art Blakey and the Jazz Messengers - The Witch Doctor
Blind Faith - Blind Faith
Blodwyn Pig - Ahead Rings Out
Blood, Sweat & Tears - Blood, Sweat & Tears
David Bowie - David Bowie (Space Oddity)
Breakout – Na Drugim Brzegu Tęczy
Edgar Broughton Band - Wasa Wasa
Marion Brown - In Sommerhausen
Jack Bruce - Songs for a Tailor
Tim Buckley - Happy Sad
Tim Buckley - Blue Afternoon
Dave Burrell - Echo
Burnin Red Ivanhoe - M 144
Jaki Byard - The Jaki Byard Experience
Can - Monster Movie
Captain Beefheart & His Magic Band - Trout Mask Replica
Don Cherry - "mu" First Part
Don Cherry - Eternal Rhythm
Don Cherry - Where Is Brooklyn?
Leonard Cohen - Songs From a Room
Ornette Coleman - Crisis
Colosseum - Those Who Are About to Die Salute You
Colosseum - Valentyne Suite
Alice Coltrane - Huntington Ashram Monastery
Cromagnon - Orgasm
Coven - Witchcraft Destroys Minds & Reaps Souls
Crosby, Stills & Nash - Crosby, Stills & Nash
Miles Davis - Miles in Tokyo: Miles Davis Live in Concert
Miles Davis - Filles de Kilimanjaro
Miles Davis - In a Silent Way
Eric Dolphy - Iron Man
Nick Drake - Five Leaves Left
The Aynsley Dunbar Retaliation - Doctor Dunbar's Prescription
The Aynsley Dunbar Retaliation - The Aynsley Dunbar Retaliation
East of Eden - Mercator Projected
Bill Evans - What's New [With Jeremy Steig]
Fairport Convention - Liege & Lief
Fleetwood Mac - Then Play On
Free - Tons of Sobs
Free - Free
Grand Funk Railroad - Grand Funk
Grateful Dead - Live / Dead
Groundhogs - Blues Obituary
Group 1850 - Paradise Now
Keef Hartley Band - Halfbreed
Harvester - Hemat
Isaac Hayes - Hot Buttered Soul
Joe Henderson - Power to the People
High Tide - Sea Shanties
Howlin' Wolf - The Howlin' Wolf Album
Keith Jarrett - Somewhere Before
Jefferson Airplane - Volunteers
Jethro Tull - Stand Up
Joe Byrd and The Field Hippies - The American Metaphysical Circus
Elvin Jones - The Ultimate Elvin Jones
King Crimson - In the Court of the Crimson King
Leo Kottke - 6 & 12 String Guitar
Krokodil - Krokodil
Yusef Lateef - Yusef Lateef's Detroit: Latitude 42° 30' Longitude 83°
Led Zeppelin - Led Zeppelin
Led Zeppelin - Led Zeppelin II
Love - Four Sail
Man - Two Ozs of Plastic With a Hole in the Middle
Manfred Mann Chapter Three - Manfred Mann Chapter Three
John Mayall - The Turning Point
MC5 - Kick Out the Jams
John McLaughlin - Extrapolation
Jerzy Milian - Baazaar
Moondog - Moondog
Sunny Murray - Big Chief
Music Emporium - Music Emporium
Pink Floyd - More
Pink Floyd - Ummagumma
Quicksilver Messenger Service - Happy Trails
Rare Bird – Rare Bird
Rare Earth - Get Ready
Howard Riley - Angle
The Rolling Stones - Let It Bleed
George Russell - Electronic Sonata for Souls Loved by Nature
Pharoah Sanders - Karma
Santana - Santana
Savoy Brown - Blue Matter
Manfred Schoof - European Echoes
Sonny Sharrock - Black Woman
Archie Shepp - Yasmina, a Black Woman
Wayne Shorter - Super Nova
Wayne Shorter - Schizophrenia
Alan Silva and His Celestrial Communication Orchestra - Luna Surface
Soft Machine - Volume Two
Spooky Tooth – Spooky Two
Steamhammer - Steamhammer
Steamhammer - MK II
The Stooges - The Stooges
Sun Ra and His Astro Infinity Arkestra - Atlantis
John Tchicai & Cadentia Nova Danica - Afrodisiaca
Technical Space Composer's Crew - Canaxis 5
Ten Years After - Stonedhenge
Ten Years After - Ssssh
Traffic - Last Exit
Velvett Fogg - Velvett Fogg
The Velvet Underground - The Velvet Underground
Mike Westbrook - Marching Songs Vol. 1 & 2
White Noise - An Electric Storm
The Tony Williams Lifetime - Emergency!
Johnny Winter - The Progressive Blues Experiment
Xhol Caravan - Electrip
Neil Young with Crazy Horse - Everybody Knows This Is Nowhere
Frank Zappa - Hot Rats
Frank Zappa - Uncle Meat

Lista wstępna jest spora, ale w 1969 roku dobrych i bardzo dobrych płyt wydano co niemiara. Dobrze by było, gdyby każdy przesłuchał przynajmniej 80-90% tej listy. Tym razem jak nie dostanę chociaż dziesięciu naprawdę przemyślanych trzydziestek zabawy nie skończymy i już kolejnych nie będzie. Czasu mamy dużo nie spieszy nam się.

Zwróćcie uwagę na jedną rzecz - nie wpisywałem na wstępną przeciętnej płyty Doorsów, marnych Purpli, nędznego Generatora czy Genesis. Nie wpisywałem tu płyt, które nie są przynajmniej dobre. Może kilka jest tylko niezłych, ale dość ważnych, poza tym są same fajne rzeczy.Do poleceń przystąpię niebawem. dnia Wto 14:18, 06 Styczeń 2015, w całości zmieniany 11 razy


To od siebie dodam:

Pharoah Sanders ‎– Jewels Of Thought
Cromagnon - Orgasm

To od siebie dodam:
Pharoah Sanders ‎– Jewels Of Thought


To na 100% jest 69? dnia Pon 13:42, 27 Październik 2014, w całości zmieniany 1 raz
Według Discogs są nawet dwa wydania z 1969. Guglanie nie przyniosło żadnej konkretnej odpowiedzi, mniej więcej po równo jest źródeł twierdzących, że to '69 lub '70. Na zdjęciu winyla nie dopatrzyłem się żadnej daty.


To zapytamy Mahavishnu
A co z Electronic Sonata for Souls Loved by Nature? Tutaj też są jakieś niejasności odnośnie roku wydania.
Nie ma według mnie. Utwór Electronic Sonata for Souls Loved by Nature poza tym, że wyszedł na płycie koncertowej w 1969 roku, którą mamy tutaj na liście jest jeszcze (w dłuższej, studyjnej trzyczęściowej wersji nagranej przez bardzo szeroki skład) na albumie The Essence of George Russell z 1971 i na dokładkę jest jeszcze jego druga wersja studyjna, nagrana w zupełnie innym składzie i wydana w roku 1980.

Te dwie daty, które przytaczasz (69, 71) to daty wydania dwóch różnych płyt, po prostu zbliżonych repertuarem. Tak sądzę i chyba mam rację. dnia Pon 14:23, 27 Październik 2014, w całości zmieniany 1 raz
Czyli Discogs kłamie
Albo się myli.
Polecenia czas zacząć.

Na pierwszy ogień pójdzie to, co chyba najbardziej Was interesuje, czyli jazzy i jazz-rocki.

John Berberian and The Eastern Rock Ensemble - Middle Eastern Rock

Jazz-rock o mocno wschodnim kolorycie. Może nieco naiwny, ale bardzo porządny. Myślę, że spodoba się szczególnie tym, dla których standardowy jazz bywa mało zrozumiały.

Blood, Sweat & Tears - Blood, Sweat & Tears

Absolutny klasyk. Dla mnie to jest i zawsze było takie gorsze Colosseum, ale naprawdę, nie da się tego nie znać. jedna z fundamentalnych płyt dla jazz-rocka.

Marion Brown - In Sommerhausen

Trochę avant, trochę free. Brązowy Marian nie nagrywał może arcydzieł, ale te jego lepsze płyty są naprawdę dobre.

Jaki Byard - The Jaki Byard Experience

To, jak widzicie po czcionce polecam Wam w szczególności. Super muzyka, niby to free, ale ma w sobie coś ze starego bopu. Wyjątkowa rzecz. Nie wiem czy wlezie mi do trzydziechy, ale chciałbym, żeby wlazła.

Don Cherry - "mu" First Part

Bardzo dobre free, lekko jakby etniczne, bo to przecie Cherry

Don Cherry - Eternal Rhythm

To, to raczej będę miał w dziesiątce. Jedna z najlepszych płyt w historii jazzu. Genialne połączenie muzyki dalekiego wschodu (gamelańskiej) i amerykańskiego avant-jazzu. Bezwzględnie trzeba znać!

Colosseum - Those Who Are About to Die Salute You

Debiut Colosseum jest znakomity, mówi się o nim mniej niżby wypadało wyłącznie za sprawą Valentyne Suite, która jest jeszcze lepsza. jak dla mnie na całej płycie jest może jeden gorszy moment (kiczowata zabawa arią na strunie Bacha, zawsze to przewijam), poza którym goście grają rozkosznie.

Colosseum - Valentyne Suite

To chyba każdy kojarzy. Najprostsza z wielkich płyt jazz-rockowych

Miles Davis - Miles in Tokyo: Miles Davis Live in Concert

Koncerty Milesa z reguły są świetne, te nieelektryczne również.

Miles Davis - Filles de Kilimanjaro

Przymiarki do In a Silent Way. Album co najmniej bardzo dobry, chociaż z reguły przepada w natłoku jeszcze lepszych.

Miles Davis - In a Silent Way

Wiadomo...

Eric Dolphy - Iron Man

Klasyczna płyta, choć nie tak wspaniała jak Out to Lunch, którego przydałoby się wysłuchać przed Iron Manem. Ale polecam, bo dobre.

Joe Henderson - Power to the People

Miazga zupełna. Trochę fusion, trochę avant, trochę jakiś spiritual, w sumie diabli wiedzą co to jest. Album rewelacyjny!

Elvin Jones - The Ultimate Elvin Jones

Nieelektryczne granie, ale prostsze niż te wszystkie avanty i mniej starodawne od bopu. Bardzo nośna muzyka. U mnie w pobliżu trzydziestki.

Manfred Mann Chapter Three - Manfred Mann Chapter Three

Najambitniejszy album Manfreda Manna. A przy tym wyjątkowo dobry. Wielka to szkoda, że prędko odszedł od tej konwencji i zaczął grać progresy.

John Mayall - The Turning Point

Nie przypadkiem tylu muzyków jazz-rockowych wyszło od Mayalla. Turning Point to coś pomiędzy stylem Colosseum i klasycznym mayallowskim bluesem, w dodatku w wersji... akustycznej! Cudownie to brzmi, klimat ma nieziemski. Nie wiem czy to nie jest mój ulubiony album Mayalla.

John McLaughlin - Extrapolation

MakLagin jak to MakLagin, wszyscy wiecie jak gra. Tutaj jest trochę hałasu, trochę wczesnego fusion, trochę bardziej klasycznego grania. Bardzo mocna rzecz.

Jerzy Milian - Baazaar

Piękny rodzimy akcent w postaci stylowy jazz na ksylofonie. Polski jazz ma swoją specyfikę, komu ona miła ten Miliana polubi.

George Russell - Electronic Sonata for Souls Loved by Nature

O tym już trochę pisaliśmy. Absolutna rewelacja. Od big bandu przez jazz-rock po elektronikę. Kosmos.

Pharoah Sanders - Karma

Wiadomo...

Manfred Schoof - European Echoes

Jeszcze większy napierdol od Maszin Gana

Wayne Shorter - Super Nova

Shorter w wersji fusion-avant. Fantastyczna rzecz, gra z prawie całą ekipa od Davisa, w elektrycznym stroju, ale po swojemu. Po przesłuchaniu tej płyty John McLaughlin wyrasta na prekursora no wave

Wayne Shorter - Schizophrenia

Jedna z bardziej avant-jazzowych płyt Shortera. Piękna, może mniej zaskakująca niż Super Nova, ale nie mniej ładna.

Soft Machine - Volume Two

Wiadomo...

Sun Ra and His Astro Infinity Arkestra - Atlantis

Hardcore jakich mało. Zwłaszcza za sprawą blackmetalowej jakości nagrania - która naprawdę tu pasuje! Wyjątkowy album. Na pierwszą dziesiątkę notowania, chociaż pewnie będzie na to zbyt nieprzystępny. Zobaczymy zresztą.

The Tony Williams Lifetime - Emergency!

Wiadomo...

Xhol Caravan - Electrip

Colosseum + Krautrock = ? Sami sprawdźcie!

Frank Zappa - Hot Rats

Wiadomo...
Albo przeoczyłem, albo nie ma na tej liście Art Ensemble of Chicago - "People in Sorrow".
Już jest
Miles Davis - Bitches Brew
KC - In the Court of the Crimson King
A gdzie 2 świniaki zawodów ?

Miles Davis - Bitches Brew
KC - In the Court of the Crimson King
A gdzie 2 świniaki zawodów ?


Bitches Brew wyszło w 70, a Crimson przecież jest.
Od siebie dorzucę Coven - Witchcraft Destroys Minds & Reaps Souls.

Nie jest to może granie najwyższych lotów, ale mnie się tego przyjemnie słucha. Kapitan uzna, czy wrzucić do listy.
Coven jest spox, śmieszny klimat, trochę przegięli z 15 minutową "czarną mszą" na koniec, nigdy tego całego nie przesłuchałem, ale nawet fajne piosenki tam są, oczywiście bez rewelacji pewnie i tak nie ma szans na 30 u nikogo, pewnie nawet w pierwszej 100 by miało problem, ale i tak można posłuchać, szczególnie, że ciekawostka pewna to jest.
Szatanistów będziesz promował bezbożniku?

Kapitanie - czyli mam rozumieć, że strzelania do dyskografii poszczególnych zespołów poniechaliśmy?
Tak, będę
No przecież zapomniałem że jesteś szatanistą. Zginiesz w piekle ubecki folksdojczu

(ale zanim się to stanie oddam Ci kasę za obiad oczywiście).
A czy szanty mają coś wspólnego z szatanem?
Słuchać Moondoga i głosować na Moondoga
https://www.youtube.com/watch?v=CSb1kP9slm8
Genialna jest ta płyta.
Mają. Woda po której zapychają statki nie jest święcona.
Bo to woda ognista, a ogień jak wiadomo to znak szatana.
Ale ogień w tradycji chrześcijańskiej ma moc oczyszczania.

Chociaż statki zasuwające po ognistej wodzie mogą być szatanistyczne.
No i większość marynarzy oddaje się bez krępacji grzechowi sodomskiemu.

No i jeszcze to:

Więc jak cenzura podeśle listę, to proponuję olać i dać mu warna he he

//ochrona danych osobowych
To nasz Cizar? Dawno go nie było.

Dlaczemu olewać? Taki element buffo przy podsumowaniu rocznika doda całości polotu
Ale chrześcijanie kochają palić na stosie, podpalać pięty, czy smażyć zarżnięte zwierzęta na ruszcie ? Wiec czyżby wszyscy byli dziećmi szatana ?

Ale chrześcijanie kochają palić na stosie, podpalać pięty, czy smażyć zarżnięte zwierzęta na ruszcie ? Wiec czyżby wszyscy byli dziećmi szatana ?

W paleniu celowały głównie trybunały protestanckie. Katolicy raczej topili. Ale coś w tym jest.

Inkwizycja była spoko.


Kapitanie - czyli mam rozumieć, że strzelania do dyskografii poszczególnych zespołów poniechaliśmy?

Od siebie dorzucę Coven - Witchcraft Destroys Minds & Reaps Souls.

Nie jest to może granie najwyższych lotów, ale mnie się tego przyjemnie słucha. Kapitan uzna, czy wrzucić do listy.


Wpisałem, ale to nie jest nic więcej jak tylko ciekawostka.



Cóż za dysydent wulgarny. Pewno zagłosujesz na Metallice ? a może wierzchołkiem Twej psującej nam zabawę listy będzie Slasz z jego 3ma dźwiękami na krzyż ?
Nie ładnie tak obrażać filar muzyki rockowej, tej ambitniejszej. Co oni Ci takiego zrobili ? Zbyt popularni ? Fripp za grzeczny i za inteligentny ? A może dla tego że siedzi grając ? Albo dla tego że bije na głowę technicznym opanowaniem instrumentu jak i fantazją twórczą Twego idola Slesza ?
O co ci biega koleżko, gdzie tu Zuy pan wspomniał o Slashu? :/
Kapitanie - ale kiedy zaproponowałem strzelanie do dyskografii (maj? czerwiec? lipiec? - nie chce mi się grzebać i szukać), stwierdziłeś że lepiej skupić się na rocznikach i strzelanka (miało być Can chyba) koniec końców nie została otwarta.

Czyli że się kłóci.
Czym się różni to:
http://www.discogs.com/Holger-Czukay-Rolf-Dammers-Canaxis/release/325929
od tego:
http://www.discogs.com/Technical-Space-Composers-Crew-Canaxis-5/release/4025128

Bo znam to pierwsze i nie wiem jak to traktować w sumie, bo niby "orginal wydanie" 1969, no ale może chodzić o Canxis 5 i nie wiem czy różnice są na tyle duże, żeby sprawdzać to drugie, czy uznać, że jest niemal identyczne i po prostu uwzględnić Technical Space Composers.

A co ze Space Oddity (org David Bowie), w sumie jak na liście jest Abbey Road i Coven, to też by się załapało, bo na moje oko na tym samym poziomie co to pierwsze (też po jednym naprawdę dobrym kawałku, I Want You (She so Heavy) i Space Oddity, a poza tym kilka mniej lub bardziej udanych piosenek) a od Covena lepsze w sumie. Rozumiem, że Bitlesy są "ważne", ale tak jakoś mi się przypomniało dziś rano. W sumie można do listy nie dopisywać, wystarczy, że tutaj wspomnę.

Kapitanie - ale kiedy zaproponowałem strzelanie do dyskografii (maj? czerwiec? lipiec? - nie chce mi się grzebać i szukać), stwierdziłeś że lepiej skupić się na rocznikach i strzelanka (miało być Can chyba) koniec końców nie została otwarta.

Czyli że się kłóci.

Czym się różni to:
http://www.discogs.com/Holger-Czukay-Rolf-Dammers-Canaxis/release/325929
od tego:
http://www.discogs.com/Technical-Space-Composers-Crew-Canaxis-5/release/4025128


Tego późniejszego w ogóle nie znam. Ale patrząc na listę utworów chyba się różni, nie?

Odświeżyłem sobie Moondoga. Jest fajny, ale nie na tyle dobry żebym myślał o nim w kontekście głosowania. Third Stream ewidentnie był ślepym zaułkiem, a u Moondoga słychać to nawet lepiej niż u innych - ani muzycy nie mogą za bardzo odlecieć, ani same kompozycje dupy nie urywają.

Za to Art Ensemble of Chicago - People in Sorroow z którym w końcu się zapoznałem bardzo jest zacne. Nastrojowy dekonstrukcjonizm - słyszeliście o takim zwierzu? ma szanse załapać się do trzydychy. dnia Wto 12:08, 28 Październik 2014, w całości zmieniany 2 razy
Zacząłem grzebać w tym co już mam z 1969 r. i trafiłem na Chicago - Chicago Transit Authority. Taki jazz-rock, momentami funkowy, momentami bardziej odjechany, czasami też jest popowo. Nie wiem, czy mi się załapie do 30-tki, bo większości płyt z listy proponowanej przez Kapitana jeszcze nie znam... pewnie nie, ale jak ktoś ma ochotę to niech sobie posłucha, bo całkiem znośna i lekka rzecz.

Zacząłem grzebać w tym co już mam z 1969 r. i trafiłem na Chicago - Chicago Transit Authority.

Jazz-pop w czystym wydaniu. Zdaje się, że to najgorszy album z 69 roku jaki znam
Słuchałem dzisiaj Art eszemble of szikago i za pierwszym razem nie porwało jakoś, chyba nie załapałem o co w tym chodzi, spodziewałem się raczej jakiegoś jazzu sensu stricte i nie wiedziałem później jak to ugryźć, ale jeszcze nie zrzucam z playera, więc będę se jeszcze słuchał jutro.
Pewnie Ci się spodoba, jak nie dziś to jutro. Sam raczej nie widzę tej płyty u siebie powyżej trzeciej dziesiątki, ale kilka punktów raczej dam.

Zacząłem grzebać w tym co już mam z 1969 r. i trafiłem na Chicago - Chicago Transit Authority.

Jazz-pop w czystym wydaniu. Zdaje się, że to najgorszy album z 69 roku jaki znam
No bez jaj. Ameryki nie odkrywają, ale całkiem miło się tego słucha.
Sly and Family Stone - Stand! - funk we wczesnym stadium, może nie
taki klasyk jak dwa następne albumy, ale solidna płyta. W większości, to przystępne kawałki, choć bywa i psychodelicznie, można posłuchać jako przekąskę między trudniejszymi pozycjami. Pamiętajcie, że Miles Davis przyznał się do inspiracji nimi, Jamesem Brownem i Hendrixem.

Jeff Beck Group - Beck-Ola zaledwie 30 minut ciężkiego, mięsistego blues rocka, który wiadomo że przegrywa konkurencję z Led Zeppelin, ale nadal jest to solidny album. Najlepszą wizytówką płyty jest kawałek otwierający, cover Elvisa z intensywną linią basu i ciekawymi sztuczkami Becka, które brzmią jak scratche.
Sami se oceńcie
Jeff Beck Group - All Shook Up https://www.youtube.com/watch?v=neqUG0CX0dc

No bez jaj. Ameryki nie odkrywają, ale całkiem miło się tego słucha.

Mnie się słuchało raczej niemiło, ale nawet gdybym miał nieco lepsze wspomnienia to i tak byłby to najgorszy album z 1969 jaki słyszałem.

Dobra, czas polecić i przypomnieć coś rockowego:

Amon Düül II - Phallus Dei

Krautrockowy standard. Doskonałe narkomańskie jamowanie. Jedna z lepszych płyt w swoim gatunku i jedna z lepszych płyt rocznika.

Arcadium - Breathe Awhile

Jeden z tak zwanych "klasycznych nkr-ów". Wczesny prog / późna psychodela. Bardzo miła muzyka, mnie jakoś bardzo nie bierze, ale możliwe, że komuś spodoba się bardziej.

Bakerloo - Bakerloo

Bardzo porządny blues rock / wczesny heavy prog. Niby nic takiego tu nie ma, ale płyty słucham relatywnie często. Clem Clempson z Colosseum tu gra.

Blind Faith - Blind Faith

Wiadomo - absolutna podstawa rocznika. Moim zdaniem najlepszy album zarówno Claptona jak i Winwooda.

Edgar Broughton Band - Wasa Wasa

Muzyka mocno inspirowana Beefheartem, ale od Magicznego Bandu znacznie mniej eksperymentalna. To taki pokrętny heavy psych., nie żadna awangarda. Płyta jest świetna, chociaż bycie wtórnym w takim okresie to jednak spora wada.

Burnin Red Ivanhoe - M 144

Bardzo porządny zespół, bardzo porządna płyta. Fajne, naturalne granie oparte na bluesie, trochę może jazie i wczesnym progu. Warto ich sobie przybliżyć.

Can - Monster Movie

Jak Can to wiadomo, że jest dobrze. W każdym razie wtedy jeszcze było.
A co z Breakout - Na drugim brzegu tęczy?
Zapomniany, czy niedoceniony?
Niedoceniony
Kapitanie o co chodzi z tym Blood, Sweet & Tears, znaczy pewnie ważna płyta historycznie, ale przecież muzycznie to strasznie naiwne granie, dużo lepsze jazz-rocki już słyszałem i to wcześniej, np płyta "Open" Briana Augera z jakimś towarzystwem z 1967 robiła na mnie dużo lepsze wrażenie, tutaj natomiast mamy pop-rockowo-psychodeliczne pioseneczki (czasem nawet covery, o ile nie tylko, nawet nie sprawdzałem, kilka na pewno) z jazzowymi motywami, to takie trochę pitolenie i trochę nic nie wnosi. Granie do kotleta z kiepskiej knajpy.

Mam też zagwozdkę, bo zastanawiam się czy lepszy Clapton z Blind Faith, czy bracia Allmanowie, płyty bardzo zbliżone stylistycznie i w sumie podobne poziomem, nie wiem czy mi się zmieszczą do 30 oba, więc będzie trzeba zdecydować.
Kapitan będąc przy A, jakoś Arzachela pominął. Pewnie każdy zna, ale czy każdy docenia... U mnie dwie płyty zespołów rockowych na A mają zdecydowaną szansę znaleźć się wśród najlepszych.
No Arzachel i Amon Dull na pewno w 30 będą i to raczej w czołówce, pewnie u większości się to powtórzy.
Słucham tak sobie MC5 i bawi mnie fakt, że w 1969 Rolling Stone nazwał ich debiut pretensjonalnym. :O
Nie pisałem o Arzachelu, bo rzecz wydała mi się oczywista. To jest akurat płyta, która 10 lat temu faktycznie była mało znana, natomiast dzisiaj wyrasta już na standard.

Dalsza część poleceń:

Captain Beefheart & His Magic Band - Trout Mask Replica

Mój ulubiony album rockowy. Pewnie znacie, ale może ktoś jeszcze nie zna to niech se pozna.

Crosby, Stills & Nash - Crosby, Stills & Nash

Też legendarny album. Piękny, amerykański folk rock - sam Miles się nimi inspirował. Nagrał nawet ich numer, Guinnevere - w obydwu wersjach fantastyczny!

Nick Drake - Five Leaves Left

Drake'a pewnie wszyscy znają, ale możliwe, że jednak ktoś nie zna. Bardzo ładna muzyka, no i jednak must dla każdego, kto chciałby coś o muzyce rozrywkowej wiedzieć.

East of Eden - Mercator Projected

Tutaj sprawa ma się tak samo jak z Arzachelem - jeszcze parę, powiedzmy z 10 lat temu, jak pod koniec liceum zaczynałem zagłębiać się w progres ten album był niszowy. Dzisiaj już raczej nie jest.

The Allman Brothers Band - The Allman Brothers Band

Wolę ich z koncertów, ale gdybym miał wybrać najlepszy album studyjny wybrałbym ten. Same hity. Tylko w trochę za krótkich wersjach.

Free - Tons of Sobs

Bardzo dobry brytolski blues, jak dla mnie znacznie fajniejszy niż ich późniejsze hard rockowe płyty. W sumie ToS niewiele się rożni od dwójki, ale coś trzeba było wybrać. Naprawdę, polecam podejść do tego bez uprzedzeń, bo warto.

Grateful Dead - Live / Dead

Klasyczny live jednego z najlepszych koncertowo zespołów w dziejach rocka.

Group 1850 - Paradise Now

Bardzo fajna, ćpuńska muzyka z Holandii. Bardzo lubię ten album, może nawet uda mi się przyznać mu jakieś punkty, zobaczymy. dnia Czw 06:50, 30 Październik 2014, w całości zmieniany 1 raz
Alan Silva and His Celestrial Communication Orchestra - Luna Surface

Kurwa, co trzeba mieć w głowie, żeby robić taką muzykę? Polecam free jazzowym fanom Mayhem
he Aynsley Dunbar Retaliation -To Mum, from Aynsley and the boys
fajny blues rock.

East of Eden Mercator Projected - dobry prog.
https://www.youtube.com/watch?v=wKSdPF19DtI

Renaissance - Renaissance. Tez dobry prog w kitniak.
https://www.youtube.com/watch?v=q__tjD9_P8E


East of Eden Mercator Projected - dobry prog.
https://www.youtube.com/watch?v=wKSdPF19DtI

Renaissance - Renaissance. Tez dobry prog w kitniak.
https://www.youtube.com/watch?v=q__tjD9_P8E

Nie cierpię strasznie tego zespołu i jedynie polecanie mi tego albumu, przez kogoś równie negatywnie nastawionego do kiczu, który był ich dziełem na późniejszych płytach, mogłoby mnie skłonić do przesłuchania.


East of Eden Mercator Projected - dobry prog.
https://www.youtube.com/watch?v=wKSdPF19DtI


Powiedziałbym, że więcej niż dobry. Jak na razie wyrasta u mnie na jeden z lepszych albumów rocznika. Prawie na pewno mi się zmieści w 30.
Renaissance - Renaissance. Tez dobry prog w kitniak.
https://www.youtube.com/watch?v=q__tjD9_P8E

Nie cierpię strasznie tego zespołu i jedynie polecanie mi tego albumu, przez kogoś równie negatywnie nastawionego do kiczu, który był ich dziełem na późniejszych płytach, mogłoby mnie skłonić do przesłuchania.

Tutaj jeszcze nie śpiewała ta okropna baba, ale i tak jest przeraźliwie pretensjonalnie. Jeżeli ktoś nie jest wielkim fanem rocka symfonicznego nie polecam. Ani tej płyty, ani tego zespołu.
Harvester - Hemat

Czyli International Harvester w nowej odsłonie. Z nową nazwą i mniej więcej taką samą muzyką. Może tylko nieco słabszą.

High Tide - Sea Shanties

Kolejny z legendarnych nkrów. Heavy psychodela, która była w swoim czasie bardzo heavy i bardzo psycho. Lidera grupy Tony Hilla przyrównywano do Morrisona - co jest przesadą, i do McLaughlina - co jest jeszcze większą przesadą, ale facet gra i śpiewa bardzo fajnie. Do tego mieli dobrego skrzypka Simona House'a, który trafił do Hawkwind.

Jefferson Airplane - Volunteers

Wiadomo. Jedna z najlepszych i najważniejszych mainstreamowych płyt rockowych tamtej epoki.

Jethro Tull - Stand Up

Też wiadomo. Dobra płyta, w dodatku bardzo znana.

Joe Byrd and The Field Hippies - The American Metaphysical Circus

A to jest drugie wcielenie The USA. Sporo, sporo gorsze od pierwszego, ale i tak całkiem dobre.

Love - Four Sail

Fajna płyta, chociaż może trochę nie w swoim czasie.

Man - Two Ozs of Plastic With a Hole in the Middle

Man to ciekawy zespół w ogóle. Tak niecharakterystyczny, że aż charakterystyczny. Niby nie ma tutaj niczego, czego ktoś inny nie zrobiłby dużo lepiej, ale całość jest na tyle przyjemna, że naprawdę daje się słuchać. Polecam, może nie do listy, ale po prostu - rozrywkowego słuchania.

MC5 - Kick Out the Jams

Sympatyczny proto-punk. Zespół w swoich czasach był zdecydowanie mniej znany niż powinien i dlatego później stał się zdecydowanie bardziej kultowy niż na to zasługuje. Zresztą, chyba nie on jeden...

Music Emporium - Music Emporium

Piękna płyta, tylko co najmniej o rok spóźniona. Najbardziej zachwycająca jest tutaj melodyka piosenek - rodem z The USA. Minusami są nie-eksperymentalizm, amatorszczyzna i ostatni utwór. Ale i tak jest super.

Quicksilver Messenger Service - Happy Trails

Rewelacyjny album! Fantastyczny rockowy jam, bardzo wyluzowany, bardzo bluesowy, trochę kwasowy. Jedna z najlepszych płyt rocznika.

Rare Earth - Get Ready

Trochę psychodeli, trochę bluesa, trochę soulu. Bardzo dobry album, taki typowo amerykański, czyli zupełnie bez spiny. jak ktoś lubi tamte rejony muzyczno-geograficzne zapewne polubi i to. dnia Czw 15:43, 30 Październik 2014, w całości zmieniany 1 raz
Don Cherry- Eternal Rythm- o kurwa, jakie to dobre, etno-free z piszczałkami, dzwonkami i w ogóle, z fragmentami bardziej post-bopowymi, niesamowity klimat, jaram się jak protestujący mnich buddyjski, będzie w czołówce.
Don nie nagrywał słabych płyt. Sam fakt że Penderecki chciał z nim nagrywac o czymś świadczy.
Brown Rice, Hear and now też zajebiste są. Moje ulubione Dona.[/code
No tak, Wisienka miał mnóstwo świetnych płyt, w samym 69 wydał ich kilka, ale jednak Eternal Rythm to absolut. Jedna z najlepszych płyt w historii jazzu.
Moim zdaniem zdecydowanie lepsza od Eternal Rythms jest Actions.
A moim Actions jest gorsza dwa razy. Jedno wielkie napierdalanie pod batutą bezradnego Pendereckiego. Lubię czasem tego posłuchać, ale to jest przyjemność stricte Mayhemowa.

Natomiast Eternal Rhythm to cudowna, feeryczna muza, która brzmi fantastycznie i w której dzieją się znacznie ciekawsze rzeczy niż tylko zbiorowe hałasowanie.
Nie ocenił bym tego jako zbiorowe hałasowanie, bo idąc tym tropem w ogóle moglibyśmy Dona nazwać niezłym chuliganem bo hałasuje na każdej swojej płycie prawie że
Dla mnie wszystkie te dęciaki w Actions mają pełen wymiar, wszystko ze sobą zajebiście współgra. No ale to są gusta właśnie.
Tylko z drugiej strony jak czytałem o powstawaniu tej płyty miałem wrażenie, że tam tak naprawdę każdy grał sobie. Penderecki miał jakąś odgórną wizję, chciał ją wdrażać, ale jak tylko zaczęli grać to od razu perkusista poleciał solówką i wszystko się rozlazło.

Zresztą nie twierdzę, że Action to nie jest dobry album, tylko, że do Eternal Rythm nie ma startu - bo nic co nagrał Don (pod swoim nazwiskiem, Ornette to inna historia) nie ma.
Kurde, z takimi Zeppelinami to jest problem jednak, bo II to jest tak kurewsko wybitny album w swojej kategorii, że o maj god, no ale z drugiej strony to tylko hard-rock, twór gdzie było z 5 i 3/4 dobrych kapel na krzyż, więc no... trudno mi zdecydować, ale jakby tego nie było na liście to by było słabo, z drugiej strony znam 40 płyt z kawałkiem, a do pierwszej 10 już nie ma szans, więc jakby pojawiła się jeszcze masa naprawdę dobrych płyt to by wyleciało i cóż...
George Russell - Electronic Sonata for Souls Loved by Nature

Świetne to jest. Po tagach na RYM spodziewałem się czegoś nie wiadomo jak trudnego, ale od samego początku słuchało się tego niesamowicie łatwo i przyjemnie, mimo iż klimat jest tu chyba mroczniejszy niż na tych wszystkich "dark jazzowych" albumach razem wziętych. Chyba najlepsze połączenie jazzu i elektroniki, jakie słyszałem.
Cromagnon - Orgasm

Wyobraźcie sobie jaskiniowców grających industrial na kościach mamutów podczas dzikiej orgii - taki jest klimat tej płyty. Z pamięci wydawało mi się, że ten album to tylko taka ciekawostka, ale jak teraz przesłuchuję to widzę, że to naprawdę niezła rzecz, może uda się jakoś upchnąć w trzydziestce
Fajny jest ten Manfred, zagłosuję.

Roland Kirk - Volunteered Slavery : kawał dobrego jazzowania. Będzie wysoko.
https://www.youtube.com/watch?v=na8Fkj694DQ

Herbie Mann - Memphis Underground : Niekoniecznie głosować, ale warto posłuchać
Brekout - Na drugim Brzegu tęczy
Art Blakey and the Jazz Messengers - The Witch Doctor Bardzo dobry post. Będzie dużo punktów.

Larry Coryell - Coryell. Całkiem niezły debiut.
The Rolling Stones - Let It Bleed

Ponoć najlepsza płyta Stonesów. Jak dla mnie Beggars Banquet była lepsza, ale ta jest zaraz za nią. Tylko trzeba się w to porządnie wsłuchać żeby docenić.

Soft Machine - Volume Two

Wspaniały album. O ile debiut to były jeszcze przymiarki - świetne, ale słychać było, że zespół dopiero się rozkręca -, o tyle Dwójka to już Soft Maszyna pełną parą!

The Stooges - The Stooges

Klasyk. Nie tak dobry jak go w RS'ach malują, ale nie można nie znać.

The Velvet Underground - The Velvet Underground

Słychać, że zespół dostaje lekkiej zadyszki, ale jest tu kilka fantastycznych piosenek, a słabych nie ma wcale.

White Noise - An Electric Storm

Vice Silver Apples, czyli pradawna elektronika. Płyta na ogół jest rewelacyjna, chociaż ma trochę mniej udanych momentów. Ale i tak głupio by było nie znać...

Xhol Caravan - Electrip

Colosseumowy krautrock. Bardzo dobry album, z tych wszystkich Xholi/Souli i innych (lubili zmieniać nazwę) absolutnie najlepszy.

Neil Young with Crazy Horse - Everybody Knows This Is Nowhere

Kolejna legenda. Kultowy album, jeden z najlepszych jakie Neil nagrał.

Kurde, z takimi Zeppelinami to jest problem jednak, bo II to jest tak kurewsko wybitny album w swojej kategorii, że o maj god, no ale z drugiej strony to tylko hard-rock.

Moim zdaniem nikt z nas nie potrafi sformułować żadnego rozsądnego argumentu przeciwko największym klasykom rocznika jak King Crimson czy Led Zeppelin (i właściwie nic więcej). Rozumiem, że jazzy lepsze (też wolę), rozumiem, że pewne rzeczy mogą się przejeść (ostatni raz wysłuchałem w całości In The Court chyba z 5 lat temu), ale bardzo się zdziwię jeśli ktoś na te płyty nie zagłosuje. Naprawdę znacie 30 lepszych albumów z 69 niż LZI, LZII i ItCotCK? Bo ja nie znam. Mogę bez trudu wymienić 30 i więcej takich, których częściej obecnie słucham, ale lepszych nie.
Powinno się zmieścić jak nie będzie 20 płyt jazzowych na pierwszą 10, bo z tego co widzę to większość płyt rockowych już jest wyraźnie gorsza od nich i od tych które są przed nimi. Znaczy LZ II i KC, LZ I może mieć problem, bo się dużo płyt wpakowało między nie, a II lepsza, ale od I wolę Jeffersonów, White Noise, czy żydka śpiewającego o ptaku na drucie.
Hot Rats też musi być wysoko (przynajmniej na tym forum), bo jakby nie patrzeć to jazz rock w wykonaniu zapposkiego geniuszu na najwyższym szczeblu.
Piękne wykonanie Peaches n Regalia
https://www.youtube.com/watch?v=mBnoVHsW34Q
A tak dla przyspamowania, parę fajnych coverów frankoskich kompozycji.
Heavy Breeze - Echidna's Arf (of You)
https://www.youtube.com/watch?v=POGvtLBaVX4

Pojama People - Freddie White at the Mill Theatr
https://www.youtube.com/watch?v=16kHVpwFE5g

Inca Roads - Mike Keneally -> Czad !
https://www.youtube.com/watch?v=b8DxA1rLmo4
Mike swoją drogą to świetny, niedoceniany gitarzysta. Zresztą u Franka jakieś byle paproki nie grały.
Oba Zappy w tym roczniku są bardzo dobre, wujek mięso sporo zyskuje w wydaniu oryginalnym bez jakiś kurewskich dialogów z filmu co chwila które wjebali na CD, a że oceniamy oryginały, to wiadomka.
Hot Rats to w ogóle wygra według mnie. Na drugim będzie albo Crimson, albo In a Silet Way, albo Sanders.
Kilka nowych tropów, czyli to, co właśnie poznaję:

Gato Barbieri - The Third World

Barbieri na ogół nie do końca mnie przekonuje, tak jest i tym razem. Sporo dobrego free, ale po primo nie ma tu absolutnie nic wybitnego, po secundo idea freekowego grania na saxie do podkładów jak z filmu Love Story to nie był dobry pomysł i są tutaj miejsca, które mnie irytują.

Roland Kirk - Volunteered Slavery

Kirk zawsze mnie męczył, bo to jest jazz jak ze starego filmu o murzynach. Jest niby etnicznie, ale grzecznie (nawet utwór o Coltranie jest jak na swoją tematykę skrajnie zachowawczy). Niby miłe, ale nudne. Jak to u Kirka.

Amalgam - Prayer for Peace

Fajne free, ale też nie ma tu niczego, czego nie byłoby gdzie indziej i to w lepszej wersji. Płyta nie ma absolutnie żadnych mankamentów oprócz jednego - nie ma na niej niczego nadzwyczajnego.

Horace Tapscott - The Giant Is Awakened

Niby bardzo dobrze, ale w wielu miejscach jest lejm straszny. Co chwila idą jakieś hiszpańskie tematy na pianinie - przepraszam, ale zdrowo niedorobione, które psują wszystko. To znaczy, nie jest to całościowo żadna kiła, w sumie całkiem jest fajnie, ale wracać do tej płyty raczej nie zamierzam.

Ornette Coleman - Crisis

Bardzo ładnie i porządnie, ale ani w skali Ornetta, ani roku 69 nie jest to nic nadzwyczajnego. Z drugiej strony Coleman to jednak Coleman...

Alan Silva and His Celestrial Communication Orchestra - Luna Surface

Bardzo to radykalne, ale podoba mi się bardzo. Pisałem już o tym, w sumie nie tak dawno temu, ale przypomnę, bo warto.

Art Ensemble of Chicago - People in Sorrow

A to jest w ogóle najlepsze czego nie znałem i poznałem. Na pewno załapie mi się na listę. Nie wiem czemu nie posłuchałem tego wcześniej.

Anthony Braxton - Anthony Braxton [B-X° / N O I 47ᴬ]

Może i jest to póki co najmniej dobra płyta Braxtona jaką znam, ale i tak ma super momenty. Zresztą kto wie, może jednak u mnie zapunktuje? dnia Nie 12:47, 02 Listopad 2014, w całości zmieniany 2 razy
Manfred Schoof - European Echoes
Rasowy free. Miłośnikom gatunku może się spodobać. Spójrzcie sobie na skład...

Hot Rats to w ogóle wygra według mnie. Na drugim będzie albo Crimson, albo In a Silet Way, albo Sanders.
Davis i Sanders to muzyka zdecydowanie lepsza pod każdym względem, niczego Frankowi nie ujmując. Crimson nie zasłużył na podium absolutnie. Ja spodziewam się umieścić go najprędzej na końcu pierwszej, albo na początku drugiej dziesiątki. Mam nadzieję, że nie będzie kaszany i Fripp nie wygra...
No, też mam taką nadzieję, chciałbym żeby wygrało coś z trójki Sanders, Davis, Cherry, ale pewnie wygra coś bardziej standardowego, rok 1967 pewnie się już nie powtórzy i nie wygra mało znany album jazzowy.

Manfred Mann Chapter Three - Manfred Mann Chapter Three

Najambitniejszy album Manfreda Manna. A przy tym wyjątkowo dobry. Wielka to szkoda, że prędko odszedł od tej konwencji i zaczął grać progresy.

Jerzy Milian - Baazaar

Piękny rodzimy akcent w postaci stylowy jazz na ksylofonie. Polski jazz ma swoją specyfikę, komu ona miła ten Miliana polubi.

Sun Ra and His Astro Infinity Arkestra - Atlantis

Hardcore jakich mało. Zwłaszcza za sprawą blackmetalowej jakości nagrania - która naprawdę tu pasuje! Wyjątkowy album. Na pierwszą dziesiątkę notowania, chociaż pewnie będzie na to zbyt nieprzystępny. Zobaczymy zresztą.

The Tony Williams Lifetime - Emergency!

Wiadomo...

Zacząłem grzebać w tym co już mam z 1969 r. i trafiłem na Chicago - Chicago Transit Authority. Taki jazz-rock, momentami funkowy, momentami bardziej odjechany, czasami też jest popowo.
Blind Faith - Blind Faith

Wiadomo - absolutna podstawa rocznika. Moim zdaniem najlepszy album zarówno Claptona jak i Winwooda.

Renaissance - Renaissance. Tez dobry prog w kitniak.
Soft Machine - Volume Two

Wspaniały album. O ile debiut to były jeszcze przymiarki - świetne, ale słychać było, że zespół dopiero się rozkręca -, o tyle Dwójka to już Soft Maszyna pełną parą!

Gato Barbieri - The Third World

Barbieri na ogół nie do końca mnie przekonuje, tak jest i tym razem. Sporo dobrego free, ale po primo nie ma tu absolutnie nic wybitnego, po secundo idea freekowego grania na saxie do podkładów jak z filmu Love Story to nie był dobry pomysł i są tutaj miejsca, które mnie irytują.

Horace Tapscott - The Giant Is Awakened

Niby bardzo dobrze, ale w wielu miejscach jest lejm straszny. Co chwila idą jakieś hiszpańskie tematy na pianinie - przepraszam, ale zdrowo niedorobione, które psują wszystko. To znaczy, nie jest to całościowo żadna kiła, w sumie całkiem jest fajnie, ale wracać do tej płyty raczej nie zamierzam.

Art Ensemble of Chicago - People in Sorrow

A to jest w ogóle najlepsze czego nie znałem i poznałem. Na pewno załapie mi się na listę. Nie wiem czemu nie posłuchałem tego wcześniej.

No, też mam taką nadzieję, chciałbym żeby wygrało coś z trójki Sanders, Davis, Cherry, ale pewnie wygra coś bardziej standardowego, rok 1967 pewnie się już nie powtórzy i nie wygra mało znany album jazzowy.

Co do Sandersa oraz Cherry'ego zgoda, i też liczę na ich obecność w ścisłej czołówce, a i zwycięstwo jednej z tych płyt zrozumiem i zaaprobuję, lecz pozwolę sobie na herezję wobec Milesa: u mnie w "5" się nie znajdzie. Nie dlatego, że nie lubię In a Silent Way, po prostu później tworzył rzeczy jeszcze lepsze.
Wiesz co Gharvelt ty to zawsze musisz hipsterzyć i nie głosować na najlepsze płyty w roczniku? No i co z tego, że później Miles tworzył lepsze rzeczy, co to ma za znaczenie?
A co, jezeli Miles stwierdzi, że skoro mało mu dałeś to nie nagra Bitches Brew, bo pewnie też nie ocenisz wysoko? A CO JEŻELI ZAŁAMIESZ CZASOPRZESTRZEŃ?
To co robimy z Jewels Of Thought?

Davis i Sanders to muzyka zdecydowanie lepsza pod każdym względem, niczego Frankowi nie ujmując.
Crimson nie zasłużył na podium absolutnie. Ja spodziewam się umieścić go najprędzej na końcu pierwszej, albo na początku drugiej dziesiątki.


ta płyta zaskoczyła mnie tym, że bardziej niż z jazzem to się momentami kojarzy mi z jazzującym brzmieniem King Crimson.
u mnie w "5" się nie znajdzie. Nie dlatego, że nie lubię In a Silent Way, po prostu później tworzył rzeczy jeszcze lepsze.

Tak później jak wcześniej miał jeden lepszy album - Bitches Brew. Poza tym w całym swoim życiu nagrał kilka płyt równie dobrych.
John McLaughlin - Extrapolation
Na tą płytkę też warto głosować. U mnie to ścisła czołówka. Mam wielki sentyment do tej płytki. Pewno mało kto zagłosuje
https://www.youtube.com/watch?v=wwu57BeGgOY
John jest fenomenalnym gitarzystą.
Freddie Hubbard A Soul Experiment
https://www.youtube.com/watch?v=wHsKtfE_udc
Kurde w tym roczniku jest tyle wyjebistych płyt, że dałbym ze 15 na pierwsze miejsce.

John McLaughlin - Extrapolation
Na tą płytkę też warto głosować. U mnie to ścisła czołówka. Mam wielki sentyment do tej płytki. Pewno mało kto zagłosuje


Myślę, że niżej niż na miejscu 20 ten album nie będzie. A wcale się nie zdziwię widząc go w dziesiątce (choć moim zdaniem było w 69 więcej niż 10 lepszych płyt).

Dziwi mnie i smuci zarazem, że mało w wątku tym mówi się o jednej z absolutnie najlepszych płyt tak tego rocznika jak i całego nurtu fusion:

The Tony Williams Lifetime - Emergency!



Gdyby nie chujowe śpiewy Williamsa byłoby tak samo dobre jak pierwsze dwie Mahavishnu Orchestra. dnia Pon 17:53, 03 Listopad 2014, w całości zmieniany 1 raz
Tak sobie myślę, że sporo genialnego jazzu było w tym roku, bo to taki okres przejściowy między free, a fusion i trochę się miksują te 2 nurty.


Gdyby nie chujowe śpiewy Williamsa


I trafiamy w sedno. Przez nie durno się słucha całego albumu, zajebistego zresztą, ale i tak to irytuje jak diabeł. dnia Pon 19:15, 03 Listopad 2014, w całości zmieniany 1 raz

Davis i Sanders to muzyka zdecydowanie lepsza pod każdym względem, niczego Frankowi nie ujmując.

Zbliżony poziom moim zdaniem.
To trochę tak, jakby porównywać The USA do Mszy H-moll Bacha. Owszem, i jedno i drugie dobre, ale gdy przychodzi wybierać - wybór oczywisty.

Franka ogranicza jego jajcarstwo. Dlatego poziomu najlepszych dzieł Coltrane'a czy Sandersa jak na mój gust nie ma szans osiągnąć. Natomiast Sanders, Davis i parę jeszcze innych jazzów to dla mnie niemalże absolut, gdzie właściwie nie ma się absolutnie do czego przyczepić.


Gdyby nie chujowe śpiewy Williamsa


I trafiamy w sedno. Przez nie durno się słucha całego albumu, zajebistego zresztą, ale i tak to irytuje jak diabeł.

A mnie te śpiewy w ogóle nie przeszkadzają, płytkę stawiam prawie na równi z debiutem Mahavishnu Orchestra.

Tak sobie myślę, że sporo genialnego jazzu było w tym roku, bo to taki okres przejściowy między free, a fusion i trochę się miksują te 2 nurty.

W kilku kolejnych rocznikach też tak jest np:

1970

Annexus Quam - Osmose
Art Ensemble of Chicago - Les stances a Sophie
Alice Coltrane - Ptah, the El Daoud
Miles Davis - Bitches Brew
Soft Machine - Third
John Surman - How Many Clouds Can You See?
Miroslav Vitous - Infinite Search

1971

Anthony Braxton - For Alto
Alice Coltrane - Journey in Satchidananda
John Coltrane Featuring Pharoah Sanders - Live in Seattle
Miles Davis - A Tribute to Jack Johnson
Bobby Hutcherson - Head On!
Mahavishnu Orchestra - The Inner Mounting Flame
Woody Shaw - Blackstone Legacy

1972

Association P.C. - Sun Rotation
Ornette Coleman - Science Fiction
Miles Davis - On the Corner
Pharoah Sanders - Black Unity
Tomasz Stańko - Jazzmessage From Poland
Weather Report - Live in Tokyo

I tak dalej. Tak naprawdę mamy do czynienia nie z okresem przejściowym bo wspaniałe płyty free wychodzą i w XXI wieku, ale z krótkim, może siedmioletnim okresem rozkwitu i uwiądu fusion, który się na to free nakłada.
Słuchałem ostatnio:
George Russell - Electronic Sonata for Souls Loved by Nature .

To się nazywa muzyka absolutnie kompletna. Jak się tego słucha, odnosi się wrażenie, że jest tu wszystko, co kiedykolwiek wymyślono w muzyce. Każdy powinien się czuć usatysfakcjonowany.

Ktoś lubi bluesopochodny jazz-rock w stylu Colloseum? Jest!
Ktoś lubi elektronikę w stylu Tangerine Dream? Jest!
Ktoś lubi rzeczy w stylu Dona Eliisa? Też znajdzie.
Ktoś lubi orientalne motywy? Są!
Ktoś lubi free-jazz? Jest!
Ktoś lubi klimaty psychodeliczne? Są!
Ktoś lubi te wszystkie XX-wieczne awangardy, serializmy i wszelkie inne -izmy? Też znajdzie odpowiedni fragment.

No i tym samym Frank pożegna się u mnie z podium na dobre. Liczę, że inni dojdą do podobnych wniosków, jak ja.

Słuchałem ostatnio:
George Russell - Electronic Sonata for Souls Loved by Nature .

No i tym samym Frank pożegna się u mnie z podium na dobre. Liczę, że inni dojdą do podobnych wniosków, jak ja.

Wczoraj poznałem ten album i też jestem zachwycony. Podium jeszcze nawet nie próbuję formować, ale jeden i drugi wciąż mają szansę.



Franka ogranicza jego jajcarstwo. Dlatego poziomu najlepszych dzieł Coltrane'a czy Sandersa jak na mój gust nie ma szans osiągnąć. Natomiast Sanders, Davis i parę jeszcze innych jazzów to dla mnie niemalże absolut, gdzie właściwie nie ma się bsolutnie do czego przyczepić.


Właśnie Frank to kompozytor absolutny. Słychać to chociażby na One Size Fits All, Grand Wazoo czy Apostrophe/Overnite Sensation. A to że przeplata humor w swój kompozytorski geniusz, to już kwestia gustu.
Tak jak pisałeś wyżej, nie można porównywać tych 3 panów, bo to są trzy różne światy.


A to że przeplata humor w swój kompozytorski geniusz, to już kwestia gustu.

Gdyby humor Franka był humorem rodem z Monty Pythona, to może bym Ci przyznał rację. Problem w tym, że raczej humor jak z komedii francuskich w stylu serii o Żandarmie - ktoś beknie, pierdnie, poślizgnie się na skórce od banana i mamy ubaw. Taki humor nie licuje z wielką sztuką, niestety.
Oj tam, zdarzało mu się zesrać czy zbekać przy nagraniu i nie chciało im się tego usuwać i co z tego ? Ale za to nikt takiej muzy nie robił jak on pod względem kompozytorskim. Pal licho teksty, które i tak są brawurowe.
A wracając do Zappy z 69. to Hot rats to niezłe pierdolnięcie jazz-rockowe.

Oceniać takiego gościa jak Frank przez pryzmat jego wygłupów na scenie czy płytach jest trochę płytkie. To tak jakby napisać ale Ten Coltrane to niezły ćpun był, więc gdzie tu sztuka, w dodatku Wielka ?
Taki miał prześmiewczy styl bycia. I to jest kwestia gustu co do jego zachowania, czy to komuś się podoba czy nie.
Skoro już polecamy sobie mega płyty przypomnę (po raz Bóg raczy wiedzieć który) o:

Joe Henderson - Power to the People



Genialna płyta! Między klasycznym jazzem a wczesnym fusion, trochę pod Mwandishi, grają Hancock (na elektrycznym parapecie, na zwykłym zresztą też), Carter, DeJohnette, Lawrence (grał w Jazz Composer's Orchestra, w Eleventh House Coryella i w takich tam). Czyli naprawdę świetne nazwiska, davisowsko-hancockowskie klimaty, stylówa podchodząca już pod fuison. Świetna muzyka.
Unlce Meat rozumiem, że może się nie podobać (jak mi), ale Hot Rats jest przecież zupełnie inna. Gdzie tu te wszystkie wygłupy?

Unlce Meat rozumiem, że może się nie podobać (jak mi), ale Hot Rats jest przecież zupełnie inna. Gdzie tu te wszystkie wygłupy?
Na Uncle Meat wygłupy są dosłowne. Na Hot Rats mniej. Tym niemniej "komediowych" motywów muzycznych tu przecież też nie brakuje.
Przypomnę, ja nie twierdzę, że Hot Rats jest złe, nawet nie twierdzę, że nie jest jedną z najlepszych płyt rocznika - bo jest. Twierdzę, że trafiłem na takie płyty, które Franka wyrzucają poza pierwszą trójkę, choć na początku gdy zasiadałem do formułowania listy do przesłuchania z rocznika 1969 był i u mnie jednym z faworytów.

Unlce Meat rozumiem, że może się nie podobać (jak mi), ale Hot Rats jest przecież zupełnie inna. Gdzie tu te wszystkie wygłupy?
Na Uncle Meat wygłupy są dosłowne. Na Hot Rats mniej. Tym niemniej "komediowych" motywów muzycznych tu przecież też nie brakuje.
Przypomnę, ja nie twierdzę, że Hot Rats jest złe, nawet nie twierdzę, że nie jest jedną z najlepszych płyt rocznika - bo jest. Twierdzę, że trafiłem na takie płyty, które Franka wyrzucają poza pierwszą trójkę, choć na początku gdy zasiadałem do formułowania listy do przesłuchania z rocznika 1969 był i u mnie jednym z faworytów.
Podobnie u mnie, ale jeszcze nie jestem w stanie powiedzieć, które mi się bardziej podobają. Jeśli jednak Franek się nie zmieści na podium, to nie przez prześmiewczy charakter płyty, bo tego na Hot Rats nie odczuwam (a przynajmniej nie na tyle, żeby mi przeszkadzało).
U mnie Zappa od razu był poza podium i to za dwoma płytami jazzowymi i jedną rockową (no... nie jazzową) teraz na podiumie mam jeszcze Don Cherry'ego, więc Frank jest troszkę dalej.

Chyba jestem jednym z niewielu ludzi których Zappa nawet śmieszy swoim humorem, może nie zawsze, ale nabijanie się z hipisów w latach 60' było pierwszorzędne. A Hot Rats i te nawet te najlepsze płyty Zappy o ile nie ma na nich "piardów i beknięć" to mimo wszystko motywy muzyczne Zappy są same w sobie "zabawne", takie filuterne i miejscami groteskowe, wiadomo o co chodzi, co nie zmienia tego, że wśród rockmanów to Zappa w czołówce świata.

U mnie Zappa od razu był poza podium i to za dwoma płytami jazzowymi i jedną rockową (no... nie jazzową) teraz na podiumie mam jeszcze Don Cherry'ego, więc Frank jest troszkę dalej.

U mnie Zappa cały czas wokół podium oscyluje, chociaż na miejsce powyżej trzeciego szans nie ma.

A co do płyt nie jazzowych to przypominam o:



Chyba nie ujawnię niczego, czego byście nie wiedzieli, ale u mnie ten album ma gwarantowane miejsce pierwsze.
Uwielbiam Kapitana, ale ta płyta wysoko u mnie nie będzie.

Skoro już polecamy sobie mega płyty przypomnę (po raz Bóg raczy wiedzieć który) o:

Joe Henderson - Power to the People



Genialna płyta! Między klasycznym jazzem a wczesnym fusion, trochę pod Mwandishi, grają Hancock (na elektrycznym parapecie, na zwykłym zresztą też), Carter, DeJohnette, Lawrence (grał w Jazz Composer's Orchestra, w Eleventh House Coryella i w takich tam). Czyli naprawdę świetne nazwiska, davisowsko-hancockowskie klimaty, stylówa podchodząca już pod fuison. Świetna muzyka.

Zajebista płytka. Tak słuchając tego doszedłem do wniosku że w grze Chrisa Pottera słychać fascynację stylem Hendersona. Zrzyna z niego troszkę. Fajnie mieszają.

Według Discogs są nawet dwa wydania z 1969. Guglanie nie przyniosło żadnej konkretnej odpowiedzi, mniej więcej po równo jest źródeł twierdzących, że to '69 lub '70. Na zdjęciu winyla nie dopatrzyłem się żadnej daty.
Sprawa faktycznie nie jest jednoznaczna. Źródła podają różne daty. Podobne niejasności są w przypadku płyt Milta Jacksona „That's the Way It Is” z wcześniejszym numerem katalogowym (9189) oraz Alberta Aylera „Music Is the Healing Force of the Universe” z następnym (9191). Zważywszy, że „Jewels of thought” został nagrany 20 października, czasu na wydanie w tym roku było bardzo mało. Jest to oczywiście możliwe, bo przecież niejednokrotnie płyty rejestrowane pod koniec listopada wychodziły jeszcze w tym samym roku. Od biedy postawiłbym jednak na 1969, choć sprawa nie jest oczywista. Swoją drogą, „Jewels of thought” to zacny album. U mnie to spokojnie pierwsza trójka najlepszych płyt Faraona.

Zważywszy, że „Jewels of thought” został nagrany 20 października, czasu na wydanie w tym roku było bardzo mało. Jest to oczywiście możliwe, bo przecież niejednokrotnie płyty rejestrowane pod koniec listopada wychodziły jeszcze w tym samym roku. Od biedy postawiłbym jednak na 1969, choć sprawa nie jest oczywista.

To dajmy ją może do 1970. Będzie jej tam lepiej, a my nie będziemy mieli dwóch fajnych faraonów na raz
Ale z '70 jest też Summun, Bukmun, Umyun, więc tak czy siak będą dwa fajne faraony.
Ale nie aż tak. Zresztą jak chcecie, bylebyśmy coś ustalili wspólnie. Według mnie lepiej Jewels zostawić na 70'.
Może napiszmy list do Faraona z prośbą o rozwikłanie tej zagadki.
Możemy go zapytać jak będzie we Wrocławiu.
George Russell - Electric Sonata for Souls loved by Nature

Czuję, jakbym słuchał Fire! Orchestra sprzed 45. lat.
Chyba wszyscy się w tym albumie zakochaliśmy.
Mam jeszcze kilka mocarnych płyt w zanadrzu. Chociażby ten Henderson.
Słucham tego Hendersona od kilku tygodni, kilka razy przesłuchałem znaczy się i niby fajny, ale na razie nie przewiduję go w ścisłej czołówce. A tego Russella niechcący "odkryłem" i natychmiast chciałem wam go polecić i wtedy zauważyłem, że już był na liście...

John McLaughlin - Extrapolation

MakLagin jak to MakLagin, wszyscy wiecie jak gra. Tutaj jest trochę hałasu, trochę wczesnego fusion, trochę bardziej klasycznego grania. Bardzo mocna rzecz.

White Noise - An Electric Storm

Vice Silver Apples, czyli pradawna elektronika. Płyta na ogół jest rewelacyjna, chociaż ma trochę mniej udanych momentów. Ale i tak głupio by było nie znać...

A to znów płytka, która zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Spodziewałem się po tej opinii proto-postpunkowej elektroniki. Tymczasem okazało się, że jest to właściwie rockowa awangarda pełną gębą. Dużo elementów "muzyki konkretnej", kompozycje niewiele odstające od awangardzistów znanych nam z lat 70'. Niektóre fragmenty mogą nieco drażnić, ale i tak nie włączyć tego do najlepszej 30 byłoby grzechem.
High Tide- Sea Shanties- Bezczelne niemal heavy metalowe luzackie granie z progresywnym i lekko psychodelicznym zacięciem i wokalistą brzmiącym jak mieszanka Johna Cale'a z Jimem Morisonem, chyba bardziej do mnie trafia niż np Rush czy inne późniejsze heavy-progi, dobre to.


White Noise - An Electric Storm

Vice Silver Apples, czyli pradawna elektronika. Płyta na ogół jest rewelacyjna, chociaż ma trochę mniej udanych momentów. Ale i tak głupio by było nie znać...

A to znów płytka, która zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Spodziewałem się po tej opinii proto-postpunkowej elektroniki. Tymczasem okazało się, że jest to właściwie rockowa awangarda pełną gębą. Dużo elementów "muzyki konkretnej", kompozycje niewiele odstające od awangardzistów znanych nam z lat 70'. Niektóre fragmenty mogą nieco drażnić, ale i tak nie włączyć tego do najlepszej 30 byłoby grzechem.

Pewnie "drażniące fragmenty" to między innymi odgłosy orgii.


White Noise - An Electric Storm

Vice Silver Apples, czyli pradawna elektronika. Płyta na ogół jest rewelacyjna, chociaż ma trochę mniej udanych momentów. Ale i tak głupio by było nie znać...

A to znów płytka, która zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Spodziewałem się po tej opinii proto-postpunkowej elektroniki. Tymczasem okazało się, że jest to właściwie rockowa awangarda pełną gębą. Dużo elementów "muzyki konkretnej", kompozycje niewiele odstające od awangardzistów znanych nam z lat 70'. Niektóre fragmenty mogą nieco drażnić, ale i tak nie włączyć tego do najlepszej 30 byłoby grzechem.

Pewnie "drażniące fragmenty" to między innymi odgłosy orgii.
To że mogą drażnić, nie znaczy, że akurat mnie jakoś bardzo drażnią. Mam wrażenie z resztą, że te odgłosy zostały potraktowane przez zespół, jakby to powiedzieć... bardzo muzycznie. Tym nie mniej jest w tym pewna nachalność. Podobnie z resztą jak w epatowaniu odgłosami piekielnymi w ostatnim utworze.
Orgie i Szatan? Już się zapoznaję!

Orgie i Szatan? Już się zapoznaję!
Orgiastyczne odgłosy elektronicznie przetworzone z jazzo-podobnym podkładem perkusji.

Ale nie aż tak. Zresztą jak chcecie, bylebyśmy coś ustalili wspólnie. Według mnie lepiej Jewels zostawić na 70'.

Rada Najwyższa Konfy też jest za rokiem '70.
Im dalej w las z "orgiami i szatanami", tym coraz mniej przyjemności odczuwam...

Im dalej w las z "orgiami i szatanami", tym coraz mniej przyjemności odczuwam...
Tym niemniej White Noise stworzył album bardzo nowoczesny i awangardowy w całkiem dobrym tego słowa znaczeniu i jak się nad tym dobrze zastanowić, to orgie i szatan nie są większymi wykroczeniami przeciw dobremu smakowi, niż pierdzenie i bekanie Zappy. A zachwycać jest się czym, biorąc pod uwagę to, że np. pojawiają się bardzo interesujące i dalekie od popowych standardów melodie z dość niestandardowymi, ale dalekimi od jakiegoś szumiącego, czy też rzępolącego banału podkładami.
No, a poza tym zestawiając Srebrne Jabłka i Biały Hałas słychać jak ogromna zmiana nastąpiła w muzyce popularnej pomiędzy 68 a 69 rokiem. To są naprawdę dwie różne epoki!
Przyznaję, że przesłuchałem ten album dopiero 1 raz. Tak jak początek mi się podobał, gdzie w "My game of loving" odgłosy orgii przechodzą w dość ciekawą melodię, która zresztą jest motywem przewodnim utworu. Otwierający "Love without sound" też bardzo przyjemny dla ucha. Jednak później coś mi zaczyna zgrzytać. Być może zmienię zdanie po jeszcze kilku odsłuchach. Spróbuję też spojrzeć na ten album poprzez pryzmat Srebrnych Jabłek, o czym wspominał Kapitan. Może to jest klucz do zrozumienia tego albumu

No, a poza tym zestawiając Srebrne Jabłka i Biały Hałas słychać jak ogromna zmiana nastąpiła w muzyce popularnej pomiędzy 68 a 69 rokiem. To są naprawdę dwie różne epoki!
Tyle że ja mam wrażenie, że to jednak zupełnie inna muzyka. To trochę tak, jakby mówić, że zestawienie Television z Thinking Plague dowodzi, że lata 80' to zupełnie inna epoka, niż druga połowa lat 70'. Oczywiście to prawda, z którą nie sposób się nie zgodzić, ale nie wiem, czy przykłady są akurat adekwatnie dobrane.
Roland Kirk - Volunteered Slavery

Sonny Sharrock - Black Woman

Archie Shepp - Blase

Archie Shepp - Yasmina, A Black Woman

Krótko mówiąc- kandydaci do przynajmniej top20.

Roland Kirk - Volunteered Slavery

Sonny Sharrock - Black Woman

Archie Shepp - Blase

Archie Shepp - Yasmina, A Black Woman

Krótko mówiąc- kandydaci do przynajmniej top20.


U mnie żadna z tych płyt nie ma szans na 30 (ale Blase jeszcze nie słuchałem). Sharrock jest bardzo fajny i zanim zacząłem robić jakieś listy wstępne brałem go pod uwagę, ale teraz widzę, że na pewno się nie zmieści. Yasmina jest spox, ale na kilka przesłuchań tak naprawdę. Kirk jak zwykle nudnawy.

Za to słucham kolejny raz płyty, o której już wcześniej pisałem: Amalgam - Prayer for Peace i wydaje się coraz fajniejsza.

Roland Kirk - Volunteered Slavery

Sonny Sharrock - Black Woman

Archie Shepp - Blase

Archie Shepp - Yasmina, A Black Woman

Krótko mówiąc- kandydaci do przynajmniej top20.


U mnie żadna z tych płyt nie ma szans na 30 (ale Blase jeszcze nie słuchałem). Sharrock jest bardzo fajny i zanim zacząłem robić jakieś listy wstępne brałem go pod uwagę, ale teraz widzę, że na pewno się nie zmieści. Yasmina jest spox, ale na kilka przesłuchań tak naprawdę. Kirk jak zwykle nudnawy.

Za to słucham kolejny raz płyty, o której już wcześniej pisałem: Amalgam - Prayer for Peace i wydaje się coraz fajniejsza.

W takim razie cieszę się bardzo, bo znaczy to że sporo dobrego jazzu jeszcze przede mną
Art Ensemble of Chicago - A Jackson in Your House

Znakomity album! People in Sorrow niewątpliwie ładniejsze, ale Jackson ciekawszy. Świetne, miejscami wręcz brawuowe połączenie free, jazzowej tradycji i europejskiej awangardy. Kurde, czy w mojej trzydziestce starczy miejsca dla Ummagummy?!

Sunny Murray - Big Chief

Dobre, rasowe free. Nie jakoś strasznie radykalne, ale jednak free w pełnej krasie. Płyta do wielokrotnego posłuchania, ale zagłosują na to chyba tylko ci, którzy w ogóle nie uwzględnią pozycji rockowych.

Howard Riley - Angle

Podobno avant-jazz, ale nie jakiś bardzo ciężkostrawny. Ładna, nastrojowa muzyka, po prostu zagrana trochę innymi środkami.

Mike Westbrook - Marching Songs Vol. 1 & 2

Tu jest trochę nierówno, band idzie od zachowawczego jazzu aż po free improvisation, w dodatku płyta pierwsza wydaje mi się nieco lepsza od drugiej, ale ogólny obraz tego wydawnictwa jest nader pozytywny. Polecam, chociażby po to, żeby sprawdzić czym różnił się w tamtym czasie jazz europejski od amerykańskiego.


Art Blakey and the Jazz Messengers - The Witch Doctor Bardzo dobry post.


Post, czy tam hard bop. Rzeczywiście fajny, słychać, że to już inna epoka niż A Night in Tunisia. I w ogóle fajne murzyny grają - jest Morgan, jest Shorter (!), dzięki czemu muzyka nabiera koloru.

Dla mnie nie jest to raczej album do trzydziestki, ale w sumie nie ma daleko. dnia Sob 15:59, 08 Listopad 2014, w całości zmieniany 1 raz



Wayne Shorter - Super Nova

Shorter w wersji fusion-avant. Fantastyczna rzecz, gra z prawie całą ekipa od Davisa, w elektrycznym stroju, ale po swojemu. Po przesłuchaniu tej płyty John McLaughlin wyrasta na prekursora no wave

Kolejna wspaniała pozycja. Pomyśleć, że wspominałem wcześniej coś o Crimsonach w 1 dziesiątce...

Natomiast co do McLaughlina. Dla mnie jego płyta brzmi raczej w porównaniu z innymi jazzami nie tyle jak no wave, ale z lekka... rękodzielniczo. Mnóstwo popisów wirtuozerskich, trochę pitolenia, ale naprawdę znakomitych kompozycji - brak.
Kapitanie, a masz jakieś kwasy z rocznika, takie na wysoką notę? Nie będę wspominał, co znam, tylko tak generalnie pytam co warto znać. dnia Pon 14:14, 10 Listopad 2014, w całości zmieniany 2 razy

Kapitanie, a masz jakieś kwasy z rocznika, takie na wysoką notę? Nie będę wspominał, co znam, tylko tak generalnie pytam co warto znać.

To już nie te czasy. Poza oczywistościami typu Amon Duul, Can czy Grateful Dead naprawdę dobre są:

Edgar Broughton Band - Wasa Wasa
Group 1850 - Paradise Now
Harvester - Hemåt
High Tide - Sea Shanties
Music Emporium - Music Emporium
Quicksilver Messenger Service - Happy Trails
Technical Space Composer's Crew - Canaxis 5 - jedyne o czym nie pisałem i czego ktoś może nie znać
The Velvet Underground - The Velvet Underground
Xhol Caravan - Electrip

Technical Space Composer's Crew - Canaxis 5

Tylko to są kwasy w innym znaczeniu niż wszystko dookoła, bo to takie zabawy z taśmami i takie tam, a nie jakieś rockowe granie gdzie gitary robio swoje.
Lee Morgan - Charisma

Herbie Mann - Memphis Underground

Bardzo spoko jazz.

Howlin' Wolf - The Howlin' Wolf Album

Muddy Waters - Fathers and Sons

Muddy Waters - After The Rain

Bardzo spoko blues.

Natomiast zaskoczyła mnie stopniem przyswajalności Sun Ra and his Astro Infinity Arkestra - Atlantis. Nie dla mnie jednak
Man - Two Ozs of Plastic With a Hole in the Middle

Przyzwoite, momentami bardzo fajne granie, ale dość nierówne, pewnie do 30 nie wjedzie, ale i tak pozytyw.

Natomiast co do McLaughlina. Dla mnie jego płyta brzmi raczej w porównaniu z innymi jazzami nie tyle jak no wave

Herbie Mann - Memphis Underground

Bardzo spoko jazz.

Howlin' Wolf - The Howlin' Wolf Album

Bardzo spoko blues.


Wręcz blues rock, czy nawet rock psychodeliczny. Fantastyczny album, zapomniałem o nim napisać, ale polecam!
A co sądzisz o Lee Morganie? Ja typa w ogóle nie znałem do tej pory, a patrząc na oceny jego płyt na RYM-ie, to niezły z niego grajek. Płyta z 1969 nie należy niby do najlepszych, a i tak bardzo mi się podoba. Chyba warto sprawdzić resztę.
Słuchałem paru jego płyt, wszystkie to był taki ładny jazzik, ale zupełnie nic porywającego tam nie znalazłem.
https://rateyourmusic.com/release/album/lee_morgan/live_at_the_lighthouse/

Mówcie co chcecie, ale to jest naprawdę świetny koncert.
Morgan ze swoim dorobkiem wpisuje się moim zdaniem w kanon jazzowych standardów. Szacun się należy.
http://www.youtube.com/watch?v=lRIXN9f-Ap4

John McLaughlin - Extrapolation

MakLagin jak to MakLagin, wszyscy wiecie jak gra. Tutaj jest trochę hałasu, trochę wczesnego fusion, trochę bardziej klasycznego grania. Bardzo mocna rzecz.

Właśnie przesłuchuję tę płytę i jestem mocno zawiedziony. Nie wiem, ale jak na razie ta muzyka trafia do mnie mniej więcej tak samo, jak koncerty fortepianowe Griega. Zbyt wymagające, aby słuchać tak jak słucha się spox-rocka, zbyt prostackie, aby mnie zachwyciło w momencie, gdy nastawiam się na coś ambitnego. Na razie wyrasta na najgorszą z przesłuchanych przeze mnie płyt jazzowych. Co nie znaczy, że jest zła. Po prostu na razie słuchałem tylko tych lepszych.
Późniejszy solowy Mclaughlin jest albo słaby albo średni. Na Extrapolation Maklak wiernie odwzorowuje ideę improwizacji Coltrane'a 1235, tak zwany Giant Steps. Mnie na Extrapolation chwyta ze serce właśnie nawiązka w najlepszym wykonaniu do motywu Coltrane'a. W niezbyt trudny, aczkolwiek genialny sposób bawi się harmonią pan Maklak.

Późniejszy solowy Mclaughlin jest albo słaby albo średni. Na Extrapolation Maklak wiernie odwzorowuje ideę improwizacji Coltrane'a 1235, tak zwany Giant Steps. Mnie na Extrapolation chwyta ze serce właśnie nawiązka w najlepszym wykonaniu do motywu Coltrane'a. W niezbyt trudny, aczkolwiek genialny sposób bawi się harmonią pan Maklak.
Na mnie album zrobił wrażenie, jakby kompozycje były złożone z samych ozdobników. Ma trochę fragmentów ładnych brzmieniowo, ma parę zapierających dech w piersiach wirtuozerskich popisów. Tyle że w porównaniu z Davisem, Sandersem, Shorterem czy innymi jazzami z tego rocznika, które miałem okazję słyszeć, robi wrażenie po prostu pustaka.
Też odnosicie wrażenie, że Art Ensemble of Chicago Jackson in Your House jest taka troszkę "jajcarska"? Poza tym bardzo podoba mi się ten album. Pozytywnie też jestem nastawiony do Gato Barbieriego i jego Third World.

Przy okazji.. Ściągnąłem wersję Jacksona... wraz z Message to Our Folks. Discogs mówi, że to też 1969.
Odświeżam sobie "An Electric Storm" i o dziwo jednym z pierwszych skojarzeń było 5uu's. Trochę nietrafione, chociaż w sumie jeżeli spojrzec na te ich elektroniczne pitolenia to jak najbardziej. dnia Pon 01:27, 17 Listopad 2014, w całości zmieniany 1 raz


Przy okazji.. Ściągnąłem wersję Jacksona... wraz z Message to Our Folks. Discogs mówi, że to też 1969.


Przeciez ta plyta wyszla pozniej, zdaje sie ze w polowie 70 roku. dnia Pon 17:37, 17 Listopad 2014, w całości zmieniany 1 raz

Odświeżam sobie "An Electric Storm" i o dziwo jednym z pierwszych skojarzeń było 5uu's. Trochę nietrafione, chociaż w sumie jeżeli spojrzeć na te ich elektroniczne pitolenia to jak najbardziej.
Mnie też nie wiedzieć czemu ta płyta kojarzy się z późną awangardą. O ile Silver Apples udowodniło, że post-punk powstał jeszcze przed rewolucją punkową, o tyle White Noise pokazało mi, że w stylu charakterystycznym dla późnej awangardy, grano wcześniej zanim nastąpiła eksplozja avant-rocka.

[quote="Parol"
Przy okazji.. Ściągnąłem wersję Jacksona... wraz z Message to Our Folks. Discogs mówi, że to też 1969.


Przeciez ta plyta wyszla pozniej, zdaje sie ze w polowie 70 roku.[/quote]

Wierzę Ci, powtarzam tylko, co na Discogsie wyczytałem. Dzięki

Odświeżam sobie "An Electric Storm" i o dziwo jednym z pierwszych skojarzeń było 5uu's. Trochę nietrafione, chociaż w sumie jeżeli spojrzeć na te ich elektroniczne pitolenia to jak najbardziej.
Mnie też nie wiedzieć czemu ta płyta kojarzy się z późną awangardą. O ile Silver Apples udowodniło, że post-punk powstał jeszcze przed rewolucją punkową, o tyle White Noise pokazało mi, że w stylu charakterystycznym dla późnej awangardy, grano wcześniej zanim nastąpiła eksplozja avant-rocka.

Mam wrażenie, że to kwestia tego olewczego podejścia i dziwnego poczucia humoru
Coraz bardziej podoba mi się Moondog. Chciałbym żeby mi się zmieścił w 10-tce.
Jakie mu dajecie prognozy u siebie?
Jak się zmieści to trzecia 10, problem w tym roczniku jest taki, że znam circa 80 albumów, z czego 60 spokojnie mogę nazwać minimum dobrymi, a pozostałe 20 też nie są jakimś chłamem.

Coraz bardziej podoba mi się Moondog. Chciałbym żeby mi się zmieścił w 10-tce.
Jakie mu dajecie prognozy u siebie?

Prawdopodobnie nie wejdzie. A już na pewno nie do 10-tki. Za dużo dobrego jazzu.

Coraz bardziej podoba mi się Moondog. Chciałbym żeby mi się zmieścił w 10-tce.
Jakie mu dajecie prognozy u siebie?


Obecnie w drugiej dziesiątce, ale znam niespełna 40 albumów, więc sporo się jeszcze może zmienić. Myślę, że w trzydziestce się jednak znajdzie, bardzo go lubię.
I jak tam? Ktoś już jest gotowy?

Ja już mam listę i wątpię, żeby cokolwiek mogło się na niej jeszcze zmienić.
Ja jestem już dość blisko, ale pewnie jeszcze ze 2 tygodnie czy coś.
Układam listę, ale jak znam życie, to przed końcem roku raczej nie przesłucham tego, co sobie zamierzyłem.
Oj, za wcześnie jeszcze. Jeszcze sporo ważnych rzeczy nie słuchałem. Myślę, że termin styczniowo-lutowy byłby lepszy.
Nawet sprawnie mi to ostatnio idzie, ale jestem dopiero w okolicach połowy poznawania.
Słucham Howlin' Wolfa. I jak na razie jest to mniej więcej to samo, co znamy z płyt Cream, tylko dużo lepsze. No i w przeciwieństwie Cream, który mi się nigdy nie mógł zmieścić, na ten album musi się chyba znaleźć miejsce w zestawieniu.
Skoro spodobała Ci się muzyka Wolfa to może spróbuj jeszcze "After the Rain" Muddy Waters'a. Album został wydany w 69 roku. Łapie się na tę Waszą listę. Just sayin' Friendly, no łepons.
A jak polecałem w poprzednim roczniku Electric Mud to każdy miał w dupie, a chyba nawet lepsze.
Ja przesłuchałem. Z tego co pamiętam było spoko, ale bez większych uniesień. Na pewno bardziej zachowawcze i mniej ciekawe niż ten Wolf.
ile podajemy najlepszych według nas płyt?
Zasady gdzieś były napisane. Jeżeli znasz ok. 70 płyt z danego rocznika lub więcej, możesz wystawić 30. Jeżeli mniej - to 20, a jeżeli naprawdę mało znasz, to 10. Generalnie chodzi o to, żeby znać tyle płyt, aby zdecydowanie więcej odpadło, niż się znalazło na liście.
ok a gdzie wystawiamy listę płyt, w tym temacie? Joni Mitchel- Clouds ode mnie, cholera gdzie w tym nowym podziale jest Joni?

ile podajemy najlepszych według nas płyt?

http://www.metalrockforum.fora.pl/inne,28/album-roku-zasady,4156.html
Przesyłasz Kapitanowi na priv.
ok dzięki sory za śmiecenie:p

Przesyłasz Kapitanowi na priv.

Tak, tylko wiadomo - nie natychmiast Poczytaj sobie wątek, masz tu mnóstwo poleceń, masz opisane co na której płycie jest, co warto znać i tak dalej. I nie śpisz się z listą, jeżeli nie znasz zbyt wielu albumów, mamy czas.
kumam o co chodzi, bez nerwów Akurat fajny rocznik:P
Tak patrząc na moją listę to raczej już niewiele się w niej zmieni jeżeli chodzi o skład, w sumie wcale nie byłoby problemu gdybym wysłał ją już teraz, jedyne co się może zmienić to jakieś małe zamiany pozycji, typu jakiś album wskoczy 2 miejsca wyżej, ale z tego co wiem, to reszta jeszcze jest daleko od takich rozstrzygnięć.
Przesłuchałem dziś dwa razy Trout Mask Replica Captaina Beefhearta, mam wrażenie, że żeby skumać tą płytę bedę musiał to powtórzyć kolejne dwa. Ale nie znalem do tej pory nic Kapitana i mnie zainspirował tą płytą. Ale pewnie to nie dziwne skoro bardzo lubię Zappę

A co z Breakout - Na drugim brzegu tęczy?
Zapomniany, czy niedoceniony?

Oba Zappy w tym roczniku są bardzo dobre, wujek mięso sporo zyskuje w wydaniu oryginalnym bez jakiś kurewskich dialogów z filmu co chwila które wjebali na CD, a że oceniamy oryginały, to wiadomka.

Can - Monster Movie

Jak Can to wiadomo, że jest dobrze. W każdym razie wtedy jeszcze było.


wejdzie debiut na moja listę, na chwilę obecną, dzięki wam wziąłem sie za Kraut i mi podeszło to co narazie usłyszałem

Soft Machine - Volume Two

Co do Soft Machine mam problem. Od roku słucham jedynki i dwójki co jakiś czas i jakoś nie mogę się przekonać do tego zespołu tak wielbionego na naszym forum
Kiedyś dawno miałem tak z Dylanem wszedł mi po naprawdę długim czasie. Nie wiem więc co zrobić z Softem w zabawie roku 69. Z jednej strony wiem że to ważny wpływowy zespół, z drugiej coś zgrzyta..

Arcadium - Breathe Awhile

To jest ciekawa rzecz, oni wydali tylko jedną płytę?Tak by wynikało z Rym

Blind Faith - Blind Faith

bardzo lubię i będzie na liście

Arcadium - Breathe Awhile

To jest ciekawa rzecz, oni wydali tylko jedną płytę?Tak by wynikało z Rym


Tak. Zresztą nie oni jedni. Wyszło w 69 kilka fajnych płyt zespołów, które nic więcej już nie nagrały, w każdym razie nie w takiej formie (muzycy np. Arzachela wyrobili sobie renomę, tylko, że już w innych kapelach). dnia Czw 23:17, 04 Grudzień 2014, w całości zmieniany 2 razy

Słucham Howlin' Wolfa. I jak na razie jest to mniej więcej to samo, co znamy z płyt Cream, tylko dużo lepsze. No i w przeciwieństwie Cream, który mi się nigdy nie mógł zmieścić, na ten album musi się chyba znaleźć miejsce w zestawieniu.

Mnie Wolf nieco nudzi, choć bardzo lubię bluesa( nie mówię że nie ma tam fajnych numerów - Evil jest świetny) Jak wejdzie to pod sam koniec 30 bo mi się robi coraz wiecej dobrych rzeczy. Poza tym czy to rzeczywiście takie lepsze od Creamu? Powiedział bym że ta sama liga
Wokal zdecydowanie lepszy. Brak słabszych pop-pioseneczek, które niestety oprócz bluesa również na płytach Cream występują.
Jak u waz z dziadkiem Cohenem - Songs From a Room w 30?
Raczej male szanse

Poza tym czy to rzeczywiście takie lepsze od Creamu? Powiedział bym że ta sama liga

Jak można powiedzieć, że rachityczne głosiki prog rockowców są takie same jak mocarne wycie Wolfa? Zupełnie się zgodzić nie mogę. Jak ktoś mi surowy blues miesza z progiem i pisze, że to to samo to nie wyrozumowywuję

Słucham Howlin' Wolfa. I jak na razie jest to mniej więcej to samo, co znamy z płyt Cream, tylko dużo lepsze

ja odniosłem się tylko do tego i stwierdziłem że nawet nie lepsze. Nie porównywałem konkretnie głosików z Creamu i mocarnego wycia Wolfa

Wokalnie rzeczywiście Howlin jest lepszy, ale całościowo nudzi przynajmniej mnie, wolę Watersa
Mi się Cohen mieści, w trzeciej dziesiątce, ale z luzem.
Dan Hicks & The Hot Licks - Original Recordings

Całkiem fajne około-countrowe granie. Nie wiem, czy do 30-tki, ale przy okazji poznawania rocznika na pewno warto posłuchać. Polecam.

Mi się Cohen mieści, w trzeciej dziesiątce, ale z luzem.
Ja fanem Leonarda jestem od prawie 20 lat, a i tak mi się pewnie nie zmieści. Ta płytka jest oczywiście dobra, ale jak dla mnie jednak gorsza od dwóch sąsiednich. Nie jest ani tak świeża jak poprzedniczka, ani tak porażająca mrocznym, niepokojącym klimatem, jak następna. Ma jeden mega-mocarny moment: Story of Isaac i trzy bardzo mocne: Partyzant, The Old Revolution i The Butcher. Reszta jest spoko - takie fajne balladki do pośpiewania przy ognisku.
Cromagnon - Orgasm

Takie cos znalazlem na liscie. Slucham sobie wlasne tego, pierwszy utwor calkiem intrygujacy, reszta poki co slaba, albo nieznosna.

Cromagnon - Orgasm

Takie cos znalazlem na liscie. Slucham sobie wlasne tego, pierwszy utwor calkiem intrygujacy, reszta poki co slaba, albo nieznosna.


Oj tam oj tam, od razu nieznośna... To rzeczywiście tylko ciekawostka a nie kandydat do top30, jednak brzmi dość oryginalnie.
Ostatnio przypominałem sobie Abbey Road Wesołych Chłoptasiów. Album nie nadaje się do słuchania. Kilka perełek wrzucone do szamba przypominającego mniej więcej to, od czego zaczynali. O ile pamiętam, Sierżant Pieprz mnie generalnie nudził, to w tym wypadku te gorsze utwory zwyczajnie wkurzają, niektóre stanowią wręcz kwintesencję złego smaku, którą można by było spokojnie postawić obok krasnala ogrodowego. Te dobre utwory natomiast, zamiast przemawiać na korzyść albumu, wzmagają jedynie poczucie zawodu, bo serce się kraje na myśl, że te naprawdę udane piosenki mogłyby się znaleźć w znacznie lepszym towarzystwie. Mam nadzieję, że ten album nie zajmie żadnej eksponowanej pozycji, bo w tak dobrym roczniku byłby to wstyd i hańba.

Terez słucham Arcadium. Jak dla mnie nie jest źle. W sumie tak mogłoby brzmieć Deep Purple ze wczesnego "progresywnego" okresu, gdyby w tamtym czasie zespół potrafił grać i miał naprawdę dobry pomysł na siebie.

Terez słucham Arcadium. Jak dla mnie nie jest źle. W sumie tak mogłoby brzmieć Deep Purple ze wczesnego "progresywnego" okresu, gdyby w tamtym czasie zespół potrafił grać i miał naprawdę dobry pomysł na siebie.

Arcadium całkiem mi się spodobało. Spox rak. Można było przy tym odpocząć od tych wszystkich wyczerpujących free jazzów

Poza tym czy to rzeczywiście takie lepsze od Creamu? Powiedział bym że ta sama liga

Jak można powiedzieć, że rachityczne głosiki prog rockowców są takie same jak mocarne wycie Wolfa? Zupełnie się zgodzić nie mogę. Jak ktoś mi surowy blues miesza z progiem i pisze, że to to samo to nie wyrozumowywuję Tak przy okazji, to ja widzę ten album jako efekt mody na psychodelę. Wcisnęli Howlin Wolfa w kolorowe ciuszki i kazali mu śpiewać swoje hity tak jak zawsze, tylko że do podkładu odpowiedniego dla zjaranych białasów. Co wyszło na pewno nie lepiej niż w przypadku oryginałów, czasami znośnie, czasami dennie. Smokestack Lightning brzmi trochę jak Funkadelic z roku następnego, ale za nic w świecie nie powiedziałbym że to lepsza wersja.
Generalnie piosenki zatraciły swój charakter i klimat, który miały dzięki temu, że był to prymitywny, autentyczny blues.

To https://www.youtube.com/watch?v=41yAXmyqnHQ i to
https://www.youtube.com/watch?v=s0aIjyX7vwI !
A nie jakieś sitary,. Nie wszystko złoto, co się świeci. Nie wszystko dobre, co psychodeliczne.

W każdym razie Śmietana przynajmniej współtworzyła nurty rocka, a ten album to zwykłe podpięcie się dla celów zarobkowych.

Jeśli ktoś szuka dobrej bluesowej surowizny, z jednocześnie świeżym i uaktualnionym graniem to polecam z 1969 r. Groundhogs - Blues Obituary.



Terez słucham Arcadium. Jak dla mnie nie jest źle. W sumie tak mogłoby brzmieć Deep Purple ze wczesnego "progresywnego" okresu, gdyby w tamtym czasie zespół potrafił grać i miał naprawdę dobry pomysł na siebie.


Arcadium pakujesz do 30? Ja chyba tak - podoba mi się album

Ostatnio przypominałem sobie Abbey Road Wesołych Chłoptasiów. Album nie nadaje się do słuchania. Kilka perełek wrzucone do szamba przypominającego mniej więcej to, od czego zaczynali. O ile pamiętam, Sierżant Pieprz mnie generalnie nudził, to w tym wypadku te gorsze utwory zwyczajnie wkurzają, niektóre stanowią wręcz kwintesencję złego smaku, którą można by było spokojnie postawić obok krasnala ogrodowego. Te dobre utwory natomiast, zamiast przemawiać na korzyść albumu, wzmagają jedynie poczucie zawodu, bo serce się kraje na myśl, że te naprawdę udane piosenki mogłyby się znaleźć w znacznie lepszym towarzystwie. Mam nadzieję, że ten album nie zajmie żadnej eksponowanej pozycji, bo w tak dobrym roczniku byłby to wstyd i hańba.


Tam poza naprawdę świetnym I Want You (She so Heavy) i może Come Together nie ma nic ciekawego u mnie wylądowało na jakimś samym tyle zestawienia wyprzedzając chyba tylko Kevina Ayersa i Blood, Swet & Tears, bo te płyty były dla mnie szczytem żenuy w tym roczniku, z resztą ci drudzy grali piosenki Beatlesów w aranżacjach z saksofonem brzmiących jak zespół grający do kotleta ze średniej klasy knajpy, chyba już Żą Żak Perrę z rocznika wcześniej z jego soundtrackami do Krecika był lepszy, przynajmniej się tego słuchało z uśmiechem na ustach...
A Howilin Wolf u mnie balansuje na granicy 30, dużo bardziej podobało mi się ciężkawe granie Muddy'ego Watersa niż to co robi w psycho-bluesie Wolf, może faktycznie ten nie był w tym za bardzo szczery, z tego co wiem, Muddy podszedł do tego projektu z entuzjazmem, a Wolf był mocno na nie...
Krokodil - Krokodil

Bardzo przyjemnie sie tego slucha, ale na punkty jakies ciezko bedzie, chociaz zobaczymy



Terez słucham Arcadium. Jak dla mnie nie jest źle. W sumie tak mogłoby brzmieć Deep Purple ze wczesnego "progresywnego" okresu, gdyby w tamtym czasie zespół potrafił grać i miał naprawdę dobry pomysł na siebie.


Arcadium pakujesz do 30? Ja chyba tak - podoba mi się album
Mi się nie zmieści. Za dużo dobrego jazzu jest, więc w wypadku rocka mam miejsce jedynie na absolutnie wybitne albumy. A ten jest tylko dobry.
Słucham Breakout Na Drugim Brzegu Tęczy. Z jednej strony Nalepa i inni instrumentaliści pokazują klasę, z drugiej Mira daje d... Co to w ogóle był za pomysł, żeby brać ją jako wokalistkę? Trochę szkoda, mógłby być to pierwszy naprawdę dobry polski album rockowy.
Zgoda z tym wokalem tragedia Ale nie wyobrażam sobie żeby u mnie brakło dla Na drugim brzegu tęczy miejsca w 30, choćby miał być na 30

Mira daje d... No i sam sobie odpowiedziałeś dlaczego Nalepa wziął ją na wokal

Zgoda z tym wokalem tragedia Ale nie wyobrażam sobie żeby u mnie brakło dla Na drugim brzegu tęczy miejsca w 30, choćby miał być na 30
U mnie stawkę jak na razie zamykają takie tuzy, jak McLaughlin, Led Zeppelin II, czy Xhol Caravan. Nie mieszczą się już Arcadium, Music Emporium i Jethro Tull. Nie wyobrażam sobie wywalać z listy tak dobre płyty tylko po to, by móc wrzucić Breakout.
W sumie to rzeczywiście nie wiem, mam ułożoną dopiero pierwszą piatkę a i tak się pewnie pozmienia
Dobry to rocznik. Moim zdaniem znacznie lepszy od poprzedniego. Na pewno trudniejszy do ogarnięcia. Musiałem sobie wypisać wszystkie pozycje w jednym folderze i zajęły mi … 14 stron. Tym razem nie udało mi się odkryć jakichś nowych rewelacji, których wcześniej bym nie słyszał. W pierwszej 50 mam bodaj tylko jeden taki nieznany wcześniej album („Power to the people” Joe Hendersona). Wcześniej omijałem go, bo myślałem, że to taki typowy dla Hendersona post-bop, zalatujący nieco naftaliną, tymczasem płytka okazała się wyborna. W czołówce spora konkurencja. Mój numer jeden z 1968 roku miałby poważne problemy, aby załapać się do pierwszej dziesiątki. Z kolei pozycje z czwartej, piątej, szóstej, a nawet siódmej dziesiątki 1969 roku spokojnie weszłyby do pierwszej dwudziestki w poprzednim rankingu. W następnych rocznikach konkurencja będzie jeszcze większa.

Sympatyczny album Arcadium wyląduje gdzieś w okolicach 50, 60 miejsca, wspominane krążki Cohena oraz Breakout będą miały poważne problemy, aby załapać się do pierwszej setki. W trzeciej setce niezgorsze towarzystwo (m.in. Czesław Niemen). No cóż, nawet wielcy nie zawsze nagrywali dobre płyty.

W ciągu najbliższych dwóch tygodni postaram się to jakoś dokładnie poukładać. Zobaczymy jak to wyjdzie ostatecznie.
Swoją listę skończyłem układać już jakiś czas temu. W 69 roku fajnych płyt było masę, ale sam nie miałem większych problemów z wyborem trzydziestu z nich. Właściwie płyt, które w ogóle brałem pod uwagę w kontekście głosowania było może czterdzieści parę. Dziesiątkę ułożyłem praktycznie od ręki, zastanawiając się jedynie nad pozycją dziesiątą.

Jeżeli chodzi o Na Drugim Brzegu Tęczy to u mnie ten album prawdopodobnie byłby gdzieś pod koniec drugiej setki. Kilka niezłych riffów, mnóstwo podrzędnego hippisowskiego rocka, katastrofalnie zły wokal i debilne teksty, których niestety nie potrafię nie zauważać.

Btw. Czytając wyniki Dinozauów (sprzed wielu lat) rocznika 69 odnoszę wrażenie, że wynikają one albo z w gruncie rzeczy słabej znajomości materiału (ograniczenie się do jednego stylu), albo z sentymentalnych wyborów sześćdziesięcioletnich gości, którzy głosowali na albumy swojej młodości, zupełnie pomijając płyty o niebo lepsze, ale znane od niedawna. Jeśli miałbym być całkiem szczery, to stawiam na oba wspomniane czynniki na raz. Rare Bird na miejscu dziesiątym? Aerosol Grey Machine na dwunastym? Na Drugim Brzegu na dwudziestym pierwszym? Może trzeba było zażyć leki?

Dobry to rocznik. Moim zdaniem znacznie lepszy od poprzedniego.
Sympatyczny album Arcadium wyląduje gdzieś w okolicach 50, 60 miejsca,
wspominane krążki Cohena oraz Breakout będą miały poważne problemy, aby załapać się do pierwszej setki.

Wymieniłeś w jednym zdaniu jedną całkiem dobrą płytę z jednym arcywybitnym utworem i de facto katastrofę budowlaną z kilkoma miłymi akcentami i paroma fajnymi pomysłami. Cohen sobie na to nie zasłużył. Co innego, gdybyś wymienił Beatlesów i Breakout - to by było właściwe porównanie.
Jakby ktos szukal o to ow lista

http://www.rockjazz.pl/viewtopic.php?t=710&postdays=0&postorder=asc&start=300

Jakby ktos szukal o to ow lista

http://www.rockjazz.pl/viewtopic.php?t=710&postdays=0&postorder=asc&start=300

Nie no. Aż tak bardzo źle nie jest. Jeżeli miałaby być to lista płyt rockowych, takich w miarę do posłuchania dla każdego, to może być.

Aż dwie płyty z pierwszej dziesiątki znajdą się u mnie w pierwszej dziesiątce, trzy kolejne pewnie w drugiej. Kolejna znalazłaby się nawet w pierwszej, gdyby była albumem pojedynczym a nie podwójnym.

Oczywiście windowanie kiepskiego albumu Wesołych Chłoptasiów z może trzema dobrymi utworami na 4 miejsce ludziom jako tako obeznanym muzycznie nie przystoi. No ale to jest takie w miarę oczywiste zboczenie wszelkich ramoli.

Oczywiście windowanie kiepskiego albumu Wesołych Chłoptasiów z może trzema dobrymi utworami na 4 miejsce ludziom jako tako obeznanym muzycznie nie przystoi. No ale to jest takie w miarę oczywiste zboczenie wszelkich ramoli.

Nie uważam, żeby Abbey Road była płytą tak słabą, jak sugerujesz. U mnie...hmm... no, do pięćdziesiątki faktycznie by się nie zmieściła, ale gdzieś pod koniec pierwszej setki rocznika bym ją widział. Album zawiera zupełnie dobry materiał popowy + dwie naprawdę fajne piosenki rockowe. Są tam koszmarne momenty (Oh! Darling), ale w gruncie rzeczy gdyby wywalić z Abbey Road dosłownie kilka momentów byłbym w stanie słuchać jej w całości.

Oczywiście, album jest absolutnie przeceniany. Tutaj całkowicie się zgadzamy. Nie jest ani odkrywczy, ani nie zawiera jakiegoś wyjątkowo wybitnego materiału. O ile poprzednie, legendarne płyty Bitli (Revolver, Sierżant, WA) były na swój sposób muzycznie znaczące, o tyle AR to w gruncie rzeczy powrót do stylistyki popowej i kilka rockowych numerów w żadnym razie tego nie zmienia. O ile wcześniej, na czterech poprzednich płytach, było mniej więcej tyle samo świetnej muzyki co tej tylko niezłej, o tyle tutaj są trzy fajne piosenki (przy czym Because opiera się na praktycznie tym samym motywie co I Want You (She's So Heavy) ) i trochę fajnych momentów. Niemniej jednak mnie ta cała reszta nie irytuje, mogę tego słuchać i to z pewną przyjemnością. I szczerze mówiąc trudno mi zrozumieć kogoś, kto, co by nie mówić, ma rockowy rodowód, kto uznają tą muzykę za kiepską. Moim zdaniem jest, jako całość zupełnie dobra. A kilka fragmentów jest świetnych. dnia Czw 17:14, 18 Grudzień 2014, w całości zmieniany 2 razy
"Abbey Road" bardzo fajnie się zaczyna. "Come Together" brzmi bardzo zachęcająco, obiecując przynajmniej to, że słuchacz się jakoś szczególnie nie wynudzi. Następnie mamy "Something" czyli całkiem sympatyczną balladę. Potem poziom drastycznie spada, by osiągnąć absolutne dno w "Oh Darling". Śmiem twierdzić, że to nie jest tylko najgorszy utwór na tej płycie, ale chyba w ogóle jedna z najgorszych rzeczy, jakie słyszałem w wykonaniu tego zespołu. Mamy więc trzy utwory będące absolutną katorgą dla ucha. Potem pojawia się kultowy "I want you" i jest znowu dobrze. Niestety potem mamy "Here comes the sun" i wracamy do tego, co było na trzech poprzednich. I dalej tak samo - wydaje się, że jest przez chwilę lepiej, by zaraz znów zrobiło się beznadziejnie. Śmiem twierdzić, że można znaleźć nie tylko 50 lepszych płyt z tego rocznika, ale zapewne znacznie więcej. I nie będą to tylko rzeczy wybitne, ale zwyczajnie poprawne, gdzie wykonawca nie znęca się na słuchaczu serwując mu jakąś popową breję, którą można byłoby wybaczyć jakiemuś młodemu zespołowi na początku kariery, ale nie starym wygom mającym za sobą "Revolvery" i inne takie. Dla mnie porównywalny poziom przyjemności ze słuchania do "Na drugim brzegu tęczy". Dlatego nie dziwi mnie, że jak ktoś ceni jedno to również winduje drugie.
Dla mnie z całej tej płyty katorgą jest chyba tylko Oh Darling i jeszcze czymś, już nie pamiętam. Reszta, poza wiadomymi dwoma utworami mnie jakoś nadzwyczajnie nie rajcuje, ale w sumie dość mi się podoba. W wielu tych piosenkach są bardzo fajne momenty, w niewielu jest jakaś totalna chała, w sumie całkiem fajnie się słucha. Taka przyjemna, niezbyt absorbująca, ale i nie denerwująca muzyka pop.

Dla mnie z całej tej płyty katorgą jest chyba tylko Oh Darling i jeszcze czymś, już nie pamiętam.

Może "Here comes the Sun"?

Dla mnie z całej tej płyty katorgą jest chyba tylko Oh Darling i jeszcze czymś, już nie pamiętam.

Może "Here comes the Sun"?

Nie, to jest akurat zupełnie w porządku.
Znam trochę ponad 100 płyt z rocznika, gorszych niż Beatlesy mam 3, więc... no... i pewnie mnie za to zbijecie po ryju, ale mam tam debiut Colloseum, o ile na tej Suicie znalazłem kilka fajnych momentów i wylądowała u mnie koło połowy zestawienia (na 30 nie miała szans)o tyle debiut mnie znudził, zasłodził i zirytował.


Śmiem twierdzić, że można znaleźć nie tylko 50 lepszych płyt z tego rocznika, ale zapewne znacznie więcej. I nie będą to tylko rzeczy wybitne, ale zwyczajnie poprawne, gdzie wykonawca nie znęca się na słuchaczu serwując mu jakąś popową breję

" Śmiem twierdzić, że można znaleźć nie tylko 50 lepszych płyt z tego rocznika, ale zapewne znacznie więcej. I nie będą to tylko rzeczy wybitne, ale zwyczajnie poprawne, gdzie wykonawca nie znęca się na słuchaczu serwując mu jakąś popową breję, którą można byłoby wybaczyć jakiemuś młodemu zespołowi na początku kariery, ale nie starym wygom mającym za sobą "Revolvery" i inne takie. Dla mnie porównywalny poziom przyjemności ze słuchania do "Na drugim brzegu tęczy". Dlatego nie dziwi mnie, że jak ktoś ceni jedno to również winduje drugie.

może jestem wyjatkiem: winduje na drugim brzegu, ale Abbey na pewno nie wejdzie do mojej 30

Dla mnie z całej tej płyty katorgą jest chyba tylko Oh Darling i jeszcze czymś, już nie pamiętam.

Może "Here comes the Sun"?

Nie, to jest akurat zupełnie w porządku.

Nie jest, oj nie.
Rare Bird na 10 w dinozaurzym rankingu? Po co?
Bo jest tam 3 minutowa ballada co latała w radio kiedyś XD
U nich purple się załapały na 20 A u nas nawet ja na ta płytę nie zagłosuje A taki zappowski wujek mięso u nich na 49 w chuj za purplami

Dla mnie z całej tej płyty katorgą jest chyba tylko Oh Darling i jeszcze czymś, już nie pamiętam. Reszta, poza wiadomymi dwoma utworami mnie jakoś nadzwyczajnie nie rajcuje, ale w sumie dość mi się podoba. W wielu tych piosenkach są bardzo fajne momenty, w niewielu jest jakaś totalna chała, w sumie całkiem fajnie się słucha. Taka przyjemna, niezbyt absorbująca, ale i nie denerwująca muzyka pop.
Znam trochę ponad 100 płyt z rocznika, gorszych niż Beatlesy mam 3, więc... no... i pewnie mnie za to zbijecie po ryju, ale mam tam debiut Colloseum, o ile na tej Suicie znalazłem kilka fajnych momentów i wylądowała u mnie koło połowy zestawienia (na 30 nie miała szans)o tyle debiut mnie znudził, zasłodził i zirytował.
A tego też nie rozumiem. Bo debiut Colosseum to zacna płytka, taka mieszanka blues- i jazz- rocka. Brzmienie jest dość ostre, niemalże hardrockowe. Naprawdę nie wiem, co tu może zasłodzić. Ten krótki fragment z Bacha? Mnie się obie pozycje tego zespołu mieszczą w 30-stce.
Też podobnie oceniam Abbey Road, ale akurat "Oh Darling!" to jedna z niewielu piosenek, które słucham z przyjemnością poza "Come Together" i innymi wiadomymi. Nie wiem co w niej takiego koszmarnego. Ale jasne, że ten album na tym forum nie zajmie takiego miejsca jak w typowych rankingach, delikatnie mówiąc.

Tak w ogóle chciałem się spytać czy na płycie Harvestera biją Polaków, bo jest tam taki kawałek Cock-Polska i nie wiem jak to rozumieć. Brzmi jak muzyka z orszaku weselnego, więc pewnie chodzi o to, że jesteśmy jebanymi sowieckimi wieśniakami z nosami czerwonymi o wódy, ale mogę się mylić.
Nie, chodzi o to, że grają sobie góralską muzę z Podhala wplecioną w swoje eksperymenta.
Dinozaury mają debiut VDGG na 12, przecież ta płyta jest tak słaba chyba do pierwszej setki by się zmieściła
Jak to możliwe, że znają jakieś NKR-y z Somalii i tak głosują? Jakieś to mocno nierozsądne.

PS; A do kiedy tak mniej więcej można przysyłać te listy? Może też bym coś przesłała od siebie... No ale to trochę zajmie, bo dobry rocznik i dużo zacnych płytów.

Jak to możliwe, że znają jakieś NKR-y z Somalii i tak głosują?
PS; A do kiedy tak mniej więcej można przysyłać te listy? Może też bym coś przesłała od siebie... No ale to trochę zajmie, bo dobry rocznik i dużo zacnych płytów.

Nie wiem, póki co nie mam żadnej listy. Nie śpieszy nam się, bo jest naprawdę sporo dobrych płyt do poznania. W takim roczniku fajnie by było dosłuchać się chociaż setki.
No to pora brać się do roboty
Dzisiaj w ramach doszkalania się z roku 1969 przesłuchałem dwa razy Arzachela - świetne świetne dzieło, będzie wysoko. To jest Canterbury?

Dzisiaj w ramach doszkalania się z roku 1969 przesłuchałem dwa razy Arzachela - świetne świetne dzieło, będzie wysoko. To jest Canterboury?
I tak i nie. Masz tu muzyków sceny Canterbury, natomiast stylistycznie to jest po prostu bardzo dobry rock psychodeliczny.
Taak wiem, naprawdę dobra płyta, że wcześniej do tego nie sięgnąłem, a już zbierałem się od jakiegoś czasu.

Czy ktoś z was będzie miał Grateful Dead - Live / Dead w 30?

Taak wiem, naprawdę dobra płyta, że wcześniej do tego nie sięgnąłem, a już zbierałem się od jakiegoś czasu.

Czy ktoś z was będzie miał Grateful Dead - Live / Dead w 30?

Nawet pewnie w pierwszej 10.
Gratefull Dead z luzem w 30, ale patrząc na wyniki poprzedniego rocznika, gdzie doskonałe Anthem of the Sun było daaaaleko, to wątpię, żeby Live/Dead było wysoko w plebiscycie.


Czy ktoś z was będzie miał Grateful Dead - Live / Dead w 30?


Bezapelacyjnie tak. W drugiej dziesiątce chyba.

Gratefull Dead z luzem w 30, ale patrząc na wyniki poprzedniego rocznika, gdzie doskonałe Anthem of the Sun było daaaaleko, to wątpię, żeby Live/Dead było wysoko w plebiscycie.
No ale z drugiej strony "Anthem" aż tak doskonały jak Live/Dead nie był. Live/Dead to chyba jeden z najlepszych koncertowych albumów rockowych w ogóle, a przy okazji kwintesencja wszystkiego, co w muzyce GD dobre.
A Jeffersona ktoś ładuje do wybranych?

A Jeffersona ktoś ładuje do wybranych?

Wolontariusze to jeden z, powiedzmy - stu moich ulubionych albumów rockowych. A gdybym miał wymyślić setkę bez awangard byłby pewnie w dziesiątce nawet.

Btw. mam nadzieję, że nie pytasz o takie rzeczy, żeby się nimi sugerować przy własnych wyborach
Wychodzi że marnie się sugerowałem bo ja wsadzam Jeffersona wysoko a podejrzewam że u większości jeśli się zmieści to ledwo
oto sosna Sobieskiego:

http://www.monumentaltrees.com/db/33/full/33307.jpg
Sun Ra Atlantis zrobiło mi bardzo dobrze.

Sun Ra Atlantis zrobiło mi bardzo dobrze.

Wyobraź sobie, że ja od tego albumu zaczynałem nie tylko znajomość z Sun Ra, ale i z jazzem w ogóle, to były trudne początki
Można powiedzieć, że ja też zaczynam O jazzie to mam tylko troszkę większe pojęcie niż o fizyce kwantowej. W sumie to był powód, dla którego tutaj wpadłem Niemniej płyta jest wyborna, ahhh.
Dlaczego Kapitan nie dał na listę debiutu Yes i Genesis? Teraz się zorientowałem, że to płyty z 1969 (zdawało mi się, że z 1970, ale tak to źródła mówią o 1969 i to z pełnymi datami wydania, więc raczej nie błąd), dawno nie słuchałem, ale w sumie chyba nie były aż takie złe, żeby na listę się nie dostać...
U mnie debiut Genesis nie ma szans(słaba ta płyta była w sumie) co innego z Yesem, myślałem żeby się dostał do 30 ale może go wyprzeć konkurencja
Ja nie mówię o 30, bo na to u mnie nie mają szans, ale po prostu.

Dlaczego Kapitan nie dał na listę debiutu Yes i Genesis?
Zwróćcie uwagę na jedną rzecz - nie wpisywałem na wstępną przeciętnej płyty Doorsów, marnych Purpli, nędznego Generatora czy Genesis. Nie wpisywałem tu płyt, które nie są przynajmniej dobre. dnia Pon 17:06, 22 Grudzień 2014, w całości zmieniany 1 raz
Zgodzę się, szczególnie w wypadku Purpli bo Deep Purple nie myje się nawet do I i II Zepów nie mówiąc już o albumach z pozostałych gatunków. The Soft Parade Doorsów też jest bardzo słaba - bodajże najsłabsza Doorsów z Morrisonem więc tu się nie dziwię że nawet na startowej liście nie było. Podobnie debiut Genesis - szukanie stylu, generalnie słaby album rozgrzewka można powiedzieć. Generator to w ogóle jest jakaś porażka która nie wymaga szerszego komentarza. Jedynie Yesmożna było dać na startową, ale w sumie i tak mała szansa że u kogoś będzie ten album w 30
Debiut Generatora to była płyta z dupy, pod każdym względem tak generalnie, ale jakieś Yesy czy Genesisy są lepsze od jakiś Ayersów czy Krwiów, potów i Łez i tym podobnych albumów co się znalazły na liście, dziwne to mi się zdało, bo debiuty mimo wszystko ważnych dosyć kapel.
Ayers, jak się go więcej posłucha jest całkiem fajny. Debiut Yes to też całkiem przyjemna płyta. Soft Parade również daje się słuchać, ten długi numer (chyba tytułowy) jest naprawdę fajny. Natomiast pierwszy album Genesis to nudziarstwo totalne, a przy tym absolutna dziecinada.

Ayers, jak się go więcej posłucha jest całkiem fajny. Debiut Yes to też całkiem przyjemna płyta. Soft Parade również daje się słuchać, ten długi numer (chyba tytułowy) jest naprawdę fajny. Natomiast pierwszy album Genesis to nudziarstwo totalne, a przy tym absolutna dziecinada.

Soft Parade to może nie dziecinada ale w nudziarstwie dużo debiutowi Genesis nie ustępuje. Bardzo lubię Doorsów, mam wszystkie płyty i w ogóle ale do tej już praktycznie nie wracam, jest najgorsza z całej Morrisonowej dyskografii

jest najgorsza z całej Morrisonowej dyskografii

Co nie znaczy, że jest zła. Zresztą porównaj to:

https://www.youtube.com/watch?v=X_1DhUABr2U

z tym:

https://www.youtube.com/watch?v=SO_JTvPar4c

No, rozumiem, że i Genesis z debiutu miewa lepsze i gorsze chwile, ale nie powiedziałbym, żeby to był podobny poziom.
Co wolicie? MC5 czy Stoogies? Albo co wolicie: Can czy Amon Dull?
Ale z 69 czy w ogóle?

Co wolicie? MC5 czy Stoogies? Albo co wolicie: Can czy Amon Dull?

The Stooges i Amon Duul.
The Stooges i Amon Düül [2
Stooges to zupełnie inna muza, oczywiście skłonność do hałasowania i to, że mówi się o tym jako o proto-punku łączy te dwie płyty, ale reszta się rozjeżdża, bo o ile MC5 to jest nakurwianie brudnego rokenrolla, może lepiej niż później Ramones, ale w tą samą stronę, niemal w ten sam sposób, tylko na trochę wyższym poziomie instrumentalnym. Kapeli Popa bliżej do garażowych kapel psychodelicznych pokroju 13th Floor Elevators, oraz do Velvet Underground (Zresztą debiut produkował John Cale, co w wielu fragmentach tej płyty słychać), czyli owszem jest to hałasowanie ale z zacięciem psychodelicznym i inspiracjami w awangardzie, dużo lepsze granie jak dla mnie.

Zresztą debiut produkował John Cale, co w wielu fragmentach tej płyty słychać

Szczególnie w tym trzynastominutowym utworze, który przez wiele osób jest ogromnie wybukiwany i powszechnie nielubiany.
Ustalam termin zakończenia głosowania na 1 lutego.

Streszczajcie się.
I tak pewnie będzie miesiąc później, ale trzeba Was przycisnąć


Szczególnie w tym trzynastominutowym utworze, który przez wiele osób jest ogromnie wybukiwany i powszechnie nielubiany.


"We will fall" jest super kawałkiem. Rozpierdala mnie ta monotonia.
Ktoś tu apelował aby głosować na Moondoga, ale dla mnie to słabe jest. Co sądzicie?
Dla mnie jest całkiem fajne, ale na pewno na to nie zagłosuję.
Dla mnie też spoko, ale na 30 się nie łapie.
Znaczy dla mnie to takie średnie po pierwszym przesłuchaniu jest. Widziałem tą płytę tyle razy w różnych zestawieniach, że naprawdę się czegoś mocarnego spodziewałem. No i trochę się zawiodłem.



 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

   
 
  Album roku 1969
singulair.serwis