|
Album roku 1970
singulair.serwis |
No to co, zaczynamy nowy rocznik?
Biorąc pod uwagę ogrom materiału wydaje mi się, że wyniki zobaczymy najwcześniej w maju, starajmy się jednak wyrobić przed końcem czerwca.
Liczba rewelacyjnych płyt w rocznikach pierwszej połowy lat 70' jest pewnie niewiele większa niż w 69, czy 67, natomiast ilość płyt bardzo dobrych jest porażająca, dlatego uważam, że znajomość stu płyt z rocznika to nawet nie jest optimum. Sami zresztą zobaczycie. Nie dajcie się zwieść odległym terminom finału - tego jest tak dużo, że żeby sensownie się w tym rozeznać potrzeba przynajmniej kilku miesięcy. Jak ktoś odłoży sobie słuchanie płyt na kwiecień nie zdąży niemal na pewno.
Wstępna lista propozycji:
The Cannonball Adderley Quintet & Orchestra - The Cannonball Adderley Quintet & Orchestra The Allman Brothers Band - Idlewild South Ame son - Catalyse Amon Düül - Paradieswärts Düül Amon Düül II - Yeti Annexus Quam - Osmose Neil Ardley, Ian Carr & Don Rendell - Greek Variations & Other Aegean Exercises Art Ensemble of Chicago - Go Home Art Ensemble of Chicago - Les stances a Sophie Art Ensemble of Chicago - Message to Our Folks Association P.C. - Earwax Atomic Rooster - Death Walks Behind You Brian Auger & The Trinity - Befour Kevin Ayers and the Whole World - Shooting at the Moon Albert Ayler - Music Is the Healing Force of the Universe The Band - Stage Fright Baroque Jazz Trio - Baroque Jazz Trio The Beatles - Let It Be Harry Beckett - Flare Up Black Cat Bones - Barbed Wire Sandwich Black Sabbath - Black Sabbath Black Sabbath - Paranoid Black Widow - Sacrifice Blue Effect & Jazz Q Praha - Coniunctio David Bowie - The Man Who Sold the World Brainticket - Cottonwoodhill Anthony Braxton - This Time... James Brown - Sex Machine Marion Brown - Afternoon of a Georgia Faun Pete Brown & Piblokto! - Things May Come and Things May Go, But the Art School Dance Goes on for Ever Pete Brown & Piblokto! - Thousands on a Raft Brötzmann / Van Hove / Bennink - Balls Jack Bruce - Things We Like Tim Buckley - Lorca Tim Buckley - Starsailor Vashti Bunyan - Just Another Diamond Day Burnin Red Ivanhoe - Burnin Red Ivanhoe Donald Byrd - Electric Byrd Cactus - Cactus Can - Soundtracks Canned Heat - Future Blues Captain Beefheart & The Magic Band - Lick My Decals Off, Baby Caravan - If I Could Do It All Over Again, I'd Do It All Over You Don Cherry - "mu" Second Part Philip Cohran and the Artistic Heritage Ensemble - The Malcolm X Memorial Ornette Coleman - The Art of the Improvisers Ornette Coleman - Love Call Colosseum - Daughter of Time Alice Coltrane - Ptah, the El Daoud John Coltrane - Transition Larry Coryell - Spaces Jacques Coursil - Black Suite Crosby, Stills, Nash & Young - Déja vu Wolfgang Dauner - Output Miles Davis - Bitches Brew Miles Davis - At Fillmore: Live at the Fillmore East Day of Phoenix - Wide Open N-way Deep Purple - Deep Purple in Rock Demon Fuzz - Afreaka! Derek and The Dominos - Layla and Other Assorted Love Songs Willie Dixon - I Am the Blues The Doors - Morrison Hotel Nick Drake - Bryter Layter East of Eden - Snafu Egg - Egg Don Ellis - At Fillmore (2 LP) Embryo - Opal Emerson, Lake & Palmer - Emerson, Lake & Palmer Exuma - Exuma Brigitte Fontaine & Art Ensemble of Chicago - Comme a la radio Joe Farrell Quartet - Joe Farrell Quartet Aretha Franklin - Spirit in the Dark Free - Fire and Water Frumpy - All Will Be Changed Funkadelic - Funkadelic Funkadelic - Free Your Mind... and Your Ass Will Follow Jan Garbarek - Afric Pepperbird Genesis - Trespass Gentle Giant - Gentle Giant Grant Green - Carryin' On Peter Green - The End of the Game Groundhogs - Thank Christ for the Bomb The Guess Who - American Woman Guru Guru - UFO Gypsy - Gypsy Charlie Haden - Liberation Music Orchestra Herbie Hancock - Fat Albert Rotunda Bo Hansson - Sagan om ringen George Harrison - All Things Must Pass Hawkwind - Hawkwind Albert Heath - Kawaida Joe Henderson - At the Lighthouse ("If You're Not Part of the Solution, You're Part of the Problem") Jimi Hendrix - Band of Gypsys High Tide - High Tide Noah Howard - Space Dimension Freddie Hubbard - Red Clay Bobby Hutcherson - Now! If - If If - If 2 Akira Ishikawa & Count Buffalos - Electrum The Ahmad Jamal Trio - The Awakening Jethro Tull - Benefit Josefus - Dead Man The Keith Tippett Group - You Are Here...I Am There Robin Kenyatta - Girl From Martinique Masabumi Kikuchi - Poo-Sun King Crimson - In the Wake of Poseidon King Crimson - Lizard Eero Koivistoinen - For Children Kraftwerk - Kraftwerk Led Zeppelin - Led Zeppelin III John Lennon / Plastic Ono Band - John Lennon / Plastic Ono Band Henry Lowther Band - Child Song Lucifer's Friend - Lucifer's Friend Magma - Magma [Kobaia] Albert Mangelsdorff - Never Let It End Manfred Mann Chapter Three - Manfred Mann Chapter Three, Volume Two Marsupilami - Marsupilami Pat Martino - Desperado Dave Mason - Alone Together May Blitz - May Blitz Jackie McLean - Demon's Dance Harold McNair - The Fence The Lloyd McNeill Quartet - Washington Suite Min Bul - Min Bul Charles Mingus - The Great Concert of Charles Mingus Missus Beastly - Missus Beastly Grachan Moncur III - Aco dei de madrugada (One Morning I Waked Up Very Early) Grachan Moncur III - New Africa Van Morrison - Moondance Mountain - Climbing! Sunny Murray - An Even Break (Never Give a Sucker) Nico - Desertshore Czesław Niemen - Enigmatic New Jazz Trio - Page One Nosferatu - Nosferatu Nucleus - Elastic Rock Orange Peel - Orange Peel Organisation - Tone Float Pan - Pan Evan Parker, Derek Bailey & Han Bennink - The Topography of the Lungs Patto - Patto Charley Patton - Founder of the Delta Blues Pink Floyd - Atom Heart Mother Jean-Luc Ponty - King Kong: Jean-Luc Ponty Plays the Music of Frank Zappa Popol Vuh - Affenstunde Michel Portal - Alors!!! Pretty Things - Parachute Procol Harum - Home Raw Material - Raw Material Dewey Redman - Tarik Catherine Ribeiro + Alpes - N°2 Howard Riley - The Day Will Come The Rolling Stones - 'Get Yer Ya-Ya's Out!': The Rolling Stones in Concert Sabicas con Joe Beck - Encuentro con el Rock Pharoah Sanders - Deaf Dumb Blind (Summun Bukmun Umyun) Pharoah Sanders - Jewels of Thought Santana - Abraxas Savoy Brown - Raw Sienna Savoy Brown - Looking In Ravi Shankar - At the Woodstock Festival Archie Shepp - Coral Rock Archie Shepp - Pitchin' Can Sir Lord Baltimore - Kingdom Come Soft Machine - Third Spirit - Twelve Dreams of Dr. Sardonicus Spooky Tooth & Pierre Henry - Ceremony Tomasz Stańko Quintet - Music for K (Polish Jazz, Vol. 22) Steamhammer - Mountains The Stooges - Fun House Stray - Stray Sun Ra - Nothing Is Supersister - Present From Nancy John Surman - How Many Clouds Can You See? Sweet Smoke - Just a Poke T2 - It'll All Work Out in Boomland Tamam Shud - Goolutionites and the Real People Tangerine Dream - Electronic Meditation Taste - On the Boards Eje Thelin - Acoustic Space Third Ear Band - Third Ear Band Clifford Thornton - Ketchaoua Titus Groan - Titus Groan Traffic - John Barleycorn Must Die McCoy Tyner - Expansions UFO - UFO 1 Van der Graaf Generator - The Least We Can Do Is Wave to Each Other Van der Graaf Generator - H to He Who Am the Only One The Velvet Underground - Loaded Miroslav Vitous - Infinite Search Miroslav Vitous - Purple Mal Waldron Trio - Free at Last Sadao Watanabe - Round Trip Web - I Spider Mike Westbrook - Love Songs The Who - Live at Leeds The Tony Williams Lifetime - (Turn It Over) Wishbone Ash - Wishbone Ash Frank Wright - One for John Frank Wright - Uhuru Na Umoja Robert Wyatt - The End of an Ear Neil Young - After the Gold Rush Frank Zappa - Burnt Weeny Sandwich Frank Zappa - Chunga's Revenge Frank Zappa - Weasels Ripped My Flesh Various Artists - Gittin' to Know Y'all Various Artists - Zabriskie Point
dnia Pią 14:00, 12 Czerwiec 2015, w całości zmieniany 38 razy
Czyli Cottonwoodhill to jednak 1970? Widziałem raz ten rocznik, raz 1971.
Nick Drake - Bryter Layter Third Ear Band - Third Ear Band Curtis Mayfield - Curtis Syd Barrett - The Madcap Laughs ( )
Spoko albumy, które raczej na żadną listę nie wejdą, ale miło się ich słucha:
Curved Air – Air Conditioning Exuma – Exuma II Hawkwind - Hawkwind Jean-Jacques Perrey – Moog Indigo  Lovecraft – Valley Of The Moon (niestety o wiele słabsze niż H.P. Lovecraft II, mi do tego albumu nie będzie chciało się wracać, ale wiele osób tutaj lubi takie bezpretensjonalne spox rakowanie, więc sobie sprawdźcie)
Czyli Cottonwoodhill to jednak 1970? Widziałem raz ten rocznik, raz 1971. Nick Drake - Bryter Layter Third Ear Band - Third Ear Band Curtis Mayfield - Curtis Syd Barrett - The Madcap Laughs ( )
A, właśnie - polecajmy sobie tylko naprawdę świetne płyty bo jak będziemy się brali za rzeczy w miarę okej to nie skończymy za rok. To oczywiście w pewnej mierze kwestia gustu, ale sam nie wiem czy którakolwiek z tych płyt zmieściła by mi się w drugiej setce rocznika. Może Drake gdzieś w ogonie...
dnia Pon 16:21, 02 Luty 2015, w całości zmieniany 1 raz
Nie wybitne ale polski akcent musi być:
Marek Grechuta Anawa Breakout - 70a
Kurcze ale w tym roczniku jest pełno fajnych płyt rockowych i trzy Zappy 
A i The Doors - Morrison Hotel nie dałeś. Wiem, że nie wybitne ale w poprzednim ktoś oddał głos na Soft Parade, które jest gorsze więc niech będzie.
Genesis - Trespass też chyba zasługuje na listę startową.
A i The Doors - Morrison Hotel nie dałeś. Wiem, że nie wybitne ale w poprzednim ktoś oddał głos na Soft Parade, które jest gorsze więc niech będzie.
Dał Kapitan. Wykonawcy, których nazwa zaczyna się od "the" w spisie alfabetycznym uwzględniani pod literą ich właściwej nazwy. W tym wypadku pod "d" A jeśli ktoś występuje pod imieniem i nazwiskiem, to od litery nazwiska. Dlatego Zappa jest na końcu.
Rzeczywiście przegapiłem sory 
A, właśnie - polecajmy sobie tylko naprawdę świetne płyty bo jak będziemy się brali za rzeczy w miarę okej to nie skończymy za rok. To oczywiście w pewnej mierze kwestia gustu, ale sam nie wiem czy którakolwiek z tych płyt zmieściła by mi się w drugiej setce rocznika. Może Drake gdzieś w ogonie... Wydaje mi się, że na tamtej liście sporo było albumów, które były oceniane przez ludzi w okolicy 6/10 lub najwyżej 7 z chęci docenienia, dlatego może dobrze będzie gdy lista stanie się możliwie szeroka, a bazować zawsze i tak można na komenatrzach. Tylko trzeba je pisać. Wtedy wiadomo czy obecność płyty na liście to jakaś jednostkowa sympatia czy więcej ludków to chwali.
Wydaje mi się, że na tamtej liście sporo było albumów, które były oceniane przez ludzi w okolicy 6/10 lub najwyżej 7 z chęci docenienia
7/10 to bardzo wysoka nota. I, oczywiście można na listę wpisać co kto chce, mówię tylko, żeby zachować w tym umiar. Rzeczy typu Cactus jest sens słuchać - znana, amerykańska kapela hard rockowa, która komuś może się spodobać. Syda Barretta warto znać bo jest słynny, tak samo jak Drake, Mayfield czy Hawkwind. Third Ear Band to znana kapela w undergroundzie, też jest po co ją znać.
Rzecz w tym, żeby po pierwsze nie wpisywać tutaj propozycji na zasadzie "mi się nie podoba, nikt tego nie zna, no, ale może komuś kiedyś...", bo nawet jeżeli komuś faktycznie się to nawet spodoba to przecież i tak nie zagłosuje na taki album. Po drugie zaś w tym, żeby na liście początkowej nie było 300 płyt (już jest pewnie pod 150), bo nikt tego nie przesłucha.
dnia Pon 18:00, 02 Luty 2015, w całości zmieniany 1 raz
Nick Drake - Bryter Layter Third Ear Band - Third Ear Band Curtis Mayfield - Curtis Syd Barrett - The Madcap Laughs ( )
Jeśli miałoby się pojawić coś Syda, to może Barrett. Tam przynajmniej nie ma If it's in you. 
No i tak trzeba ruszyć z kopyta. Choć sporo z listy startowej większość osób pewnie zna.
andrew hill - Lift Every Voice Dave Brubeck Trio & Gerry Mulligan Live at the Berlin Philharmonie Joe Henderson - If You're Not Part Of The Solution, You're Part Of The Problem Dave Brubeck Trio & Gerry Mulligan Live at the Berlin Philharmonie Black Widow - Black Widow Nosferatu - Nosferatu GonG - Magick Brother The Lloyd McNeill Quartet - Washington Suite Affinity - Affinity
Dom - Edge of Time Guru Guru - UFO
Polecenia zaczynam ja.
Z płyt co są one na liście polecam znać cała listę, ale poza całą listą warto najbardziej posłuchać tego o:
Jazz-rocki i fusiony
Annexus Quam - Osmose
Kraut-jazz-rock w najlepszym wydaniu. Rewelacyjny klimat, świetne melodie, super groove. Nie wiem czemu zespół jest tak mało, nawet jak na krautrock znany, bo jest jednym z najlepszych tego nurtu reprezentantów.
Association P.C. - Earwax
Free jazz w wersji zelektryfikowanej - ot cały opis. Wspaniała muzyka, chociaż skierowana wyłącznie do specyficznej grupy odbiorców.
Blue Effect & Jazz Q Praha - Coniunctio
Free-jazz-rock. Kapitalny album, jeden z absolutnie najlepszych nagranych po naszej stronie żelaznej kurtyny - tak dobry, że te wszytskie Niemce i Angole nie są ani trochę lepsze.
Donald Byrd - Electric Byrd
Podróba Bitches Brew. Bardzo sympatyczna, znam od lat i z chęcią wracam.
Colosseum - Daughter of Time
Bardzo fajne granie. Niby nie wybitne, ale bardzo lubię.
Larry Coryell - Spaces
Kolejny z cyklu znakomitych albumów nagranych przez ekipę Milesa Davisa. Rasowe, post-davisowskie fusion.
Miles Davis - Bitches Brew
Wiadomo...
Miles Davis - At Fillmore: Live at the Fillmore East
A tutaj nie wiem czy wiadomo, a to jedna z lepszych płyt rocznika. Rewelacyjne, granie, nie wyobrażam sobie, żeby ktoś na tym forum mógł tego nie znać.
Herbie Hancock - Fat Albert Rotunda
Bardzo nastrojowe fusion. Coś jak In a Silent Way.
Freddie Hubbard - Red Clay
Tutaj kapitalne są bonusy, bo sam album jest bardziej zachowawczy niż Miles w Niebiosach dwa lata wcześniej - choć i tak dobry. Ale płyta jest legendarna, wypada ją znać.
Akira Ishikawa & Count Buffalos - Electrum
Japońska odpowiedź na Third Soft Maszyny. Tylko, że bardziej free. Można powiedzieć: Soft Machine + Association P.C.
Pat Martino - Desperado
Świetny, elektryczny jazz. Ni mniej ni więcej.
Nucleus - Elastic Rock
Esencja jazz-rocka. Bardzo wysokiej próby, a przy tym dość przystępny. Liczę, że zajdzie bardzo wysoko w finale.
Jean-Luc Ponty - King Kong: Jean-Luc Ponty Plays the Music of Frank Zappa
Mój ulubiony album Pontona. Doskonały zappowy jazz-rock. Znacznie lepszy niż płyty samego Zappy z tego rocznika.
Santana - Abraxas
Legendarna, rewelacyjna płyta. Najlepsze co Santana kiedykolwiek nagrał (nie licząc koncertowego Lotus, ale to dopiero za parę lat).
Soft Machine - Third
Wiadomo...
Miroslav Vitous - Infinite Search
Brzmi jak Tony Williams Lifetime, ale jest "poważne" jak debiut Weather Report. Trochę trudny to album, ale znakomity
Miroslav Vitous - Purple
Płyta brzmi jak Weather Report, jest skomponowana jak Weather Report i właściwie gra tam praktycznie cały Weather Report, więc można powiedzieć, że to album Weather Reportu. tak sądzę...
Web - I Spider
Bardzo fajny, rozrywkowy jazz-rock. U mnie ociera się o trzydziestkę, chociaż wątpię czy ostatecznie się w niej zmieści.
The Tony Williams Lifetime - (Turn It Over)
Wokal miliony razy lepszy niż wcześniej bo do zespołu dołączył Jack Bruce. Materiał świetny, ale już trochę słabszy.
Robert Wyatt - The End of an Ear
Free-jazz-rockowy Wyatt jest cudowny, chociaż jest to muzyka raczej dla hardego słuchacza.
Annexus Quam - Osmose
Kraut-jazz-rock w najlepszym wydaniu. Rewelacyjny klimat, świetne melodie, super groove. Nie wiem czemu zespół jest tak mało, nawet jak na krautrock znany, bo jest jednym z najlepszych tego nurtu reprezentantów.
Podpisuję się pod tym rękami i nogami.
Annexus Quam - Osmose
Kraut-jazz-rock w najlepszym wydaniu. Rewelacyjny klimat, świetne melodie, super groove. Nie wiem czemu zespół jest tak mało, nawet jak na krautrock znany, bo jest jednym z najlepszych tego nurtu
Spox plyta, ale pod koniec IV czesci juz sie robi lekka chujnia. Swoja droga sam mi wrzuciles ta plyte na kompa, kiedy bylem u Ciebie w gosciach. To slodkie wspomnienie...
Kolejny bardzo dobry rocznik. U dinozaurow ow rocznik wygladal tak: http://www.rockjazz.pl/viewtopic.php?t=711&postdays=0&postorder=asc&start=450 Calkiem znosna ta lista, jedynie ten zwyciezca troche boli
Kolejny bardzo dobry rocznik. U dinozaurow ow rocznik wygladal tak: http://www.rockjazz.pl/viewtopic.php?t=711&postdays=0&postorder=asc&start=450 Calkiem znosna ta lista, jedynie ten zwyciezca troche boli No bez jaj. Bitches Brew i Third Maszyn poza 10-tką?
Pierwsza dziesiątka całkiem zabawna
No bez jaj. Bitches Brew i Third Maszyn poza 10-tką?
Porownujac wyniki z 69, to i tak dobrze, ze w 30-tce te albumu sie znalazly
Dinozaury to sa po prostu Janusze proga.
Jeszcze nie zabrałem się za robienie przeglądu tego co było ważne w tym roku, ale widzę, że na liście wstępnej nie nie ma tego co mi się ostatnio spodobało, czyli:
Jan Garbarek Quartet - Afric Pepperbird
...bardzo zacny album
Dinozaury to sa po prostu Janusze proga. hehe
Fajny ten Akira. Mieszają chłopcy. U mnie z tego rocznika Miles i Faraon to murowana pierwsza piątka. Reszta wyjdzie w praniu. Dedżonet na garach i Holland na basie miód dla uszu 
Miroslav Vitous - Infinite Search
Brzmi jak Tony Williams Lifetime, ale jest "poważne" jak debiut Weather Report. Trochę trudny to album, ale znakomity
.
To chyba będzie w ścisłej czołówce rocznika. "Absolutnie Oszałamiająco Genialne", że sparafrazuję kolegę Metal Hammera Gwiazdorski skład 
EDIT znowu białe na białym wyszło ...
Bite 5 lat minelo, od czasu kiedy sluchalem 'Elastic Rock' Nucleusa, totez pomyslalem przedtem sobie: ano dawaj go na ruszt, mosci dziedzicu. Wysluchalem tej plytki na dwa rzuty, z przerwa w polowie na wyjscie do Lidla po najsurowsze z mies i jednak troche sie zawiodlem: to bardzo przyjemna muzyka, ale strasznie drobnego kalibru. Calosc fajnie sobie plynie, ale partie saksa w ogole nie sa interesujace.
to bardzo przyjemna muzyka, ale strasznie drobnego kalibru. Calosc fajnie sobie plynie, ale partie saksa w ogole nie sa interesujace.
Odniosłem podobne wrażenie. Fajne, ale jakiejś głębszej treści tu brakuje.
Funkadelic - Funkadelic
Niby funk, ale tyle samo co funku jest w tym bluesa i psychodelicznego rocka. Cudowna rzecz, nie wyobrażam sobie, aby mogło dla tego albumu zabraknąć miejsca na mojej liście.
No, przyznam, że jak ostatnio słuchałem Nucleusa to też trochę się zawiodłem. Pamiętam, że jak ich poznałem byli u mnie w ścisłej czołówce, a teraz wydają mi się bardzo przyjemni - na 100% przyznam im tych kilkanaście punktów - ale rzeczywiście bez większej głębi.
A, no i zapomniałem o pewnej genialnej płycie fusion:
Bobby Hutcherson - Now!
Fusion, z tym, że w wielu miejscach brzmi prawie jak Magma i prawie jak Gentle Giant ( ). Według mnie ten album może zawojować rocznik, tak jak Elektryczna Sonata zawojowała 1969!
dnia Pon 20:53, 13 Kwiecień 2015, w całości zmieniany 1 raz
Bardzo fajne granie. Niby nie wybitne, ale bardzo lubię.
Spoko będą u mnie punkty dla Wishbona na pewno.
Spoko będą u mnie punkty dla Wishbona na pewno.

Debiut Wishbone'a bardzo przyjemny, mozliwe, ze jakies punkty dostanie
A, no i zapomniałem o pewnej genialnej płycie fusion:
Bobby Hutcherson - Now!
Fusion, z tym, że w wielu miejscach brzmi prawie jak Magma i prawie jak Gentle Giant ( ). Według mnie ten album może zawojować rocznik, tak jak Elektryczna Sonata zawojowała 1969! Mocna rzecz.
No, przyznam, że jak ostatnio słuchałem Nucleusa to też trochę się zawiodłem. Pamiętam, że jak ich poznałem byli u mnie w ścisłej czołówce, a teraz wydają mi się bardzo przyjemni - na 100% przyznam im tych kilkanaście punktów - ale rzeczywiście bez większej głębi.
A, no i zapomniałem o pewnej genialnej płycie fusion:
Bobby Hutcherson - Now!
Fusion, z tym, że w wielu miejscach brzmi prawie jak Magma i prawie jak Gentle Giant ( ). Według mnie ten album może zawojować rocznik, tak jak Elektryczna Sonata zawojowała 1969!
Now! będzie w tym?! Wczoraj jak słuchałem to tak sobie myślałem, że to raczej brzmi jak Canterbury, ale tak naprawdę jak Canterbury.
W 70tym została też nagrana San Francisco Hutchersona. Też dobra, choć nie tak mocna jak Now!.
Kolejny bardzo dobry rocznik. U dinozaurow ow rocznik wygladal tak: http://www.rockjazz.pl/viewtopic.php?t=711&postdays=0&postorder=asc&start=450 Calkiem znosna ta lista, jedynie ten zwyciezca troche boli Pierwsza 10 to zazwyczaj zacne płyty, ale moim zdaniem tylko dwie z nich zasługują na to, by się w niej znaleźć. Bardzo symptomatyczne jest to, że na dwóch pierwszych miejscach znajdują się albumy, gdzie gwoździem programu jest suita zbudowana na dość podobnym pomyśle kontrastu między prostymi melodyjnymi partiami rockowymi a partiami nawiązującymi do awangardowej muzyki poważnej. I oczywiście album, który jest dużo bardziej udany otrzymuje 73 punkty mniej. Januszowanie aż miło.
Swoją drogą ciekaw jestem, czy Deep Purple, ELP, czy Genesis w ogóle się mi zmieszczą do 30-stki... Przewiduję możliwość, że dla DP może się pod koniec odrobinę miejsca znaleźć, dla dwóch pozostałych - nie sądzę.
Association P.C. - Earwax
Ma to ktoś podkopsać? Bo nie widzę w internetach.
Association P.C. - Earwax
Ma to ktoś podkopsać? Bo nie widzę w internetach.
Jest na solsiku, ale w tym momencie tylko 256 CBR.
A to jakas git plyta?
https://www.mediafire.com/?pvhlwo5566mb6ue
Dobra płyta, powinna być w "30".
Dzięki. Szkoda, że nie ma w lepszej jakości, ale ujdzie i takie.
Robert Johnson "King of the Delta Blues Singers, Vol. II"
Głos z Mrocznych Zaświatów, krainy niepiśmiennych Czarnych, muzykujących w obskurnych spelunach, gdzie błyskały noże i wlewano trutki na szczury do drinków. Nagrania powstały w latach 30-ych (Johnson zmarł tragicznie w 1938), ale wraz z Vol. I wciąż są uznawane za niedościgły wzór gatunku. Jest filmowy dokument z Claptonem który fachowo objaśnia, jak piekielnie trudne do odtworzenia są zagrywki Johnsona. Absolutny Kanon dla każdego miłośnika Bluesa. Płyta jest jednak hardcorowa - tylko zawodzący Robert i jego brzęcząca gitara. Brzmienie lat 30-ych.
https://www.youtube.com/watch?v=zZKH-SKgLoI
A to jakas git plyta? Swoją drogą ciekaw jestem, czy Deep Purple, ELP, czy Genesis w ogóle się mi zmieszczą do 30-stki... Przewiduję możliwość, że dla DP może się pod koniec odrobinę miejsca znaleźć, dla dwóch pozostałych - nie sądzę.
Myślę, że Deep Purple może być u nas w trzydziestce bo to fantastyczny album. No i nie zapominaj przecież o Black Sabbath.
Jazzy
Art Ensemble of Chicago - Les stances a Sophie
Arcydzieło. Jedna z najlepszych płyt jazzowych, jakie słyszałem. U mnie będzie na pudle. I to raczej nie na miejscu trzecim.
Brigitte Fontaine & Art Ensemble of Chicago - Comme a la radio
Kolejna, rewelacyjna płyta Art Ensamble. Tym razem mniej murzyńska, a bardziej arabska. No i Brigitte Fontaine, która jest taką vice Dagmarą Krause dla mnie.
Alice Coltrane - Ptah, the El Daoud
Absolutny kanon jazzu lat 70'. Znakomity album, może nie aż genialny, ale to naprawdę trzeba znać.
The Ahmad Jamal Trio - The Awakening
A to lekko awangardujący jazz na pianinie. Bardzo lubię ten album, chociaż raczej nie planuję na niego głosować.
Robin Kenyatta - Girl From Martinique
To też bardzo wysokich lotów. Spiritual - avant, bardzo ciekawy, świetnie zagrany.
Jackie McLean - Demon's Dance
A to jest niby zwykły hard bop, ale ma w sobie coś niesamowitego. Za nic nie potrafię powiedzieć, co mi się tak bardzo w tym podoba, niemniej uważam, że album jest kapitalny.
Charles Mingus - The Great Concert of Charles Mingus
Chyba najlepszy z koncertów Karola. Niemalże arcydzieło. Bezwzględnie powinno być w dziesiątce!
Pharoah Sanders - Deaf Dumb Blind (Summun Bukmun Umyun) Pharoah Sanders - Jewels of Thought
Dwóch fajnych Faraonów. Mnie te płyty nie przekonują na tyle, żeby miał je jakoś wysoko na liście, niemniej przyznać muszę, że to naprawdę klawa muzyka.
Btw. Jewels jest bardziej popularne, ale ja chyba jednak wolę Deaf Dumb Blind.
Tomasz Stańko Quintet - Music for K (Polish Jazz, Vol. 22)
Klasyk jakich w Polsce mało. Nie jest to niestety tak oryginalne jak późniejsze płyty Pana Tomasza, ale nadrabia jakością samego grania. Mega sprawa.
Sun Ra - Nothing Is
Jedna z "najprzystępniejszych" z najlepszych płyt Sun Ra. Albo jedna z najlepszych z "przystępnych". Miejscami prawie, że fusion. U mnie na liście musi znaleźć się dla niej miejsce.
John Surman - How Many Clouds Can You See?
Miejscami brzmi niemal jak Ascension Coltrane'a, niestety jest troche nierówna. Ale i tak uważam, że to wybitny album.
Mal Waldron Trio - Free at Last
Znakomity avant (czy tam free).
dnia Wto 17:48, 03 Luty 2015, w całości zmieniany 2 razy
Swoją drogą ciekaw jestem, czy Deep Purple, ELP, czy Genesis w ogóle się mi zmieszczą do 30-stki... Przewiduję możliwość, że dla DP może się pod koniec odrobinę miejsca znaleźć, dla dwóch pozostałych - nie sądzę.
Myślę, że Deep Purple może być u nas w trzydziestce bo to fantastyczny album. No i nie zapominaj przecież o Black Sabbath. Nie no, na naszej wspólnej liście to się na pewno znajdzie, nie wiem tylko, czy na mojej. Nie miałem nigdy serca do studyjnych albumów DP z tego względu, że jest to moim zdaniem ten typ rocka, który wymaga dużych sal koncertowych, by robić wrażenie. Natomiast w studio się "dusi". (Podobne zdanie mam o muzyce Rush nota bene). Sabbathów zawsze wolałem od DP i prawdopodobnie obie płyty będą w moim zestawieniu. Podobnie jak LZIII. W moim przekonaniu muzyka LZ i BS nie podziela tej przypadłości przywiązania do wielkich sal i stadionów. Wręcz przeciwnie - bardzo dobrze brzmi właśnie w warunkach kameralnych.
Sabbathów zawsze wolałem od DP i prawdopodobnie obie płyty będą w moim zestawieniu. Podobnie jak LZIII.
Za to Led Zeppelin wedle wszelkiego prawdopodobieństwa będę mieć, bo to według mnie ich najlepszy album.
Dołączam do polecajek: Catherine Ribeiro & Alpes No2. Połączenie starego nieco topornego rocka psychodelicznego z francuską poezją śpiewaną. Ktoś gdzieś nazwał Katarzynę "francuską Nico", ale to porównanie jest mocno przesadzone. Mnie jej śpiew kojarzy się momentami z Joan Baez, choć momentami jest mroczny niczym śpiewanie Diamandy Galas. Raczej nie jest to album, który mógłby pobić Crimsonów, Generatorów, czy Buckleyów, ale z całą pewnością Ribeiro to jeden z tych damskich głosów, który należy kiedyś poznać.
Pewnie w roku 1970 trudno będzie mu się załapać u mnie do 30-stki, ale gdyby go wydano w 1968, załapałby się prawie na pewno.
Ja z "rockowych klasygów*" chcę wcisnąć do 30, pierwsze Black Sabbath i Fun House The Stooges. Nie wiem czy mi się uda, czy nie zabraknie miejsca na tyle bezwzględnie, że nie będzie gdzie wcisnąć. Black Sabbath to Black Sabbath, wiadomo. Natomiast "Fun House" to najlepszy album tego zespołu i trzeba szanować (he he), nakurw, psychodelia, ale nie w stylu 67' tylko po prostu narkotykowy ciąg, zresztą chyba mniej LSD a bardziej hera i koka, momentami niemal post-punk, klimat barłogu i ogólnie jak dla mnie rewelacja.
Z kolei prawie na pewno nie będzie na liście Dereka i Dominosów, bo ta płyta poza kilkoma fajnymi kawałkami jest cholernie długa i nudna.
*No, KC to nie wspominam, bo wiadomo, że Lizard będzie na liście, Poseidon z kolei raczej się nie zmieści, szczególnie, że to chyba najniżej ceniona przeze mnie płyta wydana przed Red.
Poseidon z kolei raczej się nie zmieści, szczególnie, że to chyba najniżej ceniona przeze mnie płyta wydana przed Red.
Kocie żarcie jest zdenerwowane.
A to jakas git plyta?
Nie jestem pewien czy w Twoim typie, bo to jest raczej coś na zasadzie "biali goście z wąsami udają murzynów najdzikszych". Bardzo to jest free.
Moze sie przekonamy. W sumie to rozwazam nawet wyslanie wlasnej listy.
Poseidon z kolei raczej się nie zmieści, szczególnie, że to chyba najniżej ceniona przeze mnie płyta wydana przed Red.
Kocie żarcie jest zdenerwowane.
No, Cat Food jest zajebiste, ale to jedyny naprawdę dobry kawałek na płycie i tak jak Schizod nie dawał debiutowi awansu do 10 czy nawet 20, tak Cat Food nie daje do 30.
Poseidon z kolei raczej się nie zmieści, szczególnie, że to chyba najniżej ceniona przeze mnie płyta wydana przed Red.
Kocie żarcie jest zdenerwowane.
No, Cat Food jest zajebiste, ale to jedyny naprawdę dobry kawałek na płycie i tak jak Schizod nie dawał debiutowi awansu do 10 czy nawet 20, tak Cat Food nie daje do 30.
Błagam Was 
Jak posłuchacie płyt z rocznika to idea głosowania na Poseidona wyda Wam się skrajnie niedorzeczna. Nawet gdybyśmy wysyłali pięćdziesiątki zamiast trzydziestek to i tak mało komu by się to zmieściło.
No przecież ja wiem, że nie ma na to szans... pisałem wcześniej.
A tak sobie na razie przypominam płyty co już je znam i stwierdzam, że na Morrison Hotel jest 1 dobry kawałek (1), a Funkadelic (Mam na myśli, "uwolnij umysł, to dupa pójdzie za nim") mimo operowania podobną stylistyką jest 3 klasy lepszy.
Alice Coltrane - Ptah, the El Daoud. W trakcie odsłuchu. Mocny skład. Spodziewałem się czegoś bardziej spirytualnego w klimacie Sandersa. W sumie pierwszy i ostatni kawałek są całkiem ciekawe. W środku Alice przynudza bluesowymi pasażami.
Za to Led Zeppelin wedle wszelkiego prawdopodobieństwa będę mieć, bo to według mnie ich najlepszy album.
Ja zobacze jak z Ledami w 30 jak posłucham jazzów bo dużo tego jest, i wiele z nich nie znam. W każdym razie z tych o których mowa płyt rockowych to In rock będę miał oczywiście na bank a co do Sabbatów to się też jeszcze zobaczy czy się łapną, ale chciałbym jedną z nich chociaż umieścić na liście.
Poseidon z kolei raczej się nie zmieści, szczególnie, że to chyba najniżej ceniona przeze mnie płyta wydana przed Red.
Kocie żarcie jest zdenerwowane.
No, Cat Food jest zajebiste, ale to jedyny naprawdę dobry kawałek na płycie i tak jak Schizod nie dawał debiutowi awansu do 10 czy nawet 20, tak Cat Food nie daje do 30.
Błagam Was 
Jak posłuchacie płyt z rocznika to idea głosowania na Poseidona wyda Wam się skrajnie niedorzeczna. Nawet gdybyśmy wysyłali pięćdziesiątki zamiast trzydziestek to i tak mało komu by się to zmieściło.
Ja tylko stwierdzam, że kocie żarcie jest smaczne 
oops.
Z kolei prawie na pewno nie będzie na liście Dereka i Dominosów, bo ta płyta poza kilkoma fajnymi kawałkami jest cholernie długa i nudna.
E no Zuj aż tak źle nie jest, może troszkę ma takie pop rockowe brzmienie chwilami, słabsza od Blind Faitha ale to nadal bardzo dobra płyta jednak. Rzeczywiście wywaliłbym z niej numer czy ze dwa ale myślę, że i tak jakieś punkty jej przyznam.
A co z Guru-Guru UFO?
No UFO musi być.
A co z Elektroniczną Medytacją Mandarynkowych Snów? Jak jest debiut Kraftwerka, to też powinno być.
A co z Elektroniczną Medytacją Mandarynkowych Snów? Jak jest debiut Kraftwerka, to też powinno być. Zdziwiłbym się, gdyby ktoś chciał to umieścić na swojej liście przy mocnym roczniku, ale pro forma w ramach poznawania dyskografii ważnych zespołów warto chyba i to przesłuchać. Zwłaszcza że obie pozycje są w sumie całkiem ok.
Mi się debiut Kraftwerka całkiem podoba, to jest takie krautowe-elektroniczne granie, trochę jak Srebrne Jabłka (wiem, że to nie kraut), raczej mało kojarzące się z Kraftwerkiem, pewnie nie zmieści się na liście, ale to jest całkiem dobry album. A Mandarynek szczerze to nie pamiętam, tylko przeglądając sobie bibliotekę, zauważyłem, że jest taka płyta, ale dawno nie słuchałem, bo jak wracałem do Mandaryn to do tych płyt co pamiętałem, że były fajne.
Debiut Mandarynek jest mocno chaotyczny. Chwilami słychać że król jest nagi. Płyta nie jest zła, ale jakąś szczególnie dobrą też bym jej nie nazwał. Prawdziwe delicje to dopiero następny album.
Mi się debiut Kraftwerka całkiem podoba, to jest takie krautowe-elektroniczne granie, trochę jak Srebrne Jabłka (wiem, że to nie kraut), raczej mało kojarzące się z Kraftwerkiem, pewnie nie zmieści się na liście, ale to jest całkiem dobry album. A Mandarynek szczerze to nie pamiętam, tylko przeglądając sobie bibliotekę, zauważyłem, że jest taka płyta, ale dawno nie słuchałem, bo jak wracałem do Mandaryn to do tych płyt co pamiętałem, że były fajne. Pamiętajmy również, że tak właściwie debiut Kraftwerka mamy na albumie z tego samego roku znanym jako Organisation Tone Float.
Pamiętajmy również, że tak właściwie debiut Kraftwerka mamy na albumie z tego samego roku znanym jako Organisation Tone Float.
Dziwne, folder z tym albumem miałem podpisany jako rok 1971, a same utwory jako 1969. Wychodzi na to, że rzeczywiście z 1970 jest 
Jack Bruce - Things We Like - Po Brusku z Maklafinem spodziewałem się czegoś ciekawszego. Brus na dabl bejsie brzmi tak średnio. Taki trochę free jazzowy przeciętniak, myślę że go inne jazzy wygryzą z mojej 30.
A co z Guru-Guru UFO? A pozwoliłem sobie o tym wspomnieć wcześniej. Tak samo jeszcze raz z rocznika polecam Dom - Edge of Time, aczkolwiek nie wiem czy komukolwiek załapie się to do 30-tki patrząc na listę. Trzeba będzie nadrobić trochę zaległości i może wreszcie uda mi się sklecić jakąś listę i przyłączyć do Was.
A co z Guru-Guru UFO? A pozwoliłem sobie o tym wspomnieć wcześniej. Tak samo jeszcze raz z rocznika polecam Dom - Edge of Time, aczkolwiek nie wiem czy komukolwiek załapie się to do 30-tki patrząc na listę. Trzeba będzie nadrobić trochę zaległości i może wreszcie uda mi się sklecić jakąś listę i przyłączyć do Was. Hotel Morrisona też się pewnie nie załapie, a jest na liście. Natomiast DOM i Guru-Guru to bardzo przyzwoity krautrock.
Can - Soundtracks Gdyby nie utwór Mother Sky z hipnotycznym rytmem powiedziałbym, że Soundtracks to dość nie canowa płyta. Ogólnie propozycja ciekawa będę jej pomagał w dostaniu się na jakieś dobre miejsce.
Can - Soundtracks Gdyby nie utwór Mother Sky z hipnotycznym rytmem powiedziałbym, że Soundtracks to dość nie canowa płyta. Ogólnie propozycja ciekawa będę jej pomagał w dostaniu się na jakieś dobre miejsce. Deadlock też jest jeszcze w miarę w ich stylu. Reszta - niekoniecznie. Lubię nawet ten album, ale obawiam się, że miejsca zabraknie.
A co z Guru-Guru UFO? A pozwoliłem sobie o tym wspomnieć wcześniej. Tak samo jeszcze raz z rocznika polecam Dom - Edge of Time, aczkolwiek nie wiem czy komukolwiek załapie się to do 30-tki patrząc na listę. Trzeba będzie nadrobić trochę zaległości i może wreszcie uda mi się sklecić jakąś listę i przyłączyć do Was. Hotel Morrisona też się pewnie nie załapie, a jest na liście. Natomiast DOM i Guru-Guru to bardzo przyzwoity krautrock. Nawet nie próbowałem temu przeczyć 
Dom to nie jest jednak 71? W sumie chyba tylko ProgArchives mówi, że to 70...
Nie jazzy
I
The Allman Brothers Band - Idlewild South
Świetna płyta. Rozumiem, że pewnie nie przedrze się na Wasze listy, ale i tak polecam, bo wspaniała to muzyka.
Amon Düül II - Yeti
Już większej klasyki w muzyce rockowej nie może być. Kto nie słyszał ten trąba.
Tim Buckley - Lorca Tim Buckley - Starsailor
Oba Buckleye pierwszorzędne. Sam wolę Lorcę bo ma lepszy klimat i nie ma tam kabaretowego grania, którego kompletnie nie rozumiem, ale Sprzedafca Gwiazd też jest superowy. Swoją drogą szkoda, że obie najlepsze swoje płyty nagrał w tym samym roku - moglibyśmy mieć więcej zabawy.
Captain Beefheart & The Magic Band - Lick My Decals Off, Baby
Taka trochę podróba Trout Mask Replica, ale i tak cudowna 
Caravan - If I Could Do It All Over Again, I'd Do It All Over You
Końcowa suita rewelacyjna, a to co wcześniej też ma swój urok. Dla Bardziej progowego słuchacza.
Crosby, Stills, Nash & Young - Déja vu
Tutaj jest trochę genialnych kawałków, a przy tym nie ma nic słabego. Chciałbym, żeby zmieściło mi się to na listę.
Demon Fuzz - Afreaka!
Bardzo interesujący album. Mnie nie do końca przekonuje, ale mówię Wam, że jest, bo na pewno płyta znajdzie admiratorów.
Funkadelic - Funkadelic Funkadelic - Free Your Mind... and Your Ass Will Follow
Dwie genialne płyty - pierwsza grana prawdopodobnie pod wpływem trawy, druga grana na 100% po LSD. Obie po prostu muszę mieć na liście. Muszem kurwam.
Peter Green - The End of the Game
Super przyjemny rock. Taki jakby Camel, ale bez tych elementów cukierkowych, co różne żuje nie lubią. Polecam.
dnia Pon 20:55, 13 Kwiecień 2015, w całości zmieniany 2 razy
Dom to nie jest jednak 71? W sumie chyba tylko ProgArchives mówi, że to 70... Cóż, na discogs patrzyłem teraz, to w ogóle różne daty podają. Nawet 1972. RYM faktycznie pisze o 1971, ale jakąś szwabską stronę znalazłem, która wskazuje właśnie 1970: http://www.krautrock-musikzirkus.de/de,Dom_68,N.html
Ja tam wolę trzymać się RYMa, chyba, że ten ewidentnie się myli. Tak jest po prostu łatwiej.
Z tym Niemenem to jest jednak śmiesznie, bo Bema pamięci żałobny rapsod, mimo całego patosu itd się całkiem broni, ale reszta utworów na Enigmaticu zajeżdża jeszcze takim ordynarnym big-beatem, próbują udawać, że tak nie jest, ale cholera jest...
Enigmatic trąci myszką jak nie wiem. Jest co na tej płycie docenić, bo była bardzo oryginalna (do dzisiaj jest) i bardzo nowoczesna, ale faktycznie ten big-bit cały czas gdzieś tam się czai. I jeszcze te Alibabki...
Dolaczam sie do polecen Buckley'a, obydwa albumy planuje zmiescic na liscie
Donald Byrd - Electric Byrd
Bardzo ładny album. Płynie sobie swobodnie bez żadnych szaleństw. Idealny do nocnej lektury. Chciałbym go w trzydziestce.
Bo Hansson - Sagan om ringen
Gratka dla fanów Popol Vuh. Kiedyś to nawet zrecenzowałem, poczytajcie - http://progrock.org.pl/teksty/item/1963-sagan-om-ringen
George Harrison - All Things Must Pass
Świetny album, choć może trochę za długi. Tak mogliby grać Beatlesi, gdyby tylko chcieli do końca zrzucić z siebie powłokę chłopaków z grzywkami. W dodatku na albumie znajdują się świetne, improwizowane numery grane przez Harrisona i zespół Derek and The Dominos.
Jimi Hendrix - Band of Gypsys
Klasyk jakich mało. Jimi w najlepszym mozliwym wydaniu!
John Lennon / Plastic Ono Band - John Lennon / Plastic Ono Band
Świetny, ascetyczny album, na którym Lennon - podobnie jak Harrison na All Things Must Pass - wreszcie zrzuca do końca głupkowatą maskę "chłopca z Liverpoolu".
Lucifer's Friend - Lucifer's Friend
Stylistyka hard rockowa nie cieszy się szczególnie wielkim uznaniem na naszym forum, ale to jest jeden z topowych albumów gatunku i warto wiedzieć co to jest. Poza tym mamy przecież takich użytkowników, którzy tego typu muzykę mogą jeść łyżkami, a dla nich to będzie rewelacja.
Mountain - Climbing!
Jak wyżej. W zasadzie mógłbym napisać wszystko to samo co o Lucifer's Friend, z tą tylko różnica, że Góra to amerykański zespół, więc gra nieco inaczej - ale też bardzo fajnie.
Nosferatu - Nosferatu
Wspaniała mieszanka krauta, głównego nurtu proga, hard rocka, bluesa i jazzu. Miejscami może trochę to infantylne, ale dla mnie i tak to jest album - diament.
Pan - Pan
Niesamowicie fajne rockowanie z Danii. Do trzydziestki raczej nie, ale posłuchać warto.
Popol Vuh - Affenstunde
Pierwszy Popół Wuj to jeszcze nie jest to, ale i tak bardzo jest to ładne. Poza tym warto znać ich w tej wczesnej, elektronicznej wersji.
Raw Material - Raw Material
Tak zwana "klasyka NKRu". Bardzo miły album, z wieloma naprawdę znakomitymi miejscami, chociaż moim zdaniem słucha się tego jednak bardziej żeby znać.
The Rolling Stones - 'Get Yer Ya-Ya's Out!': The Rolling Stones in Concert
Super koncert Stonesów. Z tych całkiem oficjalnych, które znam chyba najlepszy.
Spooky Tooth & Pierre Henry - Ceremony
O, a to jest mega ciekawa rzecz - zespół blues rockowy, który gra swoje piosenki, a jednocześnie spec od muzyki konkretnej odpala jakieś młoto-wiertarki, stuka, puka i piłuje. Fajnie się tego słucha i jest naprawdę nietypowe.
The Stooges - Fun House
Najlepsza ich płyta. Wspaniały, luzacki, brudny rock wzbogacony o elementy hardego free jazzu.
T2 - It'll All Work Out in Boomland
Jedna z podstawowych płyt heavy proga. Kapitalna! Gdyby nie taki sobie wokal byłoby naprawdę mega. Bardzo przystępne granie, a przy tym naprawdę ambitne.
Traffic - John Barleycorn Must Die
To nie jest moja ulubiona płyta Traffic, ale jest ze wszystkich najbardziej znana. Nie wypada tego nie kojarzyć.
UFO - UFO 1
Jedna z pierwszych płyt stoner rockowych. Połączenie bardzo fajnego hard rockowania z rockiem kosmicznym. Piękna sprawa.
The Who - Live at Leeds
Jeżeli warto znać cokolwiek od The Who, to właśnie ten album. Prosty, bezpretensjonalny, nośny blues rock.
Neil Young - After the Gold Rush
Jedna z najsłynniejszych płyt Younga. Lepsza niż poprzednia, pytanie tylko czy wystarczająco dobra, żeby przebic sie w tak mocnym roczniku.
dnia Czw 10:19, 05 Luty 2015, w całości zmieniany 2 razy
Caravan - If I Could Do It All Over Again, I'd Do It All Over You.
Końcowa suita rewelacyjna, a to co wcześniej też ma swój urok. Dla Bardziej progowego słuchacza. Colosseum - Daughter of Time
Ostatnia dobra studyjna płyta Colosseum. Bardzo fajna rzecz, posłuchajcie se. Słuchałem ostatnio zaraz po Caravanie i mam mieszane uczucia. Przede wszystkim Caravan wydał mi się lepszy. Po drugie, to wcielenie Colosseum wydaje mi się dużo gorsze od poprzedniego. Przede wszystkim mam wrażenie, że zespół mocniej podążył w kierunku mainstreamowego proga, dlatego jazzowo-bluesowych korzeni słychać tu mniej, natomiast wychodzi brzmi to, jak coś pomiędzy Deep Purple a King Crimson (oczywiście ten w bardziej lightowej, rockowej formule). Nowy wokalista trochę mi się kojarzy z różnymi takimi, co mieli dużą skalę i o smokach śpiewali. Z drugiej strony aż tak źle nie jest, bo po przesłuchaniu In Rock Purpli, jak na razie Colos zrobił na mnie lepsze wrażenie.
No właśnie, zauważyłem dziwną rzecz, iż Wykuci w skale zupełnie nie robią na mnie dziś wrażenia. Stwierdziłem wręcz, że gdyby usunąć z tej płyty Child in Time, który jak wiemy jest wariacją na temat It's A Beatiful Day, który sam był wariacją, tyle że bardziej twórczą, na temat jakiegoś jazzu, to tam nie ma żadnych naprawdę dobrych kompozycji. Siła tego albumu polega właściwie na trzech rzeczach - hałaśliwych zagrywkach Blackmore'a, powplatanych gdzie się da orientalnych motywach Lorda i wrzaskach Gillana. To czyni Purpli oryginalnym zjawiskiem, natomiast nie zmienia to faktu, że to wszystko oparte jest na jakimś dość prymitywnym rock'n'rollu, który jak dla mnie w ogóle nie ma startu do splagiowanych, ale jednak znacznie bardziej finezyjnych kompozycji LZ. Co więcej, zaczynam rozumieć, dlaczego fani uznają Perfect Strangers za powrót zespołu do dawnej formy. Mają prawo tak uważać, bo kompozycyjnie większość utworów nie jest lepsza. In Rock ma po prostu dużo fajniejsze brzmienie.
Generalnie zaczynam skłaniać się do twierdzenia, że hard rock to uwsteczniony acid rock.
Atomic Rooster - Death Walks Behind You - Jedna z najlepszych rockowych płyt tego rocznika.
Kiedyś jeździłem po Caravanie, że najmniej ciekawy z Canterbury. Natomiast ostatnio tego słuchałem i to naprawdę dobre jest. Taki całekiem wysokiej próby prog, do którego właściwie nie ma się za co przyczepić. No i warto wspomnieć, że w przeciwieństwie do debiutu Egg, gdzie też są przecież fajne rzeczy, nikt tu nie morduje Bacha i generalnie cała muzyka daleka jest od podobnych pomysłów. Colosseum słuchałem ostatnio zaraz po Caravanie i mam mieszane uczucia. Przede wszystkim Caravan wydał mi się lepszy. Po drugie, to wcielenie Colosseum wydaje mi się dużo gorsze od poprzedniego. No właśnie, zauważyłem dziwną rzecz, iż Wykuci w skale zupełnie nie robią na mnie dziś wrażenia. Stwierdziłem wręcz, że gdyby usunąć z tej płyty Child in Time, który jak wiemy jest wariacją na temat It's A Beatiful Day, który sam był wariacją, tyle że bardziej twórczą, na temat jakiegoś jazzu, to tam nie ma żadnych naprawdę dobrych kompozycji. Siła tego albumu polega właściwie na trzech rzeczach - hałaśliwych zagrywkach Blackmore'a, powplatanych gdzie się da orientalnych motywach Lorda i wrzaskach Gillana. To czyni Purpli oryginalnym zjawiskiem, natomiast nie zmienia to faktu, że to wszystko oparte jest na jakimś dość prymitywnym rock'n'rollu
No bo Purple to jednak najmniej ciekawy zespół z wielkiej trójki hard rocka, ale też nie ma co przesadzać. Moim zdaniem kompozycje na In Rock są dobre, a bardzo przyjemna aranżacja sprawia, że płyty słucha się wspaniale. Inna sprawa czy jest to na tyle dobry album, żeby brać go pod uwagę w roczniku, w którym świetnych płyt jest na kopy. U mnie w trzydziestce raczej go nie będzie, ale jak będę sobie układał pięćdziesiątkę rocznika na RYM miejsce dla In Rock się znajdzie.
Bo Hansson - Sagan om ringen
Gratka dla fanów Popol Vuh. Kiedyś to nawet zrecenzowałem, poczytajcie - http://progrock.org.pl/teksty/item/1963-sagan-om-ringen
Wyhaczyłem ten album na liście NKRów, którą zapostowałeś gdzieś na forum. Zainteresował mnie tytuł, spodziewałem się czegoś kiczowatego nadającego się do tego, żeby się z tego pośmiać ze znajomymi, a tu niespodzianka, zamiast Blind Guardian mamy Popol Vuh. Wspaniała rzecz, mocny kandydat do trzydziestki.
Kiedyś jeździłem po Caravanie, że najmniej ciekawy z Canterbury. Natomiast ostatnio tego słuchałem i to naprawdę dobre jest. Taki całekiem wysokiej próby prog, do którego właściwie nie ma się za co przyczepić.
Przepowiadałem Ci od dawna, że w końcu ich załapiesz. Bardzo fajna, lekka muzyka. Może nic wybitnego tam nie ma, ale jest bardzo porządnie.
No bo debiut Egg to jeszcze nie jest album, który robiłby jakieś wielkie wrażenie. Dobry prog, w którym są świetne momenty, ale są również okropne.
Debiut Egg o tyle się przydaje, że jest dobrym materiałem porównawczym do Caravan, podczas gdy kolejne płyty, to jest zupełnie coś innego i trudno by było to sensownie zestawić. Kiedyś twierdziłem, że o słabości Caravan świadczy przede wszystkim to, że lightowe utwory tych zespołów, które poszły potem bardziej w kierunku awangardy potrafią być i tak lepsze od ich odpowiedników na płytach Caravan. I twierdzę, że coś w tym jest, bo przecież to: https://www.youtube.com/watch?v=m8mjkzGHwZ8 , choć przecież w sumie proste i melodyjne jest dużo zacniejsze od tego: https://www.youtube.com/watch?v=743WvX97UYw
Ale na Zielonej Płycie akurat tak nijakich pioseneczek właściwie nie ma.
Atomic Rooster - Death Walks Behind You - Jedna z najlepszych rockowych płyt tego rocznika. Podchodziłem kiedyś tego albumu z pozytywnym nastawieniem, ale pamiętam tylko tytułowy kawałek, który jest spoko, a resztę odebrałem jako nudy.
Słuchałem Nucleusa i Santany. Santana jakoś mnie nie przekonuje swoim stylem gry. Na razie tylko do płyty Caravanserai czasami powracam. Z Abraxasem jeszcze się popróbuje, ale pewnie nie wejdzie do trzydziestki.
Nucleus wydał mi się zbyt przystępny i zbyt łatwy (nawet jak na mnie), ale i tak ciekawszy niż Abraxas, ma większe szanse.
Władca Pierścieni a'la Popol Vuh - ciekawe, ale wiszące gdzieś pomiędzy tą właśnie muzyką medytacją a muzyką tła, na razie trochę mnie znudziła ta płyta, ale zobaczymy.
Neil Young - no cóż, gdy pierwszy raz usłyszałem ten album to sobie pomyślałem "Co to za gówno?!" a jak potem zobaczyłem jak to oceniacie na RYMie to pomyślałem, że was pojebało i że ogólnie jakieś zbiorowe omamy słuchowe itd. Posłuchałem jeszcze drugi raz dla pewności i... potem trzeci raz. Dosyć wpadło w ucho. Jednak nie wydaje mi się, żeby ta płyta miała większą wartość niż wpadanie w ucho. Neil Young jak już zdążyłem zauważyć jest 100 razy lepszy gitarzystą niż wokalistą, a tu postanawia sobie nagrać płytę wypchaną, coby nie skłamać, raczej pop-balladami niż o odcieniu country-folkowym (nie jest on tak widoczny), gdzie jego partia jako gitarzysty ogranicza się do gitary rytmicznej. Jak już mówiłem spodobał mi się nawet ten album na zasadzie wpadania w ucho, ale traktuję to jako "guilty pleasure" i nie dopuszczę do swej trzydziestki, ani nawet nie puszczę koledze, bo jeszcze pomyśli, że jestem gejem i zaraz zechcę mu wyznać miłość. 
Jeśli chodzi o święta trójcę hard rocka. to ja raczej będę chciał upchać Deep Purple i Black Sabbath a wywalić LZ, bo III jak kiedyś mi się już znudziła, to nigdy potem mi się nie odnudziła. Natomiast In Rock zacząłem bardziej doceniać, zresztą dla mnie głównym utworem nie jest tam Child in Time, tylko Speed King, ikoniczny kawałek dla hałaśliwego hard rocka.
Odświeżyłem sobie album Taste - On The Boards. Bardzo fajny album "zwykło-rockowy", zróżnicowany stylistycznie (jest nawet jeden jazz-rock) i nastrojowo, bez jakichś większych wad. Chociaż jest bardzo fajny, to raczej nic poza tym.
nawet nie puszczę koledze, bo jeszcze pomyśli, że jestem gejem Lata siedemdziesiąte to moja ulubiona muzyczna dekada. Jest na to wiele dowodów m.in. właśnie opisywany przeze mnie album "Deep Purple In Rock"
Płytę rozpoczyna utwór "Speed King". Jest to niesamowite i hałaśliwe dzieło hard rocka. Rozpoczyna się szybkim, cholernie hałaśliwym riffem gitarowy. Po prostu niesamowite. Później usłyszymy dziki wokal Iana Gillana, który sprawia że bardziej lubię ten utwór. Czysty hit. 10/10 - Nic dodać, nic ująć.
Następnie czeka nas "Bloodsucker". Po raz kolejny rozpoczyna się gitarą, ale już zdecydowanie mniej dziką i hałaśliwą niż w Królu Szybkości. I tu będzie drugie 10/10.
"Child In Time" - Jeden z hymnów rocka. Niewątpliwie na to zasługuje. Świetny wokal, tekst, solo i w ogóle to jest czyste z krwi i kości arcydzieło - 10/10.
"Flight Of The Rat" to następny genialny kawałek. Już czwarty na tej płycie zresztą. Rozpoczyna się gitarą, potem dochodzi do tego perkusja itd. Perełka. 10/10.
Następny utwór to "Into The Fire". I tu muszę pochwalić świetny wokal Gillana, ale muzyka również jest niczego sobie. Jak na razie cały czas 10/10. Tym razem też.
Następnie mamy "Living Wreck". Nie zasługuje to na taką pochwałę, ale mimo wszystko trzyma poziom. 9.5/10 - to najwięcej ile mogę dać.
Ostatni utwór to "Hard Lovin' Man". Jest wyjątkowo energiczny. To mi się najbardziej podoba w Deep Purple. Gitara robi swoje, przyjemnie się słucha. 10/10
Podsumowując cały ten album jest to istny geniusz, ambrozja, poemat. To tylko 3 słowa mówiące o tym albumie. Chociaż w jednym kawałku mieliśmy 9.5 to nie przeszkadza to mimo wszystko. 10/10 - Skała Jest Wszechpotężna !
Nie wiem jak wam, ale mi ta recenzja dala do myslenia
Ravi Shankar - At the Woodstock Festival - Sitar robi swoje. Aż tak, że niektóre momenty sprawiają wrażenie popisywania się. Rzecz podejrzewam wpływowa, choć pewnie mniej niż wcześniejsze At the Monterey International Pop Festival, z 1967 roku (w głosowaniu na album rocznika pominięty). No i w trzecim utworze Shankar wygrywa Oto jest dzień 
Z pierwszych mocnych rzeczy co nie znałem: Blue Effect & Jazz Q Praha - Coniunctio
O kurwa, dobre to jak nie wiem, raz granie takie jak Zorn grał 20 lat później tylko lepsze, ekstremalny nakurw i totalny rozpierdol free jazzowych wymiataczy z pierdolnięciem większym niż u jakichkolwiek metalóf, a innym razem po prostu super fusionowe free granie, jedna z lepszych free-jazzowych płyt jakie słyszałem.
Art Ensemble of Chicago - Les stances a Sophie
Nie tak dobre jak Modry Efekt, ale też wspaniały album, jak na razie te płyty chyba będą się bić z Hutchersonem o podium, bo na razie mimo wszystko 1 mam zarezerwowane dla klasyga klasygów, więc w pierwszej 3 są 2 miejsca.
Bo Hansson - Sagan om ringen. Fajne to. Tak sobie płynie ta płyta przez me trzewia. Bardzo delikatne dla ucha, w sam raz na drugi plan.
Nikt nie pisze o debiucie Gentle Giant, a to przecież też mocna pozycja tego rocznika. Do mojej 30tki na pewno się zmieści.
O Magmie pewno nie trzeba przypominać....
Ponty grający Zappę to też zacna płyta. Warto znać - zwłaszcza fanatycy Franka.
McCoy Tyner - Expansions. Tyner to genialny klawiszowiec. Owa płyta jest trochę jak dla mnie na modłę Jazz Messengers Blakeya. Kawał dobrego jazzu
Z Zappy mi się na pewno Frank Zappa - Burnt Weeny Sandwich do 30tki zmieści. Bardzo lubię klimat płyt pierwszych Matek. Solo z Theme From Burnt Weeny Sandwich majstersztyk 
Nikt nie pisze o debiucie Gentle Giant, a to przecież też mocna pozycja tego rocznika. Do mojej 30tki na pewno się zmieści.
U mnie gigant pewnie się załapie myślę na jakieś punkty, ale jeszcze za wcześnie żeby oszacować coś dokładniej, bo masę płyt przede mną.
Dziś łyknąłem Colosseum - Daughter of Time, bardzo przyzwoity album, będę go chciał też zapunktować ale się zobaczy. Na Rym jest jeszcze The Grass Is Greener z 1970 ta płyta została celowo pominięta na liście, zapomniana, czy po prostu jest tak słaba?
A teraz zobaczyłem to jest jakiś składak, ten The Grass Is Greener?
Spejses Coryell'a to rok 69. Tak przynajmniej pisze na odwrocie płyty i tak podaje większość stron 
Na Rym jest jeszcze The Grass Is Greener z 1970 ta płyta została celowo pominięta na liście, zapomniana, czy po prostu jest tak słaba? Spejses Coryell'a to rok 69. Tak przynajmniej pisze na odwrocie płyty i tak podaje większość stron
69 to z całą pewnością data nagrania, natomiast data wydanie to chyba 1970. Zresztą i tak w plebiscycie 69 już na to nie zagłosujemy, więc niech zostanie.
dnia Czw 22:37, 05 Luty 2015, w całości zmieniany 1 raz
Dzięki za wyjaśnienie, taka ciekawostka historyczna. Właśnie po chwili się pokapowałem, że część numerów jest tych samych, potem patrze jednak nie wszystkie. Ale Daughter of Time jest bardzo fajna polecam wszystkim którzy nie słyszeli jeszcze.
Jak się panowie zapatrują na Desertshore?
Jak się panowie zapatrują na Desertshore?
Fajna płyta, na pewno jeszcze ją sobie odświeżę. Póki co nie ma jej w gronie sześćdziesięciu paru, które biorę pod uwagę w kontekście swej listy.
Lucifer's Friend - Lucifer's Friend
Stylistyka hard rockowa nie cieszy się szczególnie wielkim uznaniem na naszym forum, ale to jest jeden z topowych albumów gatunku i warto wiedzieć co to jest. Poza tym mamy przecież takich użytkowników, którzy tego typu muzykę mogą jeść łyżkami, a dla nich to będzie rewelacja.
Mountain - Climbing!
Jak wyżej. W zasadzie mógłbym napisać wszystko to samo co o Lucifer's Friend, z tą tylko różnica, że Góra to amerykański zespół, więc gra nieco inaczej - ale też bardzo fajnie.
Zarówno Lucifer jak i Climbing! to mocne hard rockowe pozycje, których zresztą nie brakuje w roczniku. Mountain znałem wcześniej, ale Lucifera łykłem dopiero z twojego polecenia. Powiem szczerze, że po tym co napisałeś spodziewałem się więcej. Płyta jest rzeczywiście bardzo dobra ale nie rewelacyjna. Powinna mieć u mnie jakieś szanse na 30.
Ze stylistyki hard rockowej mamy w roczniku jeszcze debiut Cactusa, Cactus . Według mnie jest to pozycja słabsza od dwóch wspomnianych wyżej albumów i jak komuś nie starczy czasu może sobie bez wyrzutów sumienia ten album pominąć.
jak komuś nie starczy czasu może sobie bez wyrzutów sumienia ten album pominąć.
Mam jednak nadzieję, że większości z Was wystarczy czasu na przemyślane zapoznanie się z większością listy - a najlepiej z całością. Znajomość kontekstu pozwala należycie ocenić - i docenić (albo wręcz przeciwnie) wiele płyt.
dnia Czw 23:31, 05 Luty 2015, w całości zmieniany 2 razy
Jak się panowie zapatrują na Desertshore? Z tego, co pamiętam, fajna to płyta, bo Nico poniżej pewnego poziomu nigdy nie schodziła, ale ciężko raczej będzie ją zmieścić do 30-stki
The Rolling Stones - 'Get Yer Ya-Ya's Out!': The Rolling Stones in Concert
Super koncert Stonesów. Z tych całkiem oficjalnych, które znam chyba najlepszy.
Rzeczywiście 'Get Yer Ya-Ya's Out! to wyśmienity koncert i u mnie bankowo w 30. Moim zdaniem minimalnie lepszy jest The Brussels Affair z 1973 roku, ma bardziej rozwiniętą track listę. I Mick Taylor dograł się z resztą zespołu i złapał świetny feeling.
U Ciebie jak widzę wszystko jest "bankowo w trzydziestce" A Brussels Affair jednak wolę znacznie, tylko, że on w 73 to był bootlegiem. Wydano go oficjalnie (?) chyba już w XXI wieku.
dnia Czw 23:53, 05 Luty 2015, w całości zmieniany 1 raz
U Ciebie jak widzę wszystko jest "bankowo w trzydziestce" A Brussels Affair jednak wolę znacznie, tylko, że on w 73 to był bootlegiem. Wydano go oficjalnie (?) chyba już w XXI wieku.
No narazie tak Potem zacznę odrzucać Powodem jest to że tyle świetnych płyt jest i ciężko mi wywalić te które od dawna lubię. A ciągle poznaję coś nowego fajnego. Może zrobimy 50:P
Tak Brussels Affair został wydany bodajże w 2011 roku.
Jak się panowie zapatrują na Desertshore?
Biorę Nico pod uwagę, bo to piękny album, ale jeśli poznam przynajmniej 10 lepszych albumów to będzie bez szans, a coś czuję, że poznam sporo więcej sporo lepszych.
Jak się panowie zapatrują na Desertshore?
Płyta nie jest zła, ale do The Marble Index jej daleko. Brak jej tego hipnotycznego klimatu, który ogarnął mnie od pierwszego przesłuchania TMI. Osobiście nie przewiduję jej w 30. Niestety u mnie się urodą nie zwycięża.
Raczej nie na listę, ale fajne
Amon Düül - Paradieswärts Düül
Pierwszy AD to zespół absolutnie amatorski, ale pomysłowy. Tutaj obok rzępolenia znajdują się także świetne, transowe motywy. Poznałem tą płytę stosunkowo niedawno, w ogóle zacząłem słuchać jej z braku laku i okazało się, że jest naprawdę spoko - choć nie cała.
Atomic Rooster - Death Walks Behind You
Klasyka heavy proga. Niby fajna, ale trochę jednak nudna. Niemniej jednak słuchając tego niedawno odniosłem znacznie lepsze wrażenia niż przed laty, możliwe więc, że jak się posłucha tego więcej zaczyna się naprawdę podobać.
The Beatles - Let It Be
Bardzo miły, melodyjny pop. Może i nie jest to muzyka o wielkich ambicjach, ale jest naprawdę fajna.
Black Widow - Sacrifice
Kolejny, klasyczny heavy prog. Naprawdę niezły, chociaż żadne to mecyje. Ale co by nie mówić trudno, żeby ktoś kto słucha proga (nie tylko avant-proga) tego nie znał.
Brainticket - Cottonwoodhill
A tutaj mamy bardzo interesujący kraut. Nie wybitny, ale w sumie dość wysokiej próby.
Pete Brown & Piblokto! - Things May Come and Things May Go, But the Art School Dance Goes on for Ever
Uff... Dłużej się tego nie dało nazwać. Mamy tutaj blues rock, w którym jest trochę jazzu i może trochę proga (choć niewiele). Fajna płyta, chociaż, jak w tytule tego wpisu - za słabe to na trzydziestkę.
Vashti Bunyan - Just Another Diamond Day
Bardzo ciekawy, brytyjski folk. Barwny, feeryczny i naprawdę przyjemny.
Burnin Red Ivanhoe - Burnin Red Ivanhoe
Kolejna fajna ich płyta. Niby nic tam takiego nie ma, ale mi się podoba. Mieli takie fajne, luźne podejście do proga.
Philip Cohran and the Artistic Heritage Ensemble - The Malcolm X Memorial
A to jest naprawdę dobry avant-jazz. Możliwe, że ktoś jednak na to zagłosuje, ja tego nie zrobię, bo czegoś mi tutaj brak.
Wolfgang Dauner - Output
Dosyć trudna muzyka, bo to połączenie awangardy jazzowej z awangardą elektroniczną, więc nie każdemu się to spodoba, ale myślę sobie, że album jest na tyle dobry, że komuś na listę powinien wejść.
Willie Dixon - I Am the Blues
Facet, który maczał palce w chyba wszystkich bluesowych standardach gra je osobiście. Bardzo polecam, zwłaszcza jeżeli ktoś nie ma awersji do bluesa. Poważna to sprawa!
East of Eden - Snafu
Płyta gorsza od poprzedniej, ale nadal dobra, nadal znana i warto ją poznać. Cudów nie ma, ale słabo absolutnie nie jest.
Jimi Hendrix - Band of Gypsys
Klasyk jakich mało. Jimi w najlepszym mozliwym wydaniu!
Chyba nie muszę mówić kapitanie gdzie ten jeden z najlepszych koncertów rockowych się znajdzie bankowo 
Savoy Brown - Raw Sienna takie sobie w sumie niezłe blues rockowe granie z domieszką jazz rocka i smyczków w znikomej ilości. Raczej Savoy jednak rocznika nie zawojuje.
Robert Wyatt - The End of an Ear
Free-jazz-rockowy Wyatt jest cudowny, chociaż jest to muzyka raczej dla hardego słuchacza.
Może i dla hardego, ale mnie lepiej i przyjemniej się tego słucha niż jego drugiego albumu, który jest łatwiejszy.
Blue Effect & Jazz Q Praha - Coniunctio. Soft Maszyny i Krymzony mają naprawdę silną konkurencję. Różne do tej pory spotykałem pomysły na połączenie rocka i jazzu, ale czegoś podobnego nie kojarzę. Najczęściej jazz-rock jest połączeniem mniej ambitnego jazzu i bardziej ambitnego rocka progresywnego. Tu mamy natomiast toporne rockowe riffy i hippisowskie fujarki składające się na free-jazzowe szaleństwo. Czyli dokładną odwrotność standardowego podejścia do tematu.
Plyta Caravana z 1970 jest ewidentnie ich najlepszym dziełem, Janusze zawsze będą się jarać następnym, bo Caravan tam popełnił sporo grzechów które dla januszy są zaletami, po prostu hardo spopowiał. Debiut z kolei nie robił większego wrażenia, a If I Could Do It All Over Again jest naprawdę dobry, oczywiście nie jest to poziom Soft Machine, ale już na przykład z The Least... Generatora może konkurować.
Albert Heath - Kawaida
Spirytualne murzyny. Bardzo fajny avant, na maksa murzyński. Dobry skład (min. Don Cherry i Herbie Hancock). Wszystkim jazzowcom polecam!
Frank Wright - Uhuru Na Umoja
Fajne, coltrejnowskie free, przy czym niestety ani Frank Wright nie jest Coltranem, ani Noah Howard nie jest Sandersem. Ale w sumie dobre jest to granie.
dnia Sob 22:29, 07 Luty 2015, w całości zmieniany 1 raz
Kurde, na liście propozycji mamy w tej chwili 170 płyt, z których warto znać wszystkie co do jednej, bo to nawet nie są wszystkie godne polecenia albumy z rocznika jakie znam - starałem się nie wrzucać tam wszystkiego dobrego jak leci. Biorąc pod uwagę, że jeszcze trochę płyt planuję poznać myślę, że lista ta może finalnie dobić nawet do 200 pozycji - przy czym to raczej jest max, bardziej realna wydaje mi się liczba 180. Wyjątkowo bogata była scena muzyczna tamtych czasów...
Do maja sporo czasu, tylko trzeba systematycznie ogarniać sobie. Wystarczy 1 - 2 płyty dziennie.
rok 69-71 owocował wieloma wspaniałymi debiutami oraz genialnymi tworami już istniejących twórców na rynku, więc jest w czym wybierać 
Kurde, na liście propozycji mamy w tej chwili 170 płyt, z których warto znać wszystkie co do jednej, bo to nawet nie są wszystkie godne polecenia albumy z rocznika jakie znam - starałem się nie wrzucać tam wszystkiego dobrego jak leci. Biorąc pod uwagę, że jeszcze trochę płyt planuję poznać myślę, że lista ta może finalnie dobić nawet do 200 pozycji - przy czym to raczej jest max, bardziej realna wydaje mi się liczba 180. Wyjątkowo bogata była scena muzyczna tamtych czasów... Szczerze mówiąc podchodzę do Twojej listy z przymrużeniem oka widząc, że nie ma na niej takich rzeczy jak Afrykański Papierowy Ptak Garbarka 
Będzie jak tylko go dosłucham. Mam już na playliście. Ale zasadniczo wszystko to, co jest wpisane warto poznać. Oczywiście, dobrze wcześniej dowiedzieć się co to jest, bo nie ma sensu, żeby ktoś, kogo nudzi Deep Purple przesłuchiwał mniej znane płyty hard rockowe, ale zasadniczo jest tam prawie wszystko co trzeba i nie ma niemal niczego co nie trzeba.
Będzie jak tylko go dosłucham. Mam już na playliście. Ale zasadniczo wszystko to, co jest wpisane warto poznać. Oczywiście, dobrze wcześniej dowiedzieć się co to jest, bo nie ma sensu, żeby ktoś, kogo nudzi Deep Purple przesłuchiwał mniej znane płyty hard rockowe, ale zasadniczo jest tam prawie wszystko co trzeba i nie ma niemal niczego co nie trzeba. Pewnie tak. Ale na pewno są rodzynki, których nie znasz i szkoda byłoby to przegapić (jak Russell rok wcześniej, albo Tchicai, którego chyba do tej pory nie przesłuchałeś/doceniłeś ). Jeśli będziemy traktować tą listę jak wyrocznię, to podobnych rzeczy nie wygrzebiemy z tej otchłani. Już przy poprzednim roczniku sporo rzeczy nie przesłuchałem z listy propozycji (myślę, że przynajmniej 1/3), a poznawałem z kolei płyty, które były dla mnie ciekawsze i na niej nie były. Na pewno mi się ona przyda i w miarę możliwości chciałbym poznać z niej jak najwięcej, ale fizycznie jest to niemożliwe, bo jest tego za dużo, a i moje zapędy poszukiwawcze mi na to nie pozwolą (nie mam problemów z tym, że nie znam podstaw ceniąc jednocześnie płyty, które są niemal nieznane)
Znam Tchicaia od lat. Ten jego album nie zrobił na mnie jakiegoś wielkiego wrażenia. Takie free, w sumie fajne, ale bez fajerwerków. A Russell przecież był na liście ostatnio 
EDIT:
Jan Garbarek - Afric Pepperbird
Miła muzyka. Jest etnicznie, jest awangardowo, nie jest nudno ani gejowo - jak to często bywa u Garbarka - i faktycznie można tego posłuchać, ale raczej nie jest to płyta na trzydziestkę. U mnie to jest przełom pierwszej i drugiej setki.
dnia Nie 16:33, 08 Luty 2015, w całości zmieniany 1 raz
A Russell przecież był na liście ostatnio 
aaa to przepraszam
Ornette Coleman - The Art of the Improvisers
Czy Ornette mógłby nagrać słabą pytę? 
Jak na Colemana jest to dosyć łagodna muzyka, ale na pawdę kapitalna. Oj, chyba przemebluje mi się wstępna trzydziestka!
A dwie płyty Grateful Dead z 1970? Rewolucji nie ma ale je lubię. Myślę, że warto je znać.
Moim zdaniem są dosyć nudne. To zupełnie nie jest to jazzujące DG c jeszcze rok wcześniej.
O co biega z tym debiutem Egg? Na RYMie widzę, że wszyscy oceniają go całkiem nieźle, a dziś go słuchałem i masakra to jakaś, brzmiało to tylko trochę lepiej niż Emerson, Lake i Palmer, w sensie brzmienie bylo równie kiczowate, ale muza była nieco mniej pretensjonalna. Tak się pytam tylko, co w tym słyszycie konkretnego, bo ja tej płyty wcale a wcale nie czaję, i nawet nie mam ochoty, by słuchać jej milion razy, co by za którymś razem stwierdzić, że jest ok.
Nie brzmi wcale jak ELP, w sensie, że akurat brzmienie jest tam totalnie inne. Poza tym jest to fajny, klasyczny prog z ciekawymi, licznymi elementami jazzowymi i generalnie całkiem rozsądnymi wycieczkami w stronę muzyki klasycznej, przy czym jest na płycie kilka bardzo kiepskich momentów (tratowanie Bacha), dlatego daleki jestem od piania nad nią z zachwytu.
A słuchać jej milion razy nie warto bo to najsłabsza płyta Egg. Jak posłuchasz kolejnych (w 71 będzie Polite Force, który jest genialnym albumem, chociaż trzeba się porządnie w to wsłuchać) to potem sobie wrócisz do debiutu, bo to co by nie mówić naprawdę dobra rzecz, i pewnie inaczej go odbierzesz.
Transition Coletrane'a- generalnie spoko album, tylko zarówno na tle płyt z końca żywota Johna, jak i na tle rocznika wypada średnio, nawet w porównaniu z płytami Coltrane'a z pierwszej połowy lat 60' (którą chyba w gruncie rzeczy Transition jest, bo z tego co widzę nagrana w 1965) też nie wypada jakoś rewelacyjnie, prawdopodobnie nie zmieści się w 30, bo poniżej pewnego poziomu John nie schodził, ale wydaję mi się, że tym razem nie bez powodu wydano ten album dopiero po jego śmierci.
Nie brzmi wcale jak ELP, w sensie, że akurat brzmienie jest tam totalnie inne. Poza tym jest to fajny, klasyczny prog z ciekawymi, licznymi elementami jazzowymi i generalnie całkiem rozsądnymi wycieczkami w stronę muzyki klasycznej, przy czym jest na płycie kilka bardzo kiepskich momentów (tratowanie Bacha), dlatego daleki jestem od piania nad nią z zachwytu.
A słuchać jej milion razy nie warto bo to najsłabsza płyta Egg. Jak posłuchasz kolejnych (w 71 będzie Polite Force, który jest genialnym albumem, chociaż trzeba się porządnie w to wsłuchać) to potem sobie wrócisz do debiutu, bo to co by nie mówić naprawdę dobra rzecz, i pewnie inaczej go odbierzesz.
Ale jakby nie patrzeć chłopaki z Egga prawie to samo grali na Arzachelu, a nikt się tam nie czepia tej organowej partii. W sensie - niby trochę mniej rozwlekle, ale jednak myśl była ta sama. Dobra, na Arzachelu było skromniej i mniej wkurwiająco, ale jednak.
dnia Nie 22:52, 08 Luty 2015, w całości zmieniany 1 raz
Mi tam Egg w ogóle się nie kojarzy z Arzachelem. Tu jest prog z dużą ilością jazzu i klasyką, tam była psychodela odwołująca się do bluesa, plus jakieś wycieczki w kierunku muzyki kościelnej. Zupełnie jest to inne według mnie.
Nie wiem, mi się z jakiegoś powodu to kojarzy z jednym z utworów z Arzachela.
Albert Mangelsdorff - Never Let It End

Miejscami brzmi prawie jak Astigmatic, albo jak Stańko z najlepszych lat.
Mangelsdorffa znałem dotąd z płyty nagranej wespół z Pastoriusem i Mouzonem Alfonsem, świetnej zresztą, więc postanowiłem posłuchać teraz solowej płyty jego i wrażenia moje są wspaniałe. Doskonały, europejski jazz, czasami bardziej free, czasami prawie że cool, na bardzo wysokim poziomie, przy tym dosyć przystępny i niezbyt radykalny. Nie wiem czy to nie jest póki co największe moje odkrycie tego rocznika.
EDIT: Poza tym, o czym nie wiedziałem, każdy na tym forum słyszał już Mangelsdorffa, bo grał na Eternal Rhythm Dona Wisienki.
Baroque Jazz Trio - Baroque Jazz Trio
Avant jazz / rock psychodeliczny na modłę hinduską, grany na smykach i klawesynie. Urocza ciekawostka, żwycem wyjęta z roku 1967
dnia Pon 18:30, 09 Luty 2015, w całości zmieniany 3 razy
Egg to po prostu zespół sceny Canterbury. Gdy gra lekkie utwory, jak na debiucie, brzmią one podobnie do lżejszych przestawicieli tej sceny, typu Caravan. Ma charakterystyczne "pastelowe" brzmienie i lekko jazzujące tempo wyczuwalne nawet w najprostszych kompozycjach. Nijak się ma do dość typowego, choć bardzo dobrego przedstawiciela rocka psychodelicznego - Arzachela - który w sumie stosuje przecież patenty obecne w muzyce innych przedstawicieli gatunku, jak Music Emporium, Cream, the USA, P.H. Lovecraft czy wczesny Pink Floyd. Kościelne brzmienia organów na debiucie Egg nijak również się mają do brzmienia syntezatorów Emersona, styl gry również nie ma z tym nic wspólnego.
Ta fuga i inne granie "muzyki poważnej" jest żałosne, pewnie jest to ulubiony element tej płyty typowego Janusza proga (na tyle obeznanego, by znać Egg, ale dziś to już dosyć znany w światku band), idealnie wpisuje się w to co Janusze lubią. Płyta jest po prostu cholernie nierówna, jest tam trochę fajnych rzeczy, ale w całości fragmenty które po prostu ma się ochotę przewinąć, ale nie robi się tego tylko dlatego, że nie wie się o ile, jednak trochę podkopują jej pozycję, ostatecznie będzie u mnie gdzieś daleko. Na dwóch następnych płytach Egg tego nie ma, co tylko powiększa stopień rozczarowania debiutem.
A mi debiut się nawet spodobał, takie 6.5-7/10. Przerabianie Bacha rzeczywiście niezbyt ciekawe, ale album ma sporo dobrych momentów przywodzących na myśl The Polite Force, w porównaniu tych albumów widać, jaką ewolucję przeszedł zespół - rozwinęli i pogłębili swoje dobre pomysły, a to co ciulowe odrzucili. Dlatego całkiem przyjemnie mi się tego słucha.
A mi debiut się nawet spodobał, takie 6.5-7/10. Przerabianie Bacha rzeczywiście niezbyt ciekawe, ale album ma sporo dobrych momentów przywodzących na myśl The Polite Force, w porównaniu tych albumów widać, jaką ewolucję przeszedł zespół - rozwinęli i pogłębili swoje dobre pomysły, a to co ciulowe odrzucili. Dlatego całkiem przyjemnie mi się tego słucha.
po prostu znaleźli rigcz.
Popol Vuh - Affenstunde
Pierwszy Popół Wuj to jeszcze nie jest to, ale i tak bardzo jest to ładne. Poza tym warto znać ich w tej wczesnej, elektronicznej wersji.
Ten album na moje ucho z Krautrockiem nie ma nic wspólnego, raczej rzecz ambientowa, a PV chybą wiąże się z nurtem KR nie?
Ten album na moje ucho z Krautrockiem nie ma nic wspólnego, raczej rzecz ambientowa, a PV chybą wiąże się z nurtem KR nie?
Ambient też się wiąże z tym nurtem. Poza tym Popol to kraut z pewnością, ale rock już niekoniecznie.
Na razie za najchujowszą płytę rocznika uznaję The Guess Who- American Women, jakieś pop-bluesowanie gorsze niż na płytach Claptona z czasów gdy leżał zarzygany po tym jak się nakurwił koką po czubek chuja, może warto i było tego posłuchać dla punktu odniesienia, bo to był chyba bardzo popularny album i pewnie takich kapel było wtedy mrowie i tak wyglądał typowy blues rock, przez co łatwiej docenić ten solidny, ale kurde, tak to słabe, że nie dałem rady dosłuchać do końca, naprawdę można sobie ten album darować jak ktoś nie lubi, nie wiem... Późnego Aerosmith czy czegoś w tym stylu, bo to takie granie jest.
Willie Dixon - I Am the Blues
Facet, który maczał palce w chyba wszystkich bluesowych standardach gra je osobiście. Bardzo polecam, zwłaszcza jeżeli ktoś nie ma awersji do bluesa. Poważna to sprawa!
Bardzo dobry album, świetne ciepłe brzmienie. Obowiązkowo do przesłuchania. Dixon lepiej mi podszedł niż np. Howlin' Wolf Album z roku poprzedniego.
Tak sobie myślę i proponuję żeby w najbliższym czasie w ogóle nic nikt nie proponował, tylko niech każdy sobie szuka i słucha "na własną rękę". Jest zresztą z czego wybierać (lista wstępna chociażby). Unikniemy w ten sposób nadmiaru wiadomości, których pewnie w tym roczniku będzie jeszcze więcej niż w poprzednim. Jak każdy przez powiedzmy 2 miesiące zaznajomi się jako tako z częścią materiału, będzie można w jakichś zbiorczych postach wrzucać więcej propozycji (a i będą one bardziej wiarygodne, po przesłuchaniu większej ilości płyt). W innym wypadku zapanuje chaos, tak myślę.
Czy Fat Albert Rotunda to na pewno 70.?
Tak, raczej tak.
Nina Simone – Black Gold - Całkiem przyjemny soul w wykonaniu Niny.
Mogul Thrash - Mogul Thrash - Perełka tego rocznika. Genialny prog w klimatach Colosseum. Dla mnie płytka o wiele lepsza niż Daughter Of Time.
Black Cat Bones - Barbed Wire Sandwich
Ciocia wikipedia i stryjenka prog archives powiedziały mi że ta płyta wydana była w 69 a nie 70.
Już było mówione, że trzymamy się raczej RYM-a, chyba, że ewidentnie się myli, no i: 1) BCB raczej słabe i nikt nie będzie na to głosował 2) 1969 już był.
No chyba że tak.
Mogul Thrash - Mogul Thrash - Perełka tego rocznika. Genialny prog w klimatach Colosseum. Dla mnie płytka o wiele lepsza niż Daughter Of Time.
pamiętam, że niezbyt mi się podobał ten album. Taki raczej prog "januszowy" 
70 rok to też rok Dr Johna i płyty Remedies. RnB w mocnym wydaniu. Głosować niekoniecznie, bo gdzież jej do debiutu doktorka ? ale posłuchać jak ktoś ma ochotę na dobre rnb?....czemu nie
Mogule śmierdzą januszostwem ale ja się z tym nie kryje, lubię tą płytę 
Mój kuzyn ma na imię Janusz.
Tak sobie myślę i proponuję żeby w najbliższym czasie w ogóle nic nikt nie proponował, tylko niech każdy sobie szuka i słucha "na własną rękę". Jest zresztą z czego wybierać (lista wstępna chociażby). Unikniemy w ten sposób nadmiaru wiadomości, których pewnie w tym roczniku będzie jeszcze więcej niż w poprzednim. Jak każdy przez powiedzmy 2 miesiące zaznajomi się jako tako z częścią materiału, będzie można w jakichś zbiorczych postach wrzucać więcej propozycji (a i będą one bardziej wiarygodne, po przesłuchaniu większej ilości płyt). W innym wypadku zapanuje chaos, tak myślę. Rozumiem, że zostałem zlany jak ściana przy monopolowym?
A po co kombinować? Do tej pory działało, każdy sobie pisał co chciał i jakoś nie było problemu z chaosem.
Też tak uważam.
Czyli jesteście w stanie ogarnąć jednocześnie ponad 100 propozycji z pierwszego posta, to co na bieżąco jest polecane i to co sami znajdziecie? Zazdroszczę takiej ilości wolnego czasu...
Ja lubię poczytać co ludzie piszą na temat poszczególnych albumów. Polecenia samego kapitana są wartościowe ale zawsze lepiej mieć szerszy ogląd sytuacji. Uważam, że czym więcej rozmów toczy się właśnie w tym temacie tym lepiej. Zawsze znajdzie się coś co dla Kapitana może nie być zbyt dobrym albumem, a będzie wartym przesłuchania.
No, mam listę w wordzie w której wklejam wszystko co jest polecane i sobie sprawdzam to po kolei, teraz miałem tydzień wolnego to przesłuchałem wszystkie płyty które już znałem i 40 kolejnych, każdą od 1 (jak była ewidentnie kiepskim/przeciętnym rockiem) do5-6 razy nawet, jak nie będę miał wolnego to będę słuchał nieco mniej, ale myślę, że do końca marca będę miał koło 200 pozycji na liście ogólnej. Kwestia organizacji.
Ja też mam listę w wordzie ale wklejam na nią tylko przesłuchane albumy z rocznika z moją opinią, żeby mi się potem nie pokiełbasiło.
Ja mam 2, na jednej mam wszystko, z oznaczeniami technicznymi typu, że nie znalazłem, albo pominąłem i muszę ściągnąć, a na drugiej mam listę z miejscami i płyty które już mam ściągnięte i do posłuchania poza tą listą, to całkiem dobry system, kiepskie płyty łatwo od razu wrzucić w dno listy, genialne na szczyt, a takie które posłuchać jeszcze kilka razy zostawić bez miejsca pod spodem.
Słuchałeś Empty Rooms Mayalla? to też 1970, ale słabiak według mnie.
Nie, nie słuchałem.
Ja też notatki robię 
A ja mam liste w arkuszu kalkulacyjnym z roznymi obliczeniami
Ja to jakieś tam noty wstawiam albo i nie na RYMie a tak w ogóle to raczej mam w głowie tak mniej więcej.
Kurde, ale Lucifer's Friend to jest troszkę paskudne, albo jakieś rock'n'rolle albo proto-rainbow/dio/iron maiden, byłoby może bardziej spox, gdyby nie ten wokalista, ale ogólnie raczej takie patataj patataj.
Dzięki za ostrzeżenie, miałem przesłuchać
PS skoro tu już jestem to ostrzegam, że za płytę Rodrigueza z 1970 raczej nie ma co się zabierać, pierwszy kawałek jest nawet spoko, ale reszta to nudy trochę, niby można tego słuchać, ale w tym roczniku powstało tyle spox muzy, że wątpie by komukolwiek się zmieściło na liście
Ja tam nie słyszę proto Rainbow/Iron. Album brzmi według mnie całkiem nieżle. Co prawda nie tak dobrze jak przedstawił go Kapitan ale nieźle.
Neil Young - After Gold Rush Fajna płyta ale kurwa niektórych wokali Younga nie trawię cholernie.
Dla mnie to jest takie tiru-tiru kucu kucu, tylko mają organy, jakby nie mieli to by brzmiało jak Iron maiden, a tak to brzmi jak Rainbow.
Nie przesadzaj samo brzmienie jest cholernie różne. Rainbow to plastik jak cholera a Lucifer to całkiem fajny szorstki Hard Rock. Słuchając go nie pomyślałbym nawet o Ritchiem i spółce. Dla mnie dwa światy.
Świetny, ascetyczny album, na którym Lennon - podobnie jak Harrison na All Things Must Pass - wreszcie zrzuca do końca głupkowatą maskę "chłopca z Liverpoolu".
John Lennon/Plastic Ono Band to bardzo dobry album, lepszy od propozycji Harrisona. Teksty na wysokim poziomie(Lennon wyrzucił z siebie co mu leżało na sercu, czego nie mógł zrobić z Beatlesami), całość bardzo spójna czego nie można powiedzieć o All Things Must Pass.
Brzmienie jest jak na Deep Purple może i bardziej, ale same kompozycje to właśnie taki proto-hejwi miętal dla kuców jeszcze z jakimiś kawałkami które brzmią jak mocniej zagrany Elvis.
Kumple Lucyfera to nie jest album dla Zujuf, ale jako bazowe coś dla hejvi metalu warto to znać. Album pionierski jest niewątpliwie.
No pod tym względem tak, ale poza tym jest chujowy, co ja poradzę, że jak mnie zaczął taki metal mierzić to już średnią radość mam w jego słuchaniu.
Mam taką małą prośbę, żeby zaznaczyć jakoś zespoły/płyty z listy, które ocierają się o klimaty satanistyczne (np. Black Widow), żebym nie pakował się w te klimaty. Kilka razy już wdepnąłem, a więcej nie chcę.
To od razu zaznaczam Led Zeppelin, The Beatles i Rolling Stones, Franka Zappę też, bo coś tam śpiewał o demonach kiedyś, no wiesz.
EDIT NO I SZEROKIM ŁUKIEM OMIJAJ BLEK SABAT, BO TO SĄ JUŻ CZYSTE DIOBŁY.
Franka Zappę też, bo coś tam śpiewał o demonach kiedyś, no wiesz.
EDIT NO I SZEROKIM ŁUKIEM OMIJAJ BLEK SABAT, BO TO SĄ JUŻ CZYSTE DIOBŁY.
O Black Sabbath to wiem i trzymam się z daleka. A Zappa w jakim stopniu się w tym moczył?
O Black Sabbath to wiem i trzymam się z daleka.
Co Ty pierdolisz? Widziałem Cię jak słuchałeś BS i oczu siarką nie mydl!
Tak na spotifajce. Tak samo black widow. Ale jak zobaczyłem co zacz to oba wywaliłem. Sam se sprawdź zresztą.
Zappa był okultystycznym libertariańsko-libertyńskim sługą diabła ruchającym fanki w demonicznych rytuałach dających mu moc, niestety umarł na raka prostaty, bo zapomniał się z diabłem o ten kawałek ciała umówić, no cóż...
Dobra, żartuję, Zappa chyba nic wspólnego z tym nie miał, ale Page faktycznie jarał się Crowleyem i okultyzmem, dużo bardziej od kolesi z Black Sabbath, zbierał pamiątki po Crowleyu itd, Mick Jagger chyba też, chociaż pod publiczkę, bawił się w takie rzeczy, więc trochę przeginasz.
Też właśnie z tego samego powodu olałem Black Widow.
Nie rozumiem was, 3/4 tekstów rockowych jest: -o ruchaniu -ćpaniu -chlaniu -lewackim pierdoleniu -szatanie -innych złych rzeczach ale kogo gówno obchodzi o czym śpiewa jakaś kapela blues-rockowa? To, że akurat z Black Widow czy z Covenem kiedyś jakoś wiele nie tracicie (ale z Black Sabbath już całkiem sporo, szczególnie dla ludzi lubiących hard-rocka), to jedno, ale podejścia nie rozumiem zupełnie. Kiedyś widziałem, że sprzedawali mintaja za 6,66zł, to mam nie lubić przez to rakenrolla vel Mintaj?
Nie ma się co denerwować, to oni są poszkodowani.
ale oni sobie sami krzywdę robią.
Nie wiem jak Pawliq, ale Vilv jest niereformowalny.
Nie będę łamał swoich zasad w imię jakichś brudnych włochaczy i ich jęków. Trzymam się z daleka od wszystkiego co zalatuje szatanem i satanizmem. I naprawdę mam gdzieś co tracę. Nawet bez stonsów, bitli i sabatów mam do przewałkowania dużo dobrej i nieubabranej muzyki.
A islamistów słuchasz (masa czarnych jazzmanów z Sandersem na czele) albo członków murzyńskich sekt chrześcijańskich (druga masa), czy też nie?
A widzisz różnicę pomiędzy satanizmem a islamem/protestanckimi sektami?
Lewaków też słuchasz...
Zgadza się. Słucham. Może oprócz tych najbardziej rzucających się w oczy (casus "Little red record"). Tyle że ta muzyka nie oddziałuje lewacko na podświadomość, a jej lewackich tekstów nie czytuję. O tej inspirowanej Crowleyem i jakimiś czarnymi kultami nie mogę tego powiedzieć. Jej spirytualizm przesącza się w podprogową sferę muzyczną, działa na podświadomość.
Co racja to racja, po przesłuchaniu debiutu Black Sabbath podpaliłem 2 kościoły
http://r-scale-ba.dcs.redcdn.pl/scale/o2/tvn/web-content/m/p113/i/4dcf435435894a4d0972046fc566af76/d0776960-b47b-11e4-8174-0025b511229e.jpg?type=1&srcmode=4&srcx=0%2F1&srcy=0%2F1&srcw=880&srch=4000&dstw=880&dsth=4000&quality=85
I co narobiłeś? Wkurwiłeś szatana i teraz wyłazi z Wisły paląc most, tylko miasta skurwiel pomylił, słuchać Black Sabbath, w tej chwili, od tego zależy przyszłość Polski...
No nie wiem, ja np jak słucham post-afrykańskich rytmów jazzu, a szczególnie tego spirytualnego to dużo bliżej mi do podświadomego bycia szamanistycznym mudżynem tańczącym wokół ogniska, niż jak słucham blues-rockowej kapeli grającej jak nie za dobra podróba Led Zeppelin, w której tytułach piosenek/tekstach są jakieś jarmarczne wersje diabła. No, BS jest trochę mroczniejsze, ale też tak w stylu horror klasy b, niż jakieś poważne mroki.
A to jak już prosimy to ja bym miał taką sugestię, żeby zaznaczać płyty w których przeklinają, (żona Ala Gora mi kazała to napisać).
A widzisz różnicę pomiędzy satanizmem a islamem/protestanckimi sektami?
No, widzę, islam jest dużo groźniejszy, a czarne seksty w większości równie niegroźne co sataniści.
Black Sabbath nigdy nie był zespołem satanistycznym, powiedziałbym, że jest nawet przeciwnie. Z Led Zeppelin, czy tym bardziej The Beatles też bym nie przesadzał. Natomiast Stonesi w latach 60' byli zespołem ewidentnie satanistycznym. Bardziej niż hipisy z Black Widow z diabłem na okładce.

W sumie to jest hardy okult, mimo, że w wesołych kolorkach.
Tutaj to akurat jest bardziej LSD niż okult 
W tej materii dyskusja ze mną jest bezsensowna.
Ale nie czujesz pierwotnych animalistyczno-naturalistycznych religii szamańskich słuchając jazzu?
Nie.
To słabo słuchasz, popraw się.
Ej... niech ktoś mi da linka do jakiegoś tam czegoś z tą płytą Mingusa koncertową, bo nie wiem czy dobre ściągnąłem.
Black Sabbath nigdy nie był zespołem satanistycznym, powiedziałbym, że jest nawet przeciwnie.
I dokładnie tak jest kapitanie. Oni odwodzili od tego swoimi tekstami. To raczej swego rodzaju przestroga przed satanizmem a nie namawianie do niego. Dlatego BS dopuszczam do słuchowiska, ale takie Black Widow od razu u mnie odpadło.
Ano. Pamietam ze Black Sabbath mieli taki kawalek After Forever, ktorego tekst mnie zadziwil.
Black Sabbath nigdy nie był zespołem satanistycznym, powiedziałbym, że jest nawet przeciwnie.
I dokładnie tak jest kapitanie. Oni odwodzili od tego swoimi tekstami. To raczej swego rodzaju przestroga przed satanizmem a nie namawianie do niego. Dlatego BS dopuszczam do słuchowiska, ale takie Black Widow od razu u mnie odpadło.
Ale powiedzcie mi co w tym Black Widow było takiego szatańskiego?
pewnie ten diabeu
Z tym diabłem to było tak (z tego co pamiętam), że na okładkę debiutu nawet się nie mogli nie zgodzić, a takową jaka była to wytwórnia im zrobiła sama z siebie. I jeszcze ta historia Geezera o tej zjawie.
dnia Nie 03:16, 15 Luty 2015, w całości zmieniany 1 raz
No, bo słuchałem tej płyty chyba ze 3-4 razy i nie czuję się opętany jakoś.
Ty jestes juz na tyle wykolejony, ze Black Widow to dla Ciebie za maly ladunek szatanizmu.
No w sumie, w wieku 15 lat słuchałem Kata, już wtedy mnie śmieszyło, ale słuchałem, przeczytałem też Biblię Szatana, bo to taka beka, że srałem miejscami ze śmiechu.
Od gówniarza słucham blacku i jakoś nigdy nie paliłem kościołów, nie darłem Biblii itd. W sumie to jest tak, że takie Wiewióropodobne ludki nakręcają ten cały 'satanizm'. Siedzą sobie takie pierdoły na stołkach i jak zobaczą w tytule 'satan', 'satanic' itp. to już wielkie halo, ostentacyjne odrzucanie tej muzyki. Podprogowy przekaz wpływający na umysł? What? Ile Ty masz Wiewiór lat? Nawet jeśli coś takiego istnieje, to dużo bardziej to czuć chociażby w muzyce Sandersa, tak jak pisał Zły.
W ten sposób dojdziemy do tego że słuchanie muzyki w ogóle to szatany i diabeuły.
No, bo według niektórych tak jest, bo Szatan był czasem przedstawiany jako Pan w starożytności (a raczej przedstawienia Pana interpretowano jak diabła), z fletnią, a np przedwojennych bluesmanów też często posądzano o konszachty z diabłem, histerycy typu Wiewióra piszą np takie artykuły: http://www.katolik.pl/magia-voo-doo-stock-czyli-demonologia-rocka,1243,416,news.html i całkiem na poważnie myślą, że Hendrix naćpany w 3 dupy odprawiał jakiś okultystyczny rytuał na scenie.
Pamiętam jak na religii w gimnazjum mieliśmy taki podręcznik, w którym był cały rozdział poświęcony muzyce rockowej. Coś w w stylu "Muzyka rockowa - co to jest i dlaczego to złe?". Wyrwane cytaty chociażby wspomnianego Hendrixa, mówiącego, że swoją grą chce hipnotyzować ludzi. Domyślcie się, jak autor podręcznika zinterpretował te słowa. AC/DC stało się Anti Christ/ Death Christ. KISS to Knights in Satan's Service (chociaż tutaj chyba można tak rozwijać ten skrót, o ile się nie mylę). Indoktrynowanie na wysokim poziomie. Pewnie Wiewiór miał ten sam podręcznik, ale inne podejście niż większość znanych mi osób. 
No bez kitu kurde. Nam kiedys nawet zrobili rekolekcje z tej materii, a tak sie zlozylo, ze akurat bylem w takim wieku i w takim stanie umyslowym, ze bycie rokozulem oraz sluchanie tych wszystkich kapel hard rok hewi metal wydawalo mi sie spoko. Widok tych ksiezy gadajacych niebywale banialuki naprawde mnie podlamal.
Nie pamiętam czy ty w tym artykule co podlinkowałem, ale kiedyś też widziałem, że ktoś twierdził, że Piper at the Gates of Dawn Floydów jest satanistyczny, bo flecista to szatan i on w tych wrotach świtu to musi być diobelskie, więc Floydy też odpadają.
Zaraz zaraz...
Są na świecie baby niedoruchane, dla których wszystko, może poza barką jest satanistyczne i najlepiej byłoby, gdyby nie istniała ani sztuka, ani nauka, ani w ogóle nic, tylko, żeby wszyscy słuchali księdza proboszcza (albo pastora, bo to przecież protestanci wiodą prym w takich rzeczach) i nie golili sobie nóg.
Tego typu damy potrafiłyby doszukać się symboliki okultystycznej w Ołtarzu Gandawskim, gdyby tylko wiedziały co to takiego. Tyle tylko, że ich pierdologia nie jest jedyną istniejącą argumentacją dotyczącą elementów okultystycznych w muzyce rozrywkowej.
Prawda wygląda też tak, że zainteresowanie okultyzmem wśród muzyków rockowych i metalowych istnieje, że są takie zespoły, jak Rolling Stones chociażby, w wypadku których trudno mówić o wygłupianiu się. Pomijam typowo satanistyczne grupy metalowe, bo nikogo na tym forum one nie obchodzą, ale przecież trzeba sobie powiedzieć, że poglądy znacznej części twórców rockowych nie zasługują zbytnio na afirmację. Twórcy ci promują okultyzm, satanizm, marksizm, zezwierzęcenie ("hedonizm" to przecież coś innego) i wiele innych gówien. Wiadomo, chodzi o muzykę, nie o teksty, które ktoś sobie do niej dopisze, ale warto jednak mieć świadomość, że wielu z tych twórców nie mielibyśmy ochoty zaprosić na niedzielny obiad.
Mam taką małą prośbę, żeby zaznaczyć jakoś zespoły/płyty z listy, które ocierają się o klimaty satanistyczne (np. Black Widow), żebym nie pakował się w te klimaty. Kilka razy już wdepnąłem, a więcej nie chcę.
Proponuję używać Znacznik Djaboła na skażonych Dyjabolizmem płytach. Z 1970
Robert Johnson "King of the Delta Blues Singers" Vol II 
Przykład (Vilverin, NIE klikaj na to ) : https://www.youtube.com/watch?v=zZKH-SKgLoI
Bardziej na poważnie:
Cyt „... Uosobieniem legendy o pakcie z rozdroża oraz bluesa jako diabelskiej muzyki bez wątpienia był Robert Johnson. Król delty Missisipi, bluesman wszech czasów. To jego grę próbowali naśladować młodzi adepci rocka: The Rolling Stones, The Yarbirds, Cream, Led Zeppelin czy The Kinks. Robert Johnson wypracował własny styl gry na gitarze. Potrafił wydobywać z niej niesamowite dżwięki, przeciągając po strunach szyjką rozbitej butelki. Nagła eksplozja jego talentu i niesamowita technika gry sprawiły, iż ludzie szeptali, że jest to zasługa diabła, który nastroił Johnsonowi gitarę. Sam nauczyciel Roberta, wybitny bluesman Son House, również nie potrafił inaczej wytłumaczyć takiego obrotu spraw. W swych opowieściach był on na tyle wiarygodny, że podał nawet dokładne miejsce rzekomego spotkania swego ucznia z szatanem. Miało się ono odbyć na skrzyżowaniu Highway 61 i 49. Słuchając Johnsona wychwycić można słowa śpiewane pełnym przejęcia głosem: "Musze wciąż iść przed siebie, blues pada na łeb jak grad, nie trzyma się mnie pieniądz, Diabeł węszy mój ślad". Muzyk świadomy był ceny, jaką musi zapłacić za otrzymany talent, a także swego zbliżającego się wielkimi krokami końca: "Hej Szatanie, chyba już na nas czas". Nie pomylił się. Zmarł w wieku zaledwie 27 lat. Najbardziej prawdopodobną przyczyną jego śmierci było otrucie przez zazdrosnego męża jednej z jego licznych kochanek. Podobno Johnson umierał w straszliwych mękach.. .
Trudno jednak dziś , z mroków spisanej po latach historii ocenić, czy Robert Johnson rzeczywiście wielbił Djaboła, czy to też muzyką starał się opisywać po prostu swoje lęki, złe przeczucia, Tak to odebrał np. zafascynowany nim Eric Clapton "Robert Johnson bardzo mnie zainteresował, ponieważ był w pewnym sensie odizolowany od świata. Jego śpiewanie to wyraz ogromnej rozpaczy i samotności. Byłem samotnikiem z wyboru, dlatego automatycznie zacząłem się z nim identyfikować.". Można się też zastanowić, czy ten tajemniczy Bluesman nie cierpiał na jakąś chorobę psychiczną, na co może wskazywać jego niestabilność i życie jakby w ciągłej ucieczce.
- The Rolling Stones „Get Yer Ya's Ya's Out!” 
dowód https://www.youtube.com/watch?v=XSjT1JBLnN4
Djabolizm w czystej postaci, rzec można. Podmiot liryczny podaje się za samego Lucyfera i opowiada jakie to psikusy urządzał w czasie swego niecnego żywota.
CIEKAWOSTKA 
Amerykański prawicowy magazyn „National Review” ułożył listę 50 rockowych piosenek Wszechczasów. Lista powstała w oparciu o dwa podstawowe kryteria: musiała to być kompozycja powszechnie znana oraz wyrażać w tekście tradycyjne, konserwatywne wartości. N a miejscu 3 listy umieszczono właśnie … „Symphaty for the Devil” 
Oto jak to zostało uzasadnione cyt: „... Inspirowany „Mistrzem i Małgorzatą” Bułhakowa utwór do dziś jest uważany przez wiele środowisk za satanistyczny głównie z jednego powodu. Otóż Mick Jagger wyśpiewuje w nim napisany wspólnie z Keithem Richardsem tekst z punktu widzenia Szatana. I choć Jagger podkreślał w jednym z wywiadów, że napisał go pod wpływem poety Baudelaire, to ma on niewątpliwy wydźwięk uderzający w „Pana Ciemności”. Wystarczy jednak wsłuchać się w jaggerowskie słowa najważniejszego Upadłego Anioła, by dojrzeć w nich idealne podsumowanie natury Szatana, którą znamy również z Chrześcijaństwa.
Kim więc jest Szatan w „Sympathy of the Devil”? To relatywista moralny, inspirator komunistów ( zabójca cara, destruktor Petersburga), kusiciel Jezusa Chrystusa, judziciel Piłata i w końcu morderca antykomunistycznych polityków - braci Kennedy. Szatan z utworu The Rolling Stones odpowiada też za II wojnę światową i jest zadufanym w sobie narcyzmem. To również złodziej dusz i niszczyciel wiary w Boga, który od początku ludzkości sieje jedynie zło i zniszczenie. Warto po tym kątem wczytać się w słowa tej piosenki, która możliwe, że nawet wbrew woli niegrzecznych chłopców z Wielkiej Brytanii, może być stawiana jako przekaźnik konserwatywnych wartości. ...”
Może i nie taki Djabeł straszny ... 
Zaraz zaraz...
Są na świecie baby niedoruchane
Uwielbiam, gdy piszesz o babach niedoruchanych.
Zaraz zaraz...
Są na świecie baby niedoruchane, dla których wszystko, może poza barką jest satanistyczne i najlepiej byłoby, gdyby nie istniała ani sztuka, ani nauka, ani w ogóle nic, tylko, żeby wszyscy słuchali księdza proboszcza (albo pastora, bo to przecież protestanci wiodą prym w takich rzeczach) i nie golili sobie nóg.
Tego typu damy potrafiłyby doszukać się symboliki okultystycznej w Ołtarzu Gandawskim, gdyby tylko wiedziały co to takiego. Tyle tylko, że ich pierdologia nie jest jedyną istniejącą argumentacją dotyczącą elementów okultystycznych w muzyce rozrywkowej.
Prawda wygląda też tak, że zainteresowanie okultyzmem wśród muzyków rockowych i metalowych istnieje, że są takie zespoły, jak Rolling Stones chociażby, w wypadku których trudno mówić o wygłupianiu się. Pomijam typowo satanistyczne grupy metalowe, bo nikogo na tym forum one nie obchodzą, ale przecież trzeba sobie powiedzieć, że poglądy znacznej części twórców rockowych nie zasługują zbytnio na afirmację. Twórcy ci promują okultyzm, satanizm, marksizm, zezwierzęcenie ("hedonizm" to przecież coś innego) i wiele innych gówien. Wiadomo, chodzi o muzykę, nie o teksty, które ktoś sobie do niej dopisze, ale warto jednak mieć świadomość, że wielu z tych twórców nie mielibyśmy ochoty zaprosić na niedzielny obiad.
A co innego świadomość, a co innego odrzucanie muzyki bo jacyś kolesie se byli kim byli, ja pisałem, że większość tekstów rockowych jest o "złych rzeczach" i naprawdę trzeba by połowy muzyki rozrywkowej świata nie słuchać, to po prostu trochę bzdurne kryterium.
ps; Ale Jaggera to bym na niedzielny obiad zaprosił.
co innego odrzucanie muzyki bo jacyś kolesie se byli kim byli, ja pisałem, że większość tekstów rockowych jest o "złych rzeczach" i naprawdę trzeba by połowy muzyki rozrywkowej świata nie słuchać, to po prostu trochę bzdurne kryterium.
Nie ma co ukrywac, wiekszosc muzykow rockowych to cwele i jaskiniowcy, klepiacy swe kawalki dla im podobnych odbioorcow; sluchanie ich wypocin chyba jednak uraga godnosi doroslego czlowieka.
O co chodzi z tym Mingusem? Wydany po latach koncert z jakimś archaicznym jazzem, ma owszem bardzo fajne momenty, ale żeby to wychwalać jako jeden z najlepszych albumów jazzowych? O co chodzi? Przecież naprawdę znakomity jest tu tylko jeden utwór. Trwa ponad 26 minut wprawdzie, ale reszta mu kompletnie nie dorasta, a trwa ponad 50.
O co chodzi z tym Mingusem? Wydany po latach koncert z jakimś archaicznym jazzem, ma owszem bardzo fajne momenty, ale żeby to wychwalać jako jeden z najlepszych albumów jazzowych? O co chodzi? Przecież naprawdę znakomity jest tu tylko jeden utwór. Trwa ponad 26 minut wprawdzie, ale reszta mu kompletnie nie dorasta, a trwa ponad 50. Ja też nie bardzo rozumiem. Fajnie się tego słucha, bo to jednak Mingus, ale na punkty u mnie nie ma szans, o dziesiątce, jak to Kapitan sugeruje, już nie wspominając.
U mnie ten Mingus będzie w dziesiątce [i to chyba nawet w jej górnej połowie. Fenomenalna rzecz! To nie jest wielka awangarda, ani fusion, więc jeżeli dla kogoś ten starszy jazz jest niezbyt pociągający to zapewne go to nie zachwyci, stąd chyba Wasze niezbyt pochlebne opinie.
dnia Pon 15:16, 16 Luty 2015, w całości zmieniany 2 razy
To nie jest wielka awangarda, ani fusion, więc jeżeli dla kogoś ten starszy jazz jest niezbyt pociągający to zapewne go to nie zachwyci, stąd chyba Wasze niezbyt pochlebne opinie.
Tym większe moje zdziwienie że u Ciebie ten album ma takie fory 
Tym większe moje zdziwienie że u Ciebie ten album ma takie fory
Bo dla mnie "jazz archaiczny" to są lata 50', nie post bop, w dodatku z lekka ocierający się już o avant. Dla kogoś, komu Davis z połowy lat 60' trąci myszką The Great Concert rzeczywiście może nie być wielkim przeżyciem i chyba w wypadku kolegów tak to właśnie jest.
No to generalnie Bebop też jest dla Ciebie jazzem archaicznym. Wszystkie początkujące Parkery i Giellespie.
No to generalnie Bebop też jest dla Ciebie jazzem archaicznym. Wszystkie początkujące Parkery i Giellespie.
No to to jest jednak muzyka o dekadę starsza.
Ja słuchałem tego Mingusa, ale:
1. Nie wiem czy to jest to (możecie dać linka do jakiego ryma czy innego discgosa, żebym sobie porównał, bo mam jakąś 2 płytową wersję i nie wiem czy tylko pierwsza płyta była oryginalna, czy jak) 2. Muszę posłuchać w większym skupieniu, bo mi mimo wszystko, coś tam umyka, nie mogę się na niej jakoś skoncentrować.
Ja słuchałem tego Mingusa, ale:
1. Nie wiem czy to jest to (możecie dać linka do jakiego ryma czy innego discgosa, żebym sobie porównał, bo mam jakąś 2 płytową wersję i nie wiem czy tylko pierwsza płyta była oryginalna, czy jak)
https://rateyourmusic.com/release/album/charles_mingus/the_great_concert_of_charles_mingus_f1.p/
A co z Johnem McLaughlinem? Warto sięgnąć po płytę z tego rocznika w jego wykonaniu?
Catherine Ribeiro & Alpes - No2- ale schizofreniczny album, zespół sobie gra jakieś dziwne dźwięki, jakieś drony, hałasy, urwane motywy, taki niemal industrial, a na tym wszystkim, jak mniemam pani Katarzyna drze sobie twarz po francusku jakby była chora psychicznie. A poza tym to są tam jeszcze takie piosenki, co smutno brzmią, podoba mi się.
A co z Johnem McLaughlinem? Warto sięgnąć po płytę z tego rocznika w jego wykonaniu?
Faktycznie, bardzo przyjemna muzyka. Znacznie ciekawsza od Paix, którego kiedyś tam słuchałem.
dnia Wto 10:13, 17 Luty 2015, w całości zmieniany 1 raz
Ja słuchałem tego Mingusa, ale:
1. Nie wiem czy to jest to (możecie dać linka do jakiego ryma czy innego discgosa, żebym sobie porównał, bo mam jakąś 2 płytową wersję i nie wiem czy tylko pierwsza płyta była oryginalna, czy jak)
https://rateyourmusic.com/release/album/charles_mingus/the_great_concert_of_charles_mingus_f1.p/ Czyli zgadza się, bo ja tak jak Zuy też nie byłem pewien, czy słucham właściwej rzeczy. I jak na razie, poza Meditations of Integration nie znajduję tu naprawdę nic wybitnego. Oczywiście zdrożnego również nic, ale wciąż nie pojmuję zachwytów.
|
|