|
Groundhogs
singulair.serwis |
Kilka podstawowych informacji: Brytyjski zespół rockowy z lat 60. i 70. Zaczynali od blues rocka, potem przerzucili się na rock progresywny. Jedyny członek zespołu, który był z nim od zawsze to gitarzysta Tony McPhee (w najlepszym okresie grali tam jeszcze Ken Pustelnik i Peter Cruickshank, tworzyli wtedy power trio). Czegoś więcej na ich temat można dowiedzieć się się o artykułu: http://serpent.pl/ksiazki/eseje/ground.html (zresztą sam ich poznałem natrafiając na niego przypadkiem) Inne linki: http://pl.wikipedia.org/wiki/Tony_McPhee http://en.wikipedia.org/wiki/The_Groundhogs (nie ma artykułu po polsku)
Zespół jest warty słuchania ze względu na to, że mocno się wyróżnia na tle innych blues rockowych grup z tego okresu. Mają własny styl oparty na surowym brzmieniu, progresywnym podejściu do bluesa i dosyć patetycznych/"dramatycznych" kompozycjach co może drażnić, ale wg mnie (poza może nielicznymi wyjątkami) pasuje to do emocjonalnego charakteru tego gatunku. Polecam (jeśli chodzi o blues rocka) "Scratching the Surface" i "Blues Obituary".
Cóż najlepiej samemu posłuchać i ocenić. Akurat przypadkiem na wrzucie znajduje się playlista z prawie całym albumem "Blues Obituary" i jeszcze dwoma innymi kawałkami: http://job131313.wrzuta.pl/playlista/74bmRoc3unh/the_groundhogs_blues_rock
Zgadzam się ze stwierdzeniem, że Groundhogsi mieli bardzo indywidualny styl i mocno wyróżniali się na tle innych kapel blues rockowych tamtych czasów. ten styl to wypadkowa bluesowego feelingu i rockowej napierdalanki.
Tego progresywnego oblicza zespołu właściwie nie znam i niewiele o nim słyszałem, natomiast blues rocka grali fantastycznie. Polecam wszem i wobec album Split - jak dla mnie prekursor Motorhead , zwłaszcza pod względem mocy i energii.
Ten ich progresywny okres to właśnie albumy "Thanks Christ for the Bomb" i wzwyż (nie wiem do którego momentu, bo znam jeszcze tylko Split i obiło mi się o uszy Hogwash). Bluesa już tam niewiele słychać (jedynie jeszcze Groundhog na Splicie).
Eno, nie. To rzeczywiście nie jest już british blues, ale też nie progres. Raczej blues rock. Lekko psychodeliczny, ale co w tamtych latach takie nie było?
Hmm, to zależy jaką znasz definicję "blues rocka". Ja opieram się na tej z Wikipedii, wg której utwory z tego gatunku są skomponowane wg schematu bluesowego, tylko że brzmienie czy dynamika jest bardziej rockowa. "Split" jest dosyć psychodeliczny to fakt, niekoniecznie powinno się to podciągać pod progresję, ale "Thanks Christ for the Bomb" to już jest taki ambitny ułożony hard rock.
Definicje w muzyce popularnej na ogół są kiepskie. Dla mnie twórcy tacy jak Mayall, wczesny Cream, wczesny Savoy Brown, czy Fleetwood Mac to po prostu biały blues. Natomiast blues rock to Hendrx, albo Led Zeppelin - a więc bluesowe motywy, ale zagrane z dużym powerem. To taki bardziej bluesowy hard rock, a nie bardziej rockowy elektryczny blues. Tak to widzę. A Wikipedia to nie jest źródło godne zaufania 
Hmm, to zależy jaką znasz definicję "blues rocka". Ja opieram się na tej z Wikipedii, wg której utwory z tego gatunku są skomponowane wg schematu bluesowego, tylko że brzmienie czy dynamika jest bardziej rockowa. Ale przecież utworów "skomponowanych wedle schematu bluesowego" jest w muzyce rockowej od groma i trochę. Można znaleźć takie u AC/DC, Pink FLoyd. Właściwie trudno nawet pokazać zespół, który nie skomponował czegoś na bazie bluesa. Nie zmienia to faktu, że bazujący na bluesowym schemacie "Shine On You Crazy Diamond" nie jest przecież przykładem blues-rocka.
No, w sumie tak. Chyba dopiero zespoły alternatywne z lat '80 odeszły od bluesowych schematów. Nawet w klasycznym punku daje sie je wyłowić.
No, w sumie tak. Chyba dopiero zespoły alternatywne z lat '80 odeszły od bluesowych schematów. Nawet w klasycznym punku daje sie je wyłowić. King Crimson nie był szczególnie bluesowy. Gentle Giant chyba też nie koniecznie zasłuchiwali się w bluesie. Więc można ogólnie powiedzieć, że najmniej bluesowe były zespoły czerpiące głównie inspiracje z muzyki poważnej.
Niewątpliwie, tylko, że one jednak, w przytłaczającej większości korzystały także z rocka, a więc z RnR, a więc i z bluesa. U Crimsonów było jednak sporo elementów bluesowych, zwłaszcza na takim Islands. U Gentle Giant faktycznie mniej, można by się ich doszukiwać na siłę, bo pewnie są gdzieś tam, głęboko schowane, ale faktycznie, to dobry przykład grupy nie bluesowej. Tylko, że takich bandów było do lat '80 niewiele.
Nie znam zespołu, co polecacie na początek?
Jednak jest czymś innym nawiązywać, a czymś innym jechać na schematach. Pink Floyd cały czas komponowali coś używając bluesowego schematu i tworzyli wariacje na temat. Hard rockowcy też bardzo często to czynili. Natomiast Crimsoni mieli własny, zdecydowanie inny od bluesowego język muzyczny, że się tak wyrażę.
Natomiast wracając do tematu. Dla mnie blues-rock to są po prostu bluesowe kompozycje z rockowym kopniakiem. Tam gdzie rockersi wyraźnie chcą być (z różnym skutkiem) jak stare murzyny. Natomiast wszystko pozostałe, nawet to, co oparte na "bluesowym schemacie" jest po prostu rockiem z wyczuwalnymi bluesowymi korzeniami.
Nie znam zespołu, co polecacie na początek?
Natomiast wracając do tematu. Dla mnie blues-rock to są po prostu bluesowe kompozycje z rockowym kopniakiem. Tam gdzie rockersi wyraźnie chcą być (z różnym skutkiem) jak stare murzyny. Natomiast wszystko pozostałe, nawet to, co oparte na "bluesowym schemacie" jest po prostu rockiem z wyczuwalnymi bluesowymi korzeniami.
No tak, z tym, że dla mnie jeżeli rockmeni bardzo zbliżają sie do starych murzynów ten "rock" w przedrostku wydaje się zbędny
dnia Pon 13:06, 04 Czerwiec 2012, w całości zmieniany 1 raz
Nie znam zespołu, co polecacie na początek? Dla mnie najlepszy album to "Blues Obituary" (żeby nie było niejasności tam wszystkie lub prawie wszystkie kompozycje są bluesowe). W okresie fascynacji tym albumem cały poznany dotąd blues rock wydawał mi się śmieszny i sztuczny (oczywiście to przesada), ale tak surowo i poważnie to chyba mało kto grał. A najbardziej "thrashowa" i hardcorowa kompozycja to: Daze of The Weak http://w149.wrzuta.pl/audio/5ex5hzRucl7/the_groundhogs_-_daze_of_the_weak
Panie... Nie ma sztywnych definicji gatunków muzycznych, wszystko odbiera się intuicyjnie, encyklopedie w tym przypadku nie działają, szczególnie jak ktoś łączy gatunki jak mu się chce, co u ciekawszych twórców jest częste.
Może być definicja opisowa i naprowadzająca na zrozumienie albo choćby jakaś lista blues rockowych utworów, ale nie zmienia to faktu, że takie pojęcie skądś się wzięło i jakieś jego dane rozumienie też.
Pojęcie jest, oczywiście, tylko jego zastosowanie się w rzeczywistości nie udaje tak jak trzeba.
No tak, z tym, że dla mnie jeżeli rockmeni bardzo zbliżają sie do starych murzynów ten "rock" w przedrostku wydaje się zbędny Ja bym rozróżnił kompozycję i formę ekspresji. Uważam że rockersi mają inną formę ekspresji, niż murzyni, choć często komponują muzykę używający tych samych schematów. Tam gdzie zarówno kompozycja jak i forma ekspresji rockersów zgadza się w przybliżeniu z dokonaniami murzynów, tam mamy blues. Tam gdzie zgadza się kompozycja, ale ekspresja ma inny wymiar, tam mamy blues-rock. Tam gdzie wykorzystany jest jedynie schemat kompozycji, ale brzmi to wszystko zupełnie inaczej, gdzie np. mamy suitę nawiązującą rozwiązaniami do bluesa (jak w wypadku Floydów) tam mamy rock inspirowany bluesem.
No tak, bardzo sensowne rozróżnienie. Z tym drobnym zastrzeżeniem, że istniało takie cudo, jak brytyjski blues, który ekspresję miał stanowczo niemurzyńską, a jednak nie potrafiłbym takiego Mayalla nazwać rockmanem tak, żeby mi przy tym powieka nie drgnęła. Niemniej zasadniczo wszystko się zgadza - blues rock to przede wszystkim inna niż w bluesie forma ekspresji.
Czuję, że zbyt asekurancko się wyrażałem o nich, więc dorzucę jeszcze odnośnie albumów "Scratching the Surface" i "Blues Obituary" (w szczególności drugiego), że nie rezygnując ze schematu bluesowego, duszy bluesowej - wraz z pierwotnością a'la Howlin' Wolf zaszli najdalej z wszystkich blues rockowych, white bluesowych zespołów, które miałem okazję poznać, jednocześnie grając bardzo nowocześnie. Zdecydowanie wybili się ponad przeciętność i standardowe na tamte czasy granie bluesa. Podejrzewam, że wiele osób słuchając zremasterowanej wersji "Blues Obituary" miało by problem z określeniem poprawnej daty wydania (datowałoby na późniejsze lata). A "Daze of Weak" - najbardziej intensywny utwór na Blues Obituary to coś w rodzaju "21st Century Schizoid Man" blues rocka. Jedyna wada wspomnianego przed chwilą albumu jest taka, że ze względu na niską złożoność kompozycyjną zbyt szybko się go habituuje. Ogólnie dla osób szukających silnej stymulacji emocjonalnej i świeżości w blues rocku pozycja obowiązkowa.
Ponieważ zbliża się rock 1968 r. na naszym forum. Pozwolę sobie przypomnieć o tym zespole. Z 1968 r. pochodzi ich debiut "Scratching the Surface" z dosyć dojrzałym podejściem do bluesa. Nie jest to typowe kopiowanie elektrycznego bluesa z ewentualnym podkręceniem gały od przesteru. W ich muzyce uwagę zwraca surowe, metaliczne brzmienie gitary, prymitywistyczne młócenie na bębnach (gitara basowa też tu pomaga) oraz kreatywne sola Tony'ego McPhee. Niech za przykład posłuży najambitniejszy utwór na płycie "Man Trouble" http://www.youtube.com/watch?v=eGJp0fv3i1I Wystarczy go porównać z dowolnym innym kawałkiem z tego roku np. Free czy Fleetwood Mac (skądinąd też spoko grających zespołów - jednak bardziej "zwyczajnie").
Fajny ten numer ale zespolu poza tym nie znam wcale. Moze keidys sobie w ramach odsapniecia cos przeslucham, ale na dzien dzisiejszy na zasluchiwanie sie w czyms takim jest dla mnie zdecydowanie za pozno.
Dla mnie Groundhogs to przede wszystkim płyta Split z 71. W obrębie blues rocka jedna z moich absolutnie ulubionych, praktycznie zaraz za albumami Zeppelinów, Hendrixa i Creamu.
dnia Wto 14:30, 25 Marzec 2014, w całości zmieniany 1 raz
Racja, tytułowy kawałek to jest naprawdę jedna z najlepszych rzeczy jakie słyszałem w białym blues rocku...No i ta okładka. Świetny, klimatyczny album.
To moze sobie poslucham w podrozy jak tak zachwalacie.
Ale oni zachwalają co innego. Dla mnie "Split" jest fajny, ale jeśli miałbym wskazać coś super to tylko "Blues Obituary". Ciekawy też jest album "Thanks Christ for the Bomb", w tytułowym utworze Tony McPhee imituje nalot bombowy. Co prawda w sposób oczywisty, ale jakoś tam robi swoje ta sztuczka. Zresztą stosowana była już przez niego we wcześniejszych albumach. Swojego czasu "Thanks Christ for the Bomb" to się nawet nieźle sprzedawał. No, ale dziś oczywiście jest to zespół zapomniany.
Niewiele pamiętam z odsłuchiwania płytki "Hoghwash", ale ona wydała mi się pretensjonalna, dlatego w dalszą twórczość się nie zagłębiałem.
W ogóle to jeden z moich pierwszych tematów na tym forum. 
EDIT: Najlepiej to po prostu obczaić
Stratching the Surface (1968) Blues Obituary (1969) Thanks Christ for the Bomb (1970) Split (1971)
i wyrobić sobie zdanie.
|
|