|
Żyją ze śmieci - bezdomny z doktoratem z filozofii
singulair.serwis |
Żyją ze śmieci
Bezdomny z doktoratem z filozofii, nieumyty, niedożywiony. Fryzjer czuły na starocie. Bezrobotny, który po rozkręceniu interesu w internecie dorobił się Mercedesa. Łączy ich jedno: wszyscy żyją ze śmieci.
Rynek gospodarki odpadami to ok. 5-6 mld zł rocznie. Przy tak wielkich liczbach aż trudno uwierzyć, że nazywany jest „śmieciowym”. Widząc skalę potencjalnych przychodów, branżą zainteresowało się nawet państwo. Oddało odpady w ręce samorządów, wprowadzając nawet tzw. podatek śmieciowy.
O własność śmieci batalia toczyła się przez kilka miesięcy. Przedsiębiorcy nie chcieli dopuścić, by posłowie przekazali gospodarkę odpadami w ręce samorządów, ale bezskutecznie. Od przyszłego roku wszystkie odpady: zarówno komunalne, jak i wielkogabarytowe będą należały do samorządów, które w drodze konkursów będą powierzały je operatorom zewnętrznym.
Teraz przeciwko zmianom protestują przedsiębiorcy, którzy najwięcej stracą na nowym założeniu. - Ta ustawa jest niechlujna, nieprecyzyjna i o losie przedsiębiorców będą decydowały wyroki sądów powszechnych - mówi Michał Dąbrowski z Polskiej Izby Gospodarki Odpadami. - Zastosowano metodę jak przy stadionach, czyli zamiast łapać gangsterów, zamknięto stadiony. U nas zamiast walczyć z ekoprzestępcami zamknięto wolny rynek. Teraz z pieniędzy, które będą płacić mieszkańcy, trzeba będzie wyżywić dodatkową armię 10 tys. pracowników wraz z ich autami i telefonami. To może zmniejszyć efektywność gospodarki odpadami lub podwyższyć ceny za wywóz śmieci nawet o 20-30 proc. - dodaje Dąbrowski, który od samego początku sprzeciwiał się wprowadzanej ustawie.
Według przedsiębiorców z branży, ta ustawa może doprowadzić do bankructwa kilkadziesiąt firm, pozbawiając pracy kilkaset osób, które żyły ze śmieci, a nie wygrały przetargów publicznych.
Na własnych śmieciach
Jednak wojna o śmieci nie rozgrywa się tylko na „górze”. Bezdomni i najbiedniejsi żyjący ze sprzedaży surowców wtórnych codziennie bronią swojego terytorium, by nikt nie zabrał im butelki czy puszki, za którą kupią kolejną puszkę… lub chleb.
"Panie kierowniku! Kupi mi pan zupę?" Od takiego pytania rozpoczęła się moja znajomość z "Orzeszkiem". Niewielkiego wzrostu, nieogolonym bezdomnym z krakowskiego Starego Miasta. Jego prawdziwe imię to Aleksander. Jego cechą szczególną jest wzorowa dykcja i barwa głosu, którą zawstydziłby niejednego prezentera radiowego, ale przede wszystkim wiedza. Przez kilka lat pracował jako wykładowca akademicki.
Podczas wspólnego obiadu w jednym z barów mlecznych opowiadał mi o swoim życiu, później do niego zaprosił, bym poznał, jak sobie radzą „grzebacze”.
- Nigdy nie poprosiłem o pieniądze lub alkohol, na to sobie sam zarobię. Sam w to wszedłem i sam będę się z tym męczył. Zrobię rundkę po Kazimierzu, Kleparzu i mam. Wiesz, ile ludzie wyrzucają?! - pyta "Orzeszek".
Jeszcze 15 lat temu miał żonę, był doktorem na wydziale filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. Na dowód pokazuje legitymację doktoranta, z którą się nie rozstaje. Kiedy dowiedział się, że żona go zdradza, postanowił się wyprowadzić z własnego mieszkania. I… niestety, sam sobie nie poradził. Nie utrzymał się ze stypendium. Poszedł na ulicę.
Mieszka na krakowskich plantach, a jeśli pada, to w jednej z kamienic na Floriańskiej. Na poddaszu ma swoje miejsce, z którego już nie jest przeganiany. Administrator pozwolił mu tam spać i kąpać się w komórce socjalnej, jeśli codziennie będzie sprzątał klatkę. Jego życie to pewien cykl. O 22 idzie do pracy, po 3 z niej wraca. Śpi do 9. Zamiecie schody i idzie do skupu surowców wtórnych. Do 22 pije.
- Kiedy pierwszy raz chcesz iść grzebać, to nie zapuszczaj się sam w osiedla. To jest teren tylko dla swoich. Jeśli ktoś zobaczy obcego na swoim szlaku, to możesz stracić zęby lub mieć połamane ręce – przestrzega "Orzeszek".
- W tym zawodzie nie ma sentymentów. O ile jesteśmy słabi społeczne, tak fizycznie dajemy sobie radę. Kilka razy dostałem po twarzy za to, że zszedłem ze swojej drogi. Mojego kolegę podpalili. Podobno przeżył, ale nie widziałem się z nim od tamtego czasu - z olbrzymią szczerością mówi o niebezpieczeństwach pracy grzebacza.
- Najlepiej zbierać puszki, bo za kilogram mam 6 zł, a one leżą wszędzie. Butelki też warto, ale jest ich mniej. Studenci już nauczyli się je oddawać, a jeszcze kilka lat temu 35 gr dla studenta to było nic. Poza tym mniej ich się mieści do wózka i reklamówek - zdradza strategiczne założenia przy planowaniu nocnej pracy "Orzeszek".
Po hejnale o 22 wyruszamy na miasto, towarzyszy nam radiowa Trójka. Po kilkunastu metrach doszliśmy do pierwszego punktu. Wtedy mogłem obejrzeć na żywo, jak wygląda rutynowa praca "Orzeszka". Latarka, grzebak, ręka w głąb i skarby na wózek. Aluminium osobno, butelki osobno. Jeśli przy którymś z osiedlowych śmietników pojawi się stalowa wanna lub inny „gabaryt”, to czeka na kolegę, który kilka godzin później też idzie tą trasą. Wspólnie biorą na wózki i od razu jadą do skupu.
Po przejściu swojej trasy, zaliczeniu ok. 40 osiedlowych śmietników, ok. 100 przyulicznych i 50 na dziedzińcach kamienic czas wrócić do swojej klatki. "Orzeszek" schował surowce i poszedł spać.
W powojennym wózku i reklamówkach znalazło się ok. 200 puszek i ok. 60 butelek, czyli 45 zł.
Styl z odzysku
Ten sam wózek, który pomagał przy zbiórce surowców "Orzeszkowi", z pewnością wykorzystałby Donald do stylizacji swojego miejsca pracy – salonu fryzjerskiego oraz galerii w jednym. To wyjątkowe miejsce, na pierwszy rzut oka wygląda jak plan filmowy rodem z PRL.
- Pomysł siedział w mojej głowie od dawien dawna. Ok. 10 lat temu z bliską mi osobą chcieliśmy otworzyć knajpkę w kolorowym stylu lat 50/60 z meblami z tejże epoki. Nie udało się, jednak obraz tego miejsca miałem przez lata w głowie. Kiedy pojawiła się dobra lokalizacja na Kazimierzu, to aż prosiła się o to, by wykorzystać pomysł designu sprzed lat... Chciałem się "wbić" stylistycznie w klimat Kazimierza, ale też nie powielać wystroju w stylu lat 20/30 art deco - mówi Osmalak Radecki, manager salonu Avant Apres.
Przypadkowa osoba może pomyśleć, że znajduje się w muzeum okresu minionego, a w rzeczywistości ogląda stylowe wysypisko. - Jestem fascynatem starych rzeczy, począwszy od drobiazgów po wielkogabarytowe meble. Wszystko, co babcia chciała wyrzucić, zamiast na śmietnik trafiało do mojego schowka, nie wspominając już o regularnych wycieczkach na śmietniki po meble sąsiadek babci, by je odświeżyć i dalej ich używać – opowiada Donald.
Krakowski Kazimierz to mekka staroci. Tutaj rzeczy nie umierają. Żyją wielokrotnie w mieszkaniach, później w knajpach, a odrestaurowane – ponownie trafiają do mieszkań.
Jak nas zapewnia Donald, ze staroci można całkiem nieźle żyć. Retro, Vintage czy Old Style - to wszystko jest bardzo na czasie (wbrew nazwie). Wyobraźnia, smak i wyczucie pozwoli z tych rzeczy tworzyć wspaniałe, cieszące się popularnością, a co za tym idzie, przynoszące krocie dla właścicieli, miejsce ze stylem.
Drogie śmieci
O niesłabnącej popularności rzeczy z odzysku możne stanowić liczba kupujących oraz sprzedających na aukcjach internetowych. Dziennie sprzedaje się tam ok. 120 tys. staroci. Część to antyki, za horrendalne kwoty, druga część to niepotrzebne meble, których ludzie pozbywają się po remoncie, trzecia to eksśmieci, które także sięgają astronomicznych sum.
Jednym ze stałych handlarzy starociami jest pan Henryk Żelazny. Pochodzi z małej wioski pod Zamościem. Z zawodu cieśla. Od kilku lat nie pracuje na etacie, ponieważ wszystkie zakłady produkcyjne w okolicy upadły. Po kilku tygodniach bezrobocia zszedł do piwnicy, by zrobić porządek. Wtedy uświadomił sobie, że mógłby pogrzebać przy meblach teściowej, które kiedyś znosił do piwnicy.
- Siedziałem nad komodą trzy tygodnie, wszystko prawie od zera zrobiłem. Ściągnąłem lakier, nałożyłem nowy. Syn porobił zdjęcia i wrzuciliśmy to do internetu. Po tygodniu taka stara komódka poszła za 500 zł. A u nas tylko miejsce zajmowała – wspomina pan Henryk.
Po pierwszej transakcji postanowił się wziąć na poważnie za renowację. Jeździł po okolicznych wioskach i kupował rzeczy od sąsiadów, które były poukrywane w piwnicach i się marnowały. Przez pierwszy rok odremontował ponad 100 przedmiotów. W tym szafy, stoły, a nawet rowery. Wszystko sprzedawał w internecie.
- Po roku skończyły się w okolicy starocie, więc jeździłem nawet do Przemyśla i Krakowa. Kupiłem busa, założyłem firmę i jakoś to idzie. Na aukcjach mam dziennie ponad 50 przedmiotów – mówi pan Henryk.
Klienci, którzy chcą zobaczyć jego „śmieci”, przyjeżdżają nawet znad morza. Wszystko jest trzymane w starej stodole, która została przerobiona na minigalerię, by łatwiej się eksponowało meble, a przy okazji można było negocjować cenę.
Gdy okolica została już przegrzebana, obrał kurs za wschodnią granicę. Tam nadal stare meble traktuje się jak śmieci i można je kupić za bezcen.
- Za rustykalny stół zapłacę 100 hrywien, czyli jakieś 45 zł. Posiedzę nad nim 5-6 dni i sprzedaję za 3 tys. zł. Jak tam jeżdżę, to już w konkretne miejsca, które sobie wcześniej umówiłem, żeby nie kursować na pusto. Za każdym razem, jak widzę takie zasyfione meble, wyobrażam sobie, jak i co może się przydać w „stylowym i nowoczesnym polskim domu” - mówi z ironią Żelazny, pokazując zdjęcia z obdartymi meblami, które trafiły do nowobogackich rodzin.
Obecnie na jego aukcji jest ok. 60 przedmiotów od 500 do 10 tys. zł za sztukę.
Henryk nie chciał powiedzieć, ile miesięcznie zarabia, ale pochwalił się, że po 7 latach pracy kupił sobie kilka hektarów ziemi, postawił dom dla syna, a sam jeździ Mercedesem C320 z 2007 roku.
Człowiek z doktoratem zbiera śmieci????

|
|