ďťż


Joe Bonamassa (ur. 8 maja 1977) – amerykański gitarzysta i wokalista bluesowy, charakteryzujący się surowym, chrypkim głosem i znakomitą pod względem technicznym grą. Guitar One Magazine napisał, że jest on prawdopodobnie najlepszym gitarzystą swego pokolenia[potrzebne źródło]. Jego bluesrockowy styl porównywany jest do gry takich artystów jak Stevie Ray Vaughan, Kenny Wayne Shepherd i Jonny Lang.

Serdecznie polecam zapoznac sie z tworczoscia tego pana, szczegolnie przy okazji wydania plyty Black Country Communion (gdzie gra rowniez Glenn Hughes, Jason Bonham i Derek Sherinian). A milosnikom staroci polecam jego pierwszy zespol, powstaly dawno, dawno temu - Bloodline.

A tak poza tym witam wszystkich moim pierwszym postem. Dlugo szukalem takiego miejsca i mam nadzieje zostac tu na dluzej ;)


Nudziarz i ciul.
Nie jest aż tak tragiczny, ale zawsze IMO nierówny. Potrafi zasadzić pół płyty smętów i jeden morderczy heavy-bluesowy kawałek dla równowagi. BCC fajne, ale też jakby nierówne, ale w sumie z takich all-starów, które prawie zawsze są niewypałami to prezentują się całkiem całkiem.
Jest dotknięty typową chorobą współczesnego bluesrockera - bielactwem . Ratuje się tą swoją oszałamiającą technika, ale to bardziej znawców gitarowego wymiatania zachwyci.

http://www.youtube.com/watch?v=dFhSZyZ1Zts

Jeżeli ktoś chce posłuchać zbliżonego, "schematycznego" bluesiora - ale w autentycznie czarnym kolorze, to niech sięgnie po muzykę niejakiego Alberta Collinsa (a i na wiośle też nieźle wymiata):

http://www.youtube.com/watch?v=YQqnAiIQTQQ&feature=related

jest różnica


Zdecydowanie najlepszy gitarzysta młodego pokolenia )
Zapoznaje się z nim nieco dokładniej. I w sumie jak tego słucham (The Ballad of John Henry) zdaje sobie sprawę, że moje obawy były uzasadnione.

Muzyka ta jest, jak to zasugerował Ivoire nieco ciulowa. Jakaś taka grzeczna straszliwie, dla ulizanych chłoptasiów w bezrękawnych sweterkach ubranych na wyprasowaną, błękitna koszulę. I ma to tyle wspólnego z bluesem co oni.

Z drugiej strony całkiem miło się tego słucha, Bonamassa to faktycznie niezły gitarzysta, gra naprawdę sensownie, nie popisuje się jak idiota i warto go za to docenić.

Z trzeciej strony oprócz elektrycznego bluesa i hard rocka - w wersji lekko ciulowej, ale lepsze to niż melodic deatd metal, albo "indie" - facet lubi pograć pościelówy, które u bluesmanów brzmią wyjątkowo nędznie.

W dawnych czasach taki kolo miałby zespół, który pisałby własny materiał i jak by te numery były naprawdę dobre, byłby gwiazdą, a jak byłyby przeciętne - tak jak tutaj - to po latach znaliby go wyłącznie maniacy blues rocka. Dzisiaj wprawdzie nie ma już zespołów na miarę Cream i Led Zeppelin, ale przypuszczam, że nie zmieni to jego przeznaczenia - za 40 lat nikt nie będzie o nim słyszał...
z jego twórczości znam tylko zeszłoroczne "Dust Bowl" i chyba na tym się skończy moja znajomość z nim, bo z tego co czytam w poście powyżej, płyta ta reprezentuje całą jego twórczość - dobra gra na gitarze, niby wszystko w porządku, ale brak klimatu, no i pościelówy, których w wersji blues/bluesrockowej też nie lubię.

niemniej, na koncert przeszedłbym się bardzo chętnie, ale droooogo.
A ja żałuję, że tego Bonamassa Johna nie weźmie pod skrzydła ktoś bardziej doświadczony. Na przykład jakby - tak jak wielu wielkich gitarzystów - pograł u Mayalla to myślę, że dużo by mu to dało. Bo jak na razie to tutaj jest więcej potencji niż efektu i więcej gwiazdorstwa niż dobrej muzyki...



 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

   
 
  Joe Bonamassa
singulair.serwis