ďťż

no-man vel no man vel no man on an island vel nie-men - jeden z 275726757275 projektów pobocznych znanego z Porcupine Tree Stevena Wilsona, grający muzykę na pograniczu popa, jazzu, rocka, ambientu i trip-hopu. W jego skład, poza wspomnianym wyżej Wilsonem, wchodzi także wokalista Tim Bowness. Z zespołem współpracowało wielu znanych muzyków, jak Robert Fripp czy Lisa Gerrard.

Dyskografia:
Loveblows & Lovecries - A Confession (1993)
Flowermouth (1994) - mój ulubiony album, pełen leniwych i błogich, a zarazem pięknych dźwięków
Wild Opera (1996)
Dry Cleaning Ray (odrzuty z poprzedniej płyty) (1997)
((speak)) (nowe wersje pierwszych utworów, mimo, iż nie figuruje w oficjalnej dyskografii, warto się z nią zapoznać) (1999)
Returning Jesus (2001)
Together We're Stranger (2003) - to tez jest klawe
Schoolyard Ghosts (2008)


Slyszalem ze Presley go szanuje.
Kiedyś myślałem, czy by się za nich nie zabrać, ale nazwisko Stefana Wilsona jest dla mnie niemal gwarancją nudy, więc odpuściłem. Ale skoro mówisz, że pojawia się ta Fripp i Lisa Gerrard to spróbuję. W sumie nie takie rzeczy się ze szwagrem klepało
Znakomity zespół. Miałem wielką przyjemność widzieć ich jedyny raz w Polsce na koncercie w Krakowie. Zespół jest także bardzo różnorodny w swej twórczości. Do Wild Opery mamy elementy muzyki elektronicznej, która wręcz dominuje na nagraniach, a już od "Returning Jezus", osobiście mojej ukochanej płyty tego duetu są to melodyjne utwory przy użyciu gitary. Polecam właśnie ten album oraz ten, wydany zaraz po nim, czyli "Together We're Stranger".


Wild Opera właściwie możnaby jeszcze zakwalifikować jako trip-hop... dobrze, że no-man nie figuruje w sekcji progresywnej :> Tak czy siak - wszechstronność Stefana pokazuje (albo raczej pokazywała), że ma (miał?) coś do powiedzenia - pytanie, czy nadal coś mu zostało...

UMRZEMY.`
Słyszał ktoś o zespole wokalisty No-Mana? Nazywają się Henry Fool i na pierwszy rzut oka i wydaję się to psychodeliczne...

http://www.youtube.com/watch?v=m7Xe0xCSGbI

Znakomity zespół. Miałem wielką przyjemność widzieć ich jedyny raz w Polsce na koncercie w Krakowie. Zespół jest także bardzo różnorodny w swej twórczości. Do Wild Opery mamy elementy muzyki elektronicznej, która wręcz dominuje na nagraniach, a już od "Returning Jezus", osobiście mojej ukochanej płyty tego duetu są to melodyjne utwory przy użyciu gitary. Polecam właśnie ten album oraz ten, wydany zaraz po nim, czyli "Together We're Stranger".

Też ich widziałem i to było megaprzeżycie te 3,5 roku temu. Bowness ma niesamowity głos, a zespół bardzo dobrze wypada na żywo. Muzykę określiłbym jako po prostu piękną bez wdawania się w jakieś głębsze szufladkowanie. A od RJ czy TWS wolę Speak i Flowermouth (tam właśnie pojawił się Robert Fripp i wsamplowana Lisa Gerrard).

Dzięki temu zespołowi odkryłem Nicka Drake'a i Donovana (których covery znalazły się na albumie Speak - Pink Moon i River Song).

W ostatnich latach Tim wydał kilka solowych płyt (bo jego drogi z Wilsonem chyba się rozeszły...) Abandoned Dancehall Dreams to niedoszła płyta no-man. Bowness to jednak ciut wyższa półka niż Wilson.
Wiele w moim guście muzycznym się zmieniło, ale no-man w moim odczuciu nadal zostaje bardzo dobrym projektem. Lepszym na pewno od wszystkiego co Wilson zrobił.
Zgadza się. To bardzo ciekawa muzyka, inspirowana różnymi stylami. Choć dla słuchaczy może mieć jedną zasadniczą wadę - nie każdemu podejdzie głos Bownessa. Ja go uważam za piękny, ale są tacy, którzy go nie zdzierżą.

W ogóle niesprawiedliwe jest pisanie o tym duecie jako projekcie Wilsona. To jest projekt (zespół?) obu panów. A właściwie to był, bo chyba można już mówić o no-man w czasie przeszłym.
Przesłuchałem sobie "Wild Opera" i przyznam, że mniej w tym smętów niż w solowym Wilsonie, Deadwingach i innych dziadostwach - przyjemne to to jest, ale do Portishead czy nawet Bjork to startu nie ma. Ale powiedzmy sobie też jasno - Wilson od dawna nie ma nic do powiedzenia, facet miał swoją szansę, a wolał robić kopię Pink Floyd a obecnie też i King Crimson.
Dla mnie to trochę człowiek, który wielu rzeczy próbował, w wielu był/jest dobry, ale w żadnej genialny.
Swoją drogą ciekawym jest, że początkowo to no-man był głównym zespołem Wilsona (zespołem pop, z którym chciał zrobić karierę), a Porcupine Tree zespołem pobocznym (co się zaczęło zmieniać mniej więcej między Up The Downstair a The Sky Moves Sideways).
No-man to ambitny pop, czasem z nutką rocka, jazzu, czasem trip-hopu, chyba w tej kategorii trzeba go rozpatrywać.
W sumie patrząc na ten zespół widać, jak dobrze wpływał na niego silny partner (mam na myśli upór i własną wizję muzyki). Kiedy go brakło, poziom dość znacznie spadł.



 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

   
 
  no-man
singulair.serwis