ďťż

Moglibyście podać tytuły płyt, które Waszym zdaniem nie powinny ujrzeć światła dziennego.
Chodzi mi głownie o gatunki: Heavy Metal, Power Metal, Hard Rock ale jak trzeba to mogą być też inne.
Pytam się, ponieważ chciałbym przesłuchać owe płyty. Naszło mnie podczas słuchania "Born Again" i" Never Say Die" Sabbath'ów. Mnie na przykład te płyty nie odrzucają, wręcz przeciwnie.


Wszystko Flametal po debiucie. Tak mi przyszło do głowy jakoś...
Debiut Beatlesów HEHEHE

PS A ja tam Never Say Die też bardzo lubie

A ja tam Never Say Die też bardzo lubie

Bo to fajny hard rock. Płyta ma po prostu pecha, że nagrał ją Black Sabbath klasycznym składem i ocenia się ją w kontekście Paranoid i Master of Reality, co bardzo zaniża jej oceny. dnia Pią 19:47, 09 Grudzień 2011, w całości zmieniany 1 raz


czego nie da się powiedzieć o Technical Ecstasy, które słabe jest samo w sobie
Misplaced Childhood Marillion, bo podchodziłem do tego zespołu tysiącpięćsetstodziewięćset razy (i to zanim poznałem to forum) i nigdy nie zrozumiałem, co tam jest fajnego, poza Kayleight, które jest dobrym kawałkiem, ale dobrym jako kawałek pop, a nie prograk.
No i Drim Fiutery też mogłyby nie istnieć, straszne nudy na pudy.

Misplaced Childhood Marillion, bo podchodziłem do tego zespołu tysiącpięćsetstodziewięćset razy (i to zanim poznałem to forum) i nigdy nie zrozumiałem, co tam jest fajnego, poza Kayleight, które jest dobrym kawałkiem, ale dobrym jako kawałek pop, a nie prograk.
No i Drim Fiutery też mogłyby nie istnieć, straszne nudy na pudy.


Ja do tej pory nie rozumiem. Nie najgorszy wstęp, dwa takie sobie utwory pop, a potem ciągnąca się niczym guma do żucia nieustająca nuda może z paroma lepszymi momentami (bo nawet nie utworami). I te landrynkowo-kiczowate solówki Rothery'ego, pasujące do zaangażowanego wokalu Fisha jak pięść do nosa.

czego nie da się powiedzieć o Technical Ecstasy, które słabe jest samo w sobie

Też się nie zgadzam. Fajny melodyjny hard rock. Może i nawet jest to najsłabszy Sabbath z Ozzym (chociaż osobiście wolę go niż Never Say Die, za różnorodność), ale i tak podoba mi się sto razy bardziej niż cokolwiek, co Sabsi nagrali po jego odejściu.

Wiem co się nie powinno ukazać! Death Magnetic. Pisałem już o tym dużo w wątku o Mecie, więc tutaj eseistykę sobie podaruję. W kilku słowach więc - nudna, potwornie komercyjna, infantylna, szpanerska aż do wieśniactwa papka.
Death Magnetic? A St. Anger?

Dobra przemyślałem sobie swoje zachowanie i racja. Dłużej słuchałem prymitywnego Angera niż Death Magnetica usianego przesterami i beznadziejnymi melodyjkami. Na dodatek Unforgiven III był beznadziejny.

Jak dla mnie to mógłby nie istnieć ostatni album Nightwisha Takiej nudy to ja dawno nie zaznałem.

Death Magnetic? A St. Anger?

St. Anger spoko płyta. Za długa, toteż nie zdarza mi się jej słuchać w całości, ale lubię ją. Nieporównywalnie bardziej od DM, który uważam za po prostu żenujący
O, i ostatnia płyta Ironów. Też by mogła nie istnieć
a Lulu? ja się nie wypowiem, bo nie słyszałem, ale ciekaw jestem co sądzą ci, którzy słyszeli. powinna powstać, czy nie?
Z Ironów to w ogóle po 1995 mogłoby się nic nie ukazywać. I między 90 a 93
Lulu? Dobrze że powstała. Dzięki temu wiem że na taką twórczość szkoda czasu
Ale sama jakość płyty to jeszcze nie jest wyznacznik tego czy powinna powstać czy coś... Lulu może być kontrowersyjne albo nawet fatalne ale komu szkodzi?

a Lulu? ja się nie wypowiem, bo nie słyszałem, ale ciekaw jestem co sądzą ci, którzy słyszeli. powinna powstać, czy nie?

Powinna i to bardziej niż większość tego, co Meta od co najmniej kilkunastu lat gra.

Tu masz bardziej szczegółową moją tej płyty ocenę: http://www.progrock.org.pl/content/view/7864/55/

a Lulu? ja się nie wypowiem, bo nie słyszałem, ale ciekaw jestem co sądzą ci, którzy słyszeli. powinna powstać, czy nie? Swego czasu była już o tej płycie dyskusja w temacie Metallicy, była również "kontrowersyjna" recenzja Bartosza. Przesłuchałem płytę, doznałem szoku i pozytywnie się rozczarowałem. To Metallica umie grać ambitną muzykę? Można się czepiać tego, że momentami zalatuje nudą, ale jest to na pewno najbardziej ambitny projekt tych panów. Przesłuchałem całą płytę z przyjemnością, jedynie 2 pierwsze kawałki mi się nie podobały, ale słuchałem ich tylko raz także nie wiem czy nie było to spowodowane szokiem jakiego doznałem. Metallica nagrała coś z zupełnie innej beczki i nie poległa. Lou Reed dodał tylko uroku i klimatu temu przedsięwzięciu, chociaż zarówno krytyka, jak i fani wyrzygali się na tę płytę. A moim skromnym zdaniem to najlepsza rzecz jaką zrobili od ...And Justice For All. A co do pytania czy powinna powstać? Jeżeli już nie rozwiązali się po Master of Puppets, to chwali się poszukiwanie jakiegoś nowego brzmienia i innego podejścia do muzyki. Bo taki Death Magnetic był krokiem w tył, na Lulu zrobili ogromny krok naprzód, i jeżeli odnajdą się w takiej konwencji na kolejnej płycie już bez Reeda, to może być dobrze
Pozytywnie się rozczarowałeś? Gratuluję, mi to nigdy nie wychodzi
Zgadzam się z Panami, jeśli Metallica pójdzie w tą stronę ale bez umierającego Reeda to wtedy uznam że Hetfield i spółka zrobili krok do przodu. Konwencji mówię tak, zdychaniu przy mikrofonie stanowcze nie.

Jasne że jakość płyty nie jest wyznacznikiem tego czy powinna ona się pojawić czy nie ale pozostaje pewien niesmak. To jednak nie był decydujący argument
E tam. Wokal Reeda jest, obok jego rzężenia na gitarze największym atutem Lulu. Gdyby tam śpiewał Dżejms Hetfilt płyta byłaby dużo gorsza. Zresztą to właśnie jego kowbojskie wokale są tym, co obniża jakoś zarówno Lulu, jak i płyt Metalliki...
A czy ja powiedziałem że w roli wokalisty widziałbym zamiast Reeda Jamesa? Obaj panowie jęczą tak samo beznadziejnie.

E tam. Wokal Reeda jest, obok jego rzężenia na gitarze największym atutem Lulu. Gdyby tam śpiewał Dżejms Hetfilt płyta byłaby dużo gorsza.
A czy ja powiedziałem że w roli wokalisty widziałbym zamiast Reeda Jamesa? Obaj panowie jęczą tak samo beznadziejnie. Czyżby narodził się nowy ruch społeczny: "Metallica bez Jamesa H."?

To tak jakby Dylan nagrał płytę z Bon Jovi, to by się zaczęło, że Dylan fałszuje a Jon tak pięknie i delikatnie śpiewa

Mniej więcej. Może z tą różnicą, że o ile Jon Bon Jovi faktycznie potrafi śpiewać, o tyle Hetfield, jak przyznał kolega Jarczysław nie.

Różnica jednak między Reedem czy Dylanem, a Jamesem polega na tym, że dwaj pierwsi na swoim "fałszowaniu" zbudowali naprawdę wielką sztukę, natomiast Hetfield po prostu jęczy...
Podziwiam Wasze zdolności do dostrzegania piękna gdzie przeciętny kowalski taki jak ja widzi tylko nędzę

Mimo iż jestem fanboyem DT uważam że ostatni album nie powinien powstać. Na całym krążku jest 1 (słownie: jeden) utwór który brzmi przyzwoicie. Reszta to wszystko beznadzieja pana LaBrie który zaczyna mi działać na nerwy.

Podziwiam Wasze zdolności do dostrzegania piękna gdzie przeciętny kowalski taki jak ja widzi tylko nędzę

Na tym właśnie polega cała awangarda - na odkrywaniu piękna w brzydocie.

A nowe DT mnie irytuje. Zwłaszcza brzmienie mi się nie podoba. A kompozycje są zwyczajnie nudne. Nie wydaje mi się, żeby ten zespół był jeszcze zdolny do nagrania czegokolwiek sensownego. Bo jak ich nigdy nie lubiłem, tak muszę przyznać, że Awake, czy Metropolis Pt. 2: Scenes from a Memory nie są złe (przynajmniej fragmentarycznie) i rozumiem, że mogą się komuś podobać. Ale to, co zespół nagrywa w ostatnich latach to jest już taka równia pochyła, że naprawdę powinni albo się rozwiązać, albo wreszcie wziąć się w garść. Polecałbym starą jazzową metodę - radykalną zmianę składu

Jak dla mnie to mógłby nie istnieć ostatni album Nightwisha Takiej nudy to ja dawno nie zaznałem.
Ten zespół w ogóle nie powinien istnieć, a co dopiero jego płyty.

Natomiast biorąc pod uwagę wtopy wielkich wykonawców:
Pink Floyd - "Obscured by Clouds" (Idealny prezent dla wroga, który jest równocześnie fanem Floydów)
Yes - mogliby skończyć karierę "Dramą" i już więcej nic nie nagrywać.
Leonard Cohen - "Death of a Ladies Man" (koszmarny album w aranżacji typu Tom Jones, estrada i cała sala śpiewa z nami)
Obscured by Clouds jest nudna i straszliwie poniżej poziomu i możliwości Pink Floydów, ale są tam ze trzy utwory, bez których jednak świat byłby nieco uboższy.

Odnośnie Yes nie zgadzam się w ogóle. Ostatni ich dobry album to nie Drama a Cyferki - ewidentnie od Dramy lepsze. Wiem, że Cyferkami Yes się sprzedało, ale przecież można się sprzedać z klasą! Natomiast praktycznie wszystko to, co było później to zupełna klęska.

Obscured by Clouds jest nudna i straszliwie poniżej poziomu i możliwości Pink Floydów, ale są tam ze trzy utwory, bez których jednak świat byłby nieco uboższy.

Odnośnie Yes nie zgadzam się w ogóle. Ostatni ich dobry album to nie Drama a Cyferki - ewidentnie od Dramy lepsze. Wiem, że Cyferkami Yes się sprzedało, ale przecież można się sprzedać z klasą! Natomiast praktycznie wszystko to, co było później to zupełna klęska.


To samo miałem zamiar napisać w odpowiedzi na post Kobaiana.

"Obscured by Clouds" to w gruncie rzeczy całkiem interesująca rzecz. Często wieje tam nudą, albo raczej momentami bardzo nuży, ale nie wyobrażam sobie żeby jej nie było. Z takich rzeczy wole "More", ale bez "OBC" i tych kilku utworów rockowy świat muzyczny byłby uboższy. Mimo wszystko. Jeśli już to na prezent dla fana Pink Floyd, który jest naszym wrogiem nadaje się doskonale "AMLOR".

Też uważam, że Cyferki były ostatnim przyzwoitym albumem Yes. To co grali później jest bardzo słabe a powrót wręcz nieznośnie żenujący. Jakbym miał kogoś katować włączałbym mu "Big Generator". Nie wiem czy w KGB podczas przesłuchań nie używano tej płyty.
Najnowsza płyta Purpli - nie jest zła ale jakby jej nie było to by się nic nie stało
Ciężko powiedzieć. Na pewno żadnej, która by była tak wielce dla młodego "alternatywnego" pokolenia przyciągająca, że zamykała by ich na muzykę kompletnie.

Odnośnie Yes nie zgadzam się w ogóle. Ostatni ich dobry album to nie Drama a Cyferki - ewidentnie od Dramy lepsze.
Zgadzam się, że nie takie Cyferki złe, jak je malują, niemniej Drama jest dla mnie na podobnym poziomie. Trochę inna kategoria muzyki, więc może ciężko porównywać (bo pisząc o Cyferkach, trzeba mieć świadomość, że to pop), ale na Dramie jest na pewno kilka bardzo fajnych motywów.

Ostatnio doszliśmy chyba jednogłośnie do wniosku, że nic byśmy nie stracili, jakby nie istniał debiut Van der Graaf Generator - "Aerosol Grey Machine".
Podobnie mam z debiutem Focusa (ale też nigdy się jeszcze jakoś mocno nie wsłuchałem), debiutem Genesis (aż trudno uwierzyć, że zespół przeszedł taką metamorfozę) i z drugim albumem Petera Gabriela.
„Aerosol grey machine” de facto nie jest płytą VdGG! Nie dawajmy sobie narzucać wersji, będących w istocie formą różnych zakulisowych gier włodarzy przemysłu muzycznego. To troszkę tak jak z „płytą solową” Nicka Masona - „Nick Mason’s fictitious sports”. Oficjalnie to jego album, natomiast tak naprawę wyglądało to zgoła inaczej … Debiutu Focus bym bronił. Nie jest to album wybitny, ale na pewno nie jakoś specjalnie nieudany. Na tle całej dyskografii zespołu to gdzieś tak, mniej więcej, czwarte miejsce, a więc zupełnie nieźle. Prawdziwym potworkiem jest natomiast taki „Focus con Proby”. Debiutanckiemu krążkowi wyraźnie ustępują także „Mother Focus” i „Ship of memories”, nie wspominając o dwóch ostatnich płytach studyjnych. Dwójeczka Gabriela jest faktycznie dość denna, ale jest tam przynajmniej perełka w postaci „White shadow”.

Płyt zdecydowanie nieudanych jest niestety bardzo dużo. W zasadzie większość płyt rockowych nadaje się na przemiał. Takie większe rozczarowania, jakie przychodzą mi od razu na myśl to choćby takie pozycje jak:

Jethro Tull – Under wraps – prawdziwa esencja kiczowatego brzmienia a la ’80. W warstwie kompozytorskiej także straszna bieda.

Mike Rutherford – Acting very strange – mało finezyjna rąbanka. Świetny przykład na to, że nie powinno się na siłę dążyć do muzycznej metamorfozy, jeśli nie ma się pomysłu na zmianę Inna sprawa to po co Mike zdecydował się śpiewać w tych utworach ? (na szczęście nigdy potem nie popełnił już tego błędu).

Steve Hackett – Cured – wszystko jest tu kiepskie, nawet okładka.

The Who – It’s hard – każda płyta po “Quadrophenii” to gigantyczna („Face dances”), spora (“Who are you”) lub umiarkowana (“Who by numbers”) wtopa. Jednak „It’s hard” przebija je wszystkie!

Kansas - Power – tragiczny album, nawet wokal Walsha jest nie do zdzierżenia, a przecież w latach 70-tych był to zupełnie niezły wokalista. Brzmi to jak typowa pop-rockowa papka na modłę amerykańską. Płyta potwierdziła, że bez Kerry’ego Livgrena ten zespół nie istnieje w sferze kompozytorskiej.

Steve Howe – Beginnings – moim zdaniem najgorszy album solowy nagrany przez muzyka Yes w latach 70-tych. Nudny jak flaki z olejem. Spektakularna porażka artystyczna.

Gentle Giant – „Civilian”, choć w zasadzie wszystkie trzy ostatnie płyty tego zespołu mogłyby nigdy nie powstać. Porównując je z ich osiągnięciami z lat 1970-1976 trudno nie zauważyć zagubienia i wyjałowienia pomysłów. Giganci sprawiają na nich wrażenie osobnika, który robi coś, do czego zupełnie się nie nadaje.

Camel – A single factor – to wydawnictwo nie powinno nigdy ujrzeć światła dziennego. Jest to kolejny przykład cynicznej działalności wytwórni płytowej, która zmusza zmęczonego i wypalonego muzyka do wywiązania się z zobowiązań kontraktowych. Biorąc pod uwagę ogromne zawirowania personalne w zespole w tym czasie chyba inaczej nie mogło się to skończyć. Są wprawdzie na tej płycie niezłe kawałki, takie jak: „Heroes” i „Sasquatch”, ale ogólnie jest to obraz nędzy i rozpaczy.

Generalnie, jeśli ktoś lubi się pastwić nad twórczością muzyków rockowych zaczynających swoją karierę gdzieś na przełomie lat 60-tych i 70-tych to lata 80-te i późniejsze dekady stwarzają mnóstwo możliwości dokopania im. Ciekawsze byłoby na pewno poszukanie takich spektakularnych wpadek w latach 70-tych. Częstokroć są to jednak dość kontrowersyjne tematy. Niektóre płyty są przecież skrajnie różnie oceniane.

Płyt zdecydowanie nieudanych jest niestety bardzo dużo. W zasadzie większość płyt rockowych nadaje się na przemiał.
Debiutu Focus bym bronił. Nie jest to album wybitny, ale na pewno nie jakoś specjalnie nieudany. Na tle całej dyskografii zespołu to gdzieś tak, mniej więcej, czwarte miejsce, a więc zupełnie nieźle. Prawdziwym potworkiem jest natomiast taki „Focus con Proby”. Debiutanckiemu krążkowi wyraźnie ustępują także „Mother Focus” i „Ship of memories”, nie wspominając o dwóch ostatnich płytach studyjnych.
No właśnie, z wymienionych przez Ciebie płyt "ustępujących debiutowi" znam tylko "Mother Focus" Szczerze mówiąc, ciężko mi porównać do debiutu, bo od dawna nie wracam do tych albumów i nie zapadły mi szczególnie w pamięć. Przyznaję jednak, że na "Mother Focus" nie działo się praktycznie nic. Debiut za to jawi mi się jedynie jako nieśmiały przedsmak ich późniejszej twórczości, niczego niezwykłego tam nie znalazłem. Ogólnie na podstawie tych pięciu albumów Focusa, które znam, dyskografia ich wydaje mi się niezbyt bogata muzycznie - powtarzali się, powielali swoje pomysły itp. Dla mnie tak wyraźnie pozytywnie na tle innych wybija się "Moving Waves" i Trójka - zwłaszcza to drugie. Wielu bardzo chwali też "Hamburger Concerto", ale na mnie jakoś nie zrobiło wielkiego wrażenia - obawiam się, że przez zbyt mało uważne słuchanie, bo podobno są tam jakieś wielkie "odniesienia do muzyki poważnej", czy coś (Kapitan tak mówił). Ja, słuchając tej płyty, poczułem rozczarowanie, bo znowu usłyszałem motywy z poprzednich płyt i w ogóle jakoś nie odkryłem tam niczego świeższego.
Był taki niemiecki progresywny zespół Triumvirat - może troszkę udający Emerson, Lake & Palmer, tylko klawiszowiec nieco mniej nachalny. Ogólnie przyjemne mieli te wszystkie albumy, aż do płyty A La Carte, która jest tragiczna, popowa, plastikowa i brak mi słów w ogóle.

„ Ciekawsze byłoby na pewno poszukanie takich spektakularnych wpadek w latach 70-tych. Częstokroć są to jednak dość kontrowersyjne tematy. Niektóre płyty są przecież skrajnie różnie oceniane.

Ponieważ ostatnio było o Jethro Tull, to mam takiego kandydata - "War Child" z 1974 . W zasadzie nie pamiętam ani jednej kompozycji, do której chciałbym wracać. Całość jest dodatkowo spaskudzona udziwnionymi dźwiękami i "wyróżnia się" nierówną jakością dźwięku poszczególnych utworków. Ponoć miał to być jakiś soundtrack do filmu - ale to niczego nie tłumaczy. Co ciekawe, płyta ta "wyskoczyła" z firmy Jethro Tull pomiędzy bardzo solidnymi wyrobami; "A Passion Play" i "Minstrel in the Gallery" - czyli w okresie, gdy zespół był ogólnie w wysokiej formie.
Faktycznie "War child" to mocno przeciętna płyta. W zasadzie podoba mi się na niej tylko jeden utwór - "Skating away on the thin ice of the new day". Co ciekawe, na przestrzeni lat miała ona u nas dobrą prasę, w przeciwieństwie do "A passion play", którą niemiłosiernie glanowano. Na Zachodzie było zresztą podobnie. Do dzisiaj nie rozumiem tych ocen.


Dlatego nie znam płyt Focusa wydanych po "Mother Focus", nie znam albumów Camela wydanych po "Nude", nie znam krążków Gentle Giant wydanych po "Interview", nie znam albumów Jethro Tull wydanych po "A", nie znam płyt The Who wydanych po "Who Are You" itd.


Akurat w wypadku Camel to płyt z lat 80-tych i 90-tych można posłuchać. Może z wyjątkiem koszmarnego „A single factor”. Nie są one na pewno gorsze od ich albumów wydawanych pod koniec lat 70-tych („Breathless”, „I can see your house from here”). Czasami nawet nieco lepsze. Rzeczy na miarę „The snow goose”, „Mirage” czy „Moonmadness” tam nie znajdziemy, ale wstydu nie ma. W wypadku tego zespołu nie ma aż tak radykalnej dysproporcji w poziomie poszczególnych albumów. Wynika to między innymi z tego, że nie popadli oni tak mocno w komercję, co przytrafiło się ich bardziej znanym kolegom.

Rzeczy na miarę „The snow goose”, „Mirage” czy „Moonmadness” tam nie znajdziemy, ale wstydu nie ma.
Za "Moonmadness" akurat wcale nie przepadam - jeśli zna się trzy pierwsze albumy Camela, to "Moonmadness" niczym nie zaskoczy. Szczerze mówiąc, o wiele bardziej kręci mnie debiut, który cenię wysoko, bo to jednak na nim w bardzo dużym stopniu ukształtował się muzyczny styl Camela - już na tym pierwszym krążku muzyka zespołu brzmi zupełnie dojrzale.
Dopiero "Rain Dances" wnosi coś świeższego w twórczości Camela. Na "Breathless" można narzekać, że to już lekki odskok w stronę komercji i popowej słodyczy, ale przynajmniej mamy do czynienia z jakąś nową odsłoną Camela, w przeciwieństwie do "Moonmadness", który to album wydaje mi się jakby zbyt zachowawczy.
Skoro już zeszliśmy na Camel to w sumie nawet nigdy nie porwałem się dalej niż Moonmadness, i w sumie, tak jak Rzepa (no bo aż się prosi), bardzo lubię debiut. Rain Dances już w ogóle mnie jakimś takim lukrem odrzuca, fe. dnia Sob 19:27, 06 Lipiec 2013, w całości zmieniany 1 raz
Debiut jest dobry, aczkolwiek ma także swoje wady natury technicznej i artystycznej. Nie najlepsza produkcja, kiepskie partie wokalne, pewna niezborność stylistyczna (choć debiutantom takie rzeczy się wybacza). Co ciekawe, muzycy te najlepsze kawałki zostawili sobie na następną płytę („Lady fantasy” i „White rider”), gdyż, ich zdaniem, nie pasowały one do stylistyki tego albumu. A propos początków bandu Latimera to koniecznie trzeba by wspomnieć o „albumie zerowym”, wydanym w 1992 roku. Chodzi o koncertowy krążek „Camel on the road 1972”, nagrany jeszcze przed ich pierwszą płytą. Znalazły się na nim dwa utwory z „Mirage”, jeden z debiutu oraz kompozycja będąca magnum opus pierwszej solowej płyty Petera Bardensa - „The answer” (pod nieco zmienionym tytułem „God of light revisited”). Przyznam, że ten koncert podoba mi się znacznie bardziej niż nagrany nieco później właściwy debiut studyjny. Grupa była wtedy prawdziwym zwierzęciem koncertowym. Te wersje utworów są jeszcze dość surowe, jednak zagrane brawurowo i z fantazją. Stylistycznie to taka mieszanka psychodelii („God of light revisited”), wczesnego Santany i rocka progresywnego. Pobrzmiewają na nim czasami klimaty canterberyjskie, szczególnie Caravan z najlepszego okresu. Szkoda, że grupa nie poszła w stronę takiego grania jak na tym koncercie – bardziej swobodnego, mniej słodkiego, jednocześnie bardziej zadziornego. Koncert potwierdził jednak poważną bolączkę zespołu – brak rasowego wokalisty. Była to zresztą, moim zdaniem, jedna z głównych przyczyn tego, że nigdy nie odnieśli oni jakiegoś spektakularnego sukcesu komercyjnego. W muzyce rockowej charyzmatyczny, solidny wokalista to podstawa. Na „Mirage” i szczególnie „Moonmadness” nijakie partie wokalne dość mocno kłują w uszy.
Mnie się zawsze wydawało, że akurat studyjny album Camela z 1973 r. jest, jak na debiut, naprawdę dojrzały stylistycznie i mocno zbieżny z tym, co zespół grał później. Gdy pomyślę o tym przeciętnym starcie Focusa, o którym już tu mówiliśmy, albo o wspomnianym również debiucie Genesis, to dostrzegam jednak poziom debiutu Camela, który stoi przecież na poziomie zdecydowanie porównywalnym do następnych płyt. Co do "słabych partii wokalnych", to ja akurat między poszczególnymi albumami nie widzę u Camela większych różnic: zawsze mniej więcej to samo - delikatny, klimatyczny śpiew, niewychodzący zuchwale na pierwszy plan, lecz "schowany" gdzieś tam w cieniu. I szczerze mówiąc, mnie to wcale nie "kłuje w uszy", bo przecież ten subtelny i skromny wokal był ważnym składnikiem tego charakterystycznego stylu Camela. Zespołów rockowych, w których wokal wiecznie wysuwa się na przód, było wystarczająco dużo. Nie wyobrażam sobie za bardzo Camela w tej konwencji. Dla mnie ta muzyka to przede wszystkim lekkość, zwiewność, subtelność i delikatność - a do takiego profilu głosy muzyków pasowały wybitnie.

Mnie się zawsze wydawało, że akurat studyjny album Camela z 1973 r. jest, jak na debiut, naprawdę dojrzały stylistycznie i mocno zbieżny z tym, co zespół grał później. Gdy pomyślę o tym przeciętnym starcie Focusa, o którym już tu mówiliśmy, albo o wspomnianym również debiucie Genesis, to dostrzegam jednak poziom debiutu Camela, który stoi przecież na poziomie zdecydowanie porównywalnym do następnych płyt.
Co do "słabych partii wokalnych", to ja akurat między poszczególnymi albumami nie widzę u Camela większych różnic: zawsze mniej więcej to samo - delikatny, klimatyczny śpiew, niewychodzący zuchwale na pierwszy plan, lecz "schowany" gdzieś tam w cieniu. I szczerze mówiąc, mnie to wcale nie "kłuje w uszy", bo przecież ten subtelny i skromny wokal był ważnym składnikiem tego charakterystycznego stylu Camela. Zespołów rockowych, w których wokal wiecznie wysuwa się na przód, było wystarczająco dużo. Nie wyobrażam sobie za bardzo Camela w tej konwencji. Dla mnie ta muzyka to przede wszystkim lekkość, zwiewność, subtelność i delikatność - a do takiego profilu głosy muzyków pasowały wybitnie.

Nie chodzi o to, aby wokal był mocny i wyeksponowany na pierwszym planie. Bardens, Latimer i Ferguson mieli dość ograniczoną skalę głosu, ponadto niezbyt charakterystyczną jego barwę. Największym problemem było jednak to, że na pierwszych płytach starano się te głosy „podrasować’ różnymi technikami studyjnymi i elektronicznymi. Słychać to na debiucie i szczególnie „Moonmadness” (choćby w „Spirit of the water”). Aby nie być gołosłownym: porównaj sobie wersje „Never let go” z debiutu (śpiewane przez Latimera), „Song within a song” z „Moonmadness” (śpiewane przez Fergusona) z koncertowymi wersjami tych utworów zarejestrowanymi na „A live record”. Tam wykonywał je nowy członek grupy Richard Sinclair. Różnica jest aż nadto słyszalna. Partie wokalne Sinclaira pokazały ile można było wyciągnąć jeszcze z tych tematów dysponując dobrym głosem i nienaganną interpretacją. Niestety Sinclair zagościł w grupie na krótko i w niezbyt ciekawym okresie, gdy z wolna zaczęli oni mocno spuszczać z tonu (1977-1978), szczególnie przypadek z „Breathless” jest tu symptomatyczny. W latach 80-tych na płytach Camel pojawiali się gościnnie różni wokaliści (m.in. Chris Rainbow, David Paton). Nie jest to bynajmniej kwestą przypadku. Latimer wiedział, że dysponuje dość ograniczonymi możliwościami wokalnymi, dlatego uciekał się do pomocy innych. Często zresztą z dobrym skutkiem, gdyż partie Patona i Rainbow wyróżniały się pozytywnie na płytach („A single factor”, „Stationary traveller”).



 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

   
 
  Płyty, które nie powinny istnieć
singulair.serwis