|
Poezja
singulair.serwis |
Zostałam poproszona o stworzenie tematu dotyczącego poezji, więc oto on.  Będę tutaj wrzucać ciekawe wiersze, które mogą Wam przypasować. Innych również zachęcam do tego typu aktywności. Na początek zacznę od literatury staropolskiej (na życzenie Heraklesa), ale wrzucę też kilka innych wierszy.
Gwoli przypomnienia - lit. staropolska to 3 epoki: średniowiecze, renesans, barok. Przez to jest ona niezwykle różnorodna. Chciałabym również podkreślić, że autorstwo wielu wierszy jest niepewne - nie istniały żadne prawa autorskie, poezja przepisywana była do sylw (łac. silva rerum - las rzeczy), często jedynej książki w domach tej odległej epoki. Czyli wiersze, które obecnie czytamy, mogą mieć od cholery błędów i należeć do kompletnie innych autorów. Ustalanie autorstwa to bardzo ciekawa, ale i trudna czynność, którą zajmują się edytorzy. Mogę kiedyś coś więcej napisać o ustalaniu autorstwa, jeżeli będziecie chcieli, choć znawcą w tej dziedzinie nie jestem. 
Mikołaj Sęp Szarzyński - klasyczne pozycje to sonety, bardzo charakterystyczne, bo o budowie 4, 4, 4, 2 wersy (sonet francuski - Kochanowski też go preferował). Bardzo ciekawe są również erotyki, których autorstwo jest niepewne. Znam dwóch badaczy Sępa i oboje się w tej kwestii nie zgadzają. Dla ułatwienia uznajmy, że Sęp świntuszył.
SONET I O krótkości i niepewności na świecie żywota człowieczego Ehej, jak gwałtem obrotne obłoki I Tytan prętki lotne czasy pędzą, A chciwa może odciąć rozkosz nędzą Śmierć - tuż za nami spore czyni kroki!
A ja, co dalej, lepiej cień głęboki Błędów mych widzę, które gęsto jędzą Strwożone serce ustawiczną nędzą, I z płaczem ganię młodości mej skoki.
O moc, o rozkosz, o skarby pilności, Choćby nie darmo były, przedsie szkodzą, Bo nasze chciwość od swej szczęśliwości Własnej (co Bogiem zowiemy) odwodzą.
Niestałe dobra! O, stokroć szczęśliwy, Który tych cieniów wczas zna kształt prawdziwy!
(Ciekawy artykuł, choć bardzo długi i niezwykle wnikliwy, napisał o tymże sonecie Andrzej Vincenz - to głównie dla Heraklesa, jeśli Cię zainteresuje Szarzyński).
Erotyk: [6.] Do Zosie
Będę się zawsze dziwował twojej piękności: nie szkodzi wiernej dalekość miłości. Bo, gdzie ciałem nie mogę być, tam myślą będę, a pierwej siebie niż ciebie zabędę. A dotąd się serce me smęcić nie przestanie, aż cię oglądam, me wdzięczne kochanie.
(Jeżeli czytając wiersz znajdziecie słowo czy fragment słowa np. w ta<ki>ej formie, to oznacza to rekonstrukcję słowa - mogło ono być nieczytelne. W tym erotyku akurat nie ma, ale w innych często się zdarzają.)
Jan Andrzej Morsztyn - o nim już pisałam w temacie o Kochanowskim. Słynny sonet o krzyżu i "łotrach" (zauważcie, że ten ma budowę 4-4-3-3!):
NA KRZYŻYK NA PIERSIACH JEDNEJ PANNY
O święta mego przyczyno zbawienia! Któż cię wniósł na tę jasną Kalwaryją, Gdzie dusze, które z łaski twojej żyją W wolności, znowu sadzasz do więzienia?
Z którego jeśli już oswobodzenia Nie masz i tylko męki grzech omyją, Proszę, niech na tym krzyżu ja pasyją I krucyfiksem będę do wytchnienia.
A tam nie umrę, bo patrząc ku tobie, Już obumarła nadzieja mi wstaje I serce rośnie rozgrzane piersiami.
Nie dziw, że zmarli podnoszą się w grobie, Widząc, jak kiedyś, ten. co żywot daje, Krzyż między dwiema wystawień łotrami.
Daniel Naborowski - o, np. takie cudo:
ZŁA ŻONA
Straszna burza morska bywa, Straszna woda, gdy rozléwa, Straszne pożogi ogniowe, Straszne powietrze morowe, Ciężka nędza niezleczona, Ale nad wszytko zła żona.
No dobra, to taki przedsmak. Będę uzupełniać temat. Czekam też na Wasze sugestie. 
Jedne z moich ulubionych wierszy:
Andrzej Bursa - Zbrodnia Luizy (ostatnia, siódma część przepięknego poematu "Luiza")
Wśród mahoniowych biurek lśniących płyt kredensów Stąpają nosorożce i mamuty czarne W salonie odczynionym przez wieczór z nonsensu Douglas chrapie w fotelu z poderżniętym gardłem
To Luiza sprawczynią tej zbrodni i bredni Ona szyny i mury zawiązuje w pętlę I cios miecza się spełni i piorun się spełni Ale piersi Luizy pozostaną piękne
Luiza wymuskana oddechem zachodów Wypasiona na stęchłej padlinie newrozy Nieprawdziwa jak mleczne brody starych bogów Nad pejzażami staje i rozpina grozę
Rozżarzona krwi igła sycząca na nerwach Tworzy brednie Luizy z kolorów powietrza Luiza to jest dramat co się nie rozegra I w tym jego fatalność że Douglas jest wieprzem
Józef Czechowicz - Przemiany
Żyjesz i jesteś meteorem lata całe tętni ciepła krew rytmy wystukuje maleńki w piersiach motorek od mózgu biegnie do ręki drucik nie nerw
Jak na mechanizm przystało myśli masz ryte z metalu krążą po dziwnych kółkach (nigdy nie wyjdą z tych kółek) jesteś system mechanicznie doskonały i nagle się coś zepsuło
Oto płaczesz po kątach trudno znaleźć przeszły tydzień linie proste falują - zamiast kwadratów romby w każdym głosie słychać w całym bezwstydzie Ostatecznego Dnia trąby
Otworzyły się oczy niebieskie widzą razem witrynę sklepową i Sąd przenika się nawzajem tłum - archanioły i ludzie chmurne morze faluje przez ląd ulicami skroś tramwaje w poprzek suną mgliste rydwany pod mostami różowe błyskawice choć grudzień
Otworzyły się oczy niebieskie widzisz siebie - marynarza w Azji a zarazem 3-letniego 5-letniego chłopca na warszawskim podwórku i siebie przed maturą w gimnazjum namnożyło się tych postaci stoją ogromnym tłumem a wszystko to ty nie możesz tego objąć szlifowanym w żelazie rozumem
Myśli proste falują światy zaćmiewa wichura gdzie wiatr dmie - gasną latarnie trąba w ciemności ponura i wołasz WŁADYKO PRZYGARNIJ
Otóż i jesteś umarły w mechanizmie poruszają się kółka ale nie te przez zepsucie się małej sprężynki spadłeś piękny meteorze na zupełnie inną planetę
Józef Czechowicz - Przemiany
https://www.youtube.com/watch?v=XTEYQ339a68
Józef Czechowicz - Przemiany
https://www.youtube.com/watch?v=XTEYQ339a68
Zaśpiewać "Przemiany" - niezwykłe wyzwanie, prawie niemożliwe. A Grechucie się udało. 
Johann Wolfgang Goethe - Prometeusz (przełożył: Jarosław Iwaszkiewicz)
Zakryj twoje niebo, Zeusie, Zasłoną chmur I ćwicz się niby mały chłopiec, Ciskając do celu W wysokie dęby i w szczyty gór; Ale musisz zostawić mi Ziemię moją I moją chatę, którejś nie budował, I moje ognisko, Którego żaru Zazdrościsz mi.
Nie znam nic biedniejszego Pod słońcem, jak wy, bogowie! Żywicie nędznie Cząstkami ofiar I dymem modlitw Wasz majestat, Cierpielibyście biedę, gdyby Nie dzieci i nie żebracy - Ci głupcy, pełni nadziei.
Gdy byłem jeszcze mały I pojęcia nie miałem o rzeczach, Zwracałem zabłąkane oko Ku słońcu, jak gdyby tam w górze Istniało ucho czułe na moje skargi, Istniało serce podobne mojemu, Litujące się nad prześladowanymi.
Któż mi dopomógł Przeciw bezczelności tytanów? Kto mnie ocalił od śmierci Lub od niewolnictwa? Czyż tego wszystkiego nie dokonałoś sarno, O święcie płonące serce? Płonące, dobre i młode, Czyś, oszukane, dzięki czyniło Temu, co śpi tam w górze?
Mamże czcić ciebie? I za co? Czyż kiedy ulżyłeś cierpieniom Choć jednego obciążonego? Czyś ty kiedy otarł łzy Chociaż jednemu znękanemu? Czyż mnie na męża nie wykuły Czas wszechpotężny I los odwieczny, Moi i twoi panowie?
Myślałeś może, Że nienawidzę życia, Że ucieknę na pustynię Dlatego tylko, Że nie wszystkie sny moje Dojrzały kwiatami?
Siedzę tu oto i lepię ludzi Podług mojego obrazu, Ród, który będzie do mnie podobny W cierpieniu i w płaczu, W używaniu i w radości, I w tym, że tobą będzie gardził Jak ja!
Edgar Allan Poe - Sen we śnie
Z pocałunkiem pożegnania, Kiedy nadszedł czas rozstania, Dziś już wyznać się nie wzbraniam: Miałaś rację - teraz wiem - Życie moje było snem, Cóż, nadzieja uszła w cień! A czy nocą, czyli w dzień, Czy na jawie, czy w marzeniu - Jednak utonęła w cieniu. To, co widzisz, co się zda - Jak sen we śnie jeno trwa. Nad strumieniem, w którym fala Z głuchym rykiem się przewala, Stoję zaciskając w dłoni Złoty piasek... Fala goni, A przez palce moje, ach, Przesypuje mi się piach - A ja w łzach, ja tonę w łzach... Gdybym ziarnka, choć nie wszystkie, Mocnym zawrzeć mógł uściskiem, Boże, gdybym z grzmiącej fali Jedno ziarnko choć ocalił!... Ach, czy wszystko, co się zda, Jak sen we śnie jeno trwa?
Charles Baudelaire - Padlina
Przypomnij sobie, cośmy widzieli, jedyna, W ten letni, tak piękny poranek: U zakrętu leżała plugawa padlina Na ścieżce żwirem zasianej.
Z nogami zadartymi lubieżnej kobiety, Parując i siejąc trucizny, Niedbała i cyniczna otwarła sekrety Brzucha pełnego zgnilizny.
Słońce prażąc to ścierwo jarzyło się w górze, Jakby rozłożyć pragnęło I oddać wielokrotnie potężnej Naturze Złączone z nią niegdyś dzieło.
Błękit oglądał szkielet przepysznej budowy, Co w kwiat rozkwitał jaskrawy, Smród zgnilizny tak mocno uderzał do głowy, Żeś nieomal nie padła na trawy.
Brzęczała na tym zgniłym brzuchu much orkiestra I z wnętrza larw czarne zastępy Wypełzały ściekając z wolna jak ciecz gęsta Na te rojące się strzępy.
Wszystko się zapadało, jarzyło, wzbijało, Jak fala się wznosiło, Rzekłbyś, wzdęte niepewnym odetchnieniem ciało Samo się w sobie mnożyło.
Czerwie biegły za obcym im brzmieniem muzycznym Jak wiatr i woda bieżąca Lub ziarno, które wiejacz swym ruchem rytmicznym W opałce obraca i wstrząsa.
Forma świata stawała się nierzeczywista Jak szkic, co przestał nęcić Na płótnie zapomnianym i który artysta Kończy już tylko z pamięci.
A za skałami niespokojnie i z ostrożna Pies śledził nas z błyskiem w oku Czatując na te chwilę, kiedy będzie można Wyszarpać ochłap zewłoku.
A jednak upodobnisz się do tego błota, Co tchem zaraźliwym zieje, Gwiazdo mych oczu, słońce mojego żywota, Pasjo moja i mój aniele!
Tak! Taką będziesz kiedyś, o wdzięków królowo, Po sakramentach ostatnich, Gdy zejdziesz pod ziół żyznych urodę kwietniową, By gnić wśród kości bratnich.
Wtedy czerwiowi, który cię będzie beztrosko Toczył w mogilnej ciemności, Powiedz, żem ja zachował formę i treść boską Mojej zetlałej miłości!
Piękny!
No tak, bardzo ladna jest ta Padlina.
Kilka rubajjatów Omara Chajjama:
Mądremu druhowi nie odmówię picia. Picie z przyjacielem jest osłodą życia. Lecz nie pij za dużo. Bacz na język bracie. Jeśliś jest po winie, masz wiele do skrycia.
* * *
Od kiedy są gwiazdy i niebo, i zorze Twym najlepszym tworem jest wino, mój Boże. I choć dziwimy się, to handlarz wina rzecz cenniejszą sprzedaje, niż sam kupić może.
* * *
Kiedy jestem trzeźwy, radości nie cenię. Kiedy się upiję, nic tylko bredzenie moje słychać wciąż. Czy nie lepiej byłoby wieść życie pośrodku? To me przeznaczenie!
* * *
Zrodzony na tym świecie, jak przede mną wielu, żyjąc, cierpiąc i szydząc odchodzę bez celu. Czy nie słuszniej było, przyznaj przyjacielu, lepiej się nie rodzić. Cóż po czczym weselu?
* * *
Trawa na tej łące, tak bujna i żywa pojona jest rzeczką, która ją opływa. Stąpaj po niej delikatnie, bo wyrosła z marzeń paniczyka, który tu spoczywa.
* * *
Komnatami świata, cień za cieniem snujemy się przez życie z marzeniem by rozumem pojąć sens tego przemarszu. Mądrość jednak bracie jest tylko zwątpieniem.
* * *
Wielkie fale smutku dziś targają tobą. Nie przepełniaj serca swego czczą żałobą. Raduj się! Pij wino! Bo nawet ziarenka z bogactwa świata nie zabierzesz ze sobą.
* * *
Jeśli w sercu twym brak wiary i pewności, gdy sceptycyzm cię zżera i brak ci radości, wychyl lepiej tę czarę słodkiego wina. Niewiele ci, bracie przyjdzie z twej trzeźwości.
* * *
Serce, które z innymi w smutku się nie brata, serce, które nie dzieli radości tego świata, na próżno bije. Takiego nie pragniemy. Dzień bez wina, pieśni, toż to czysta strata!
* * *
Mam zamiar nie pić już czerwonego wina. Ono swoim kolorem krew mi przypomina. O poranku sumienie mnie dręczy, ale wieczór o ranka zaklęciach zapomina.
Coś dla Johannana, bo chciał surrealistów, a to jest takie surrealistyczne, zresztą nie doczytałem tego zbioru poematów "W mroku gwiazd" ale taki mroczny surrealizm mi się podoba: Tadeusz Miciński - "Czarne Xięstwo"
Pną się we mnie czarne kwiaty - złote kwiaty, krwawe kwiaty. Nim Adonai przeklął Kainowe plemię, wirowały już te światy w ogniach Mocy i Tronów - i z kryształowych dzwonów płynęły w rajskich melodiach na ziemię.
Ach, moich szaleństw złowieszcze bachmaty wichrem spadających komet uniosły mię w zamek Chimery - gdzie na krzyżach rozpięte ciała umęczonych Andromed i niemych Sfingów twarze wniebowzięte. (...fosforycznie przyświecają w studniach głębokich - jednookich olbrzymów do się zapraszają...)
Na rubinowym szczycie, oplątana w liany zodiaków i sennych mgławic protosfery - ta Jeruzalem piekielna. Jako płonące świeczniki żarzą się wichrem rozszumione cedry. Wśród kolumn czarnych olbrzymiej katedry zaklęta postać leży Bereniki. (...a hymn jej grają zimowe bezdroża - a skrzydła nad nią roztaczają Samumy...)
***
Pośród nocy miesięcznej przez bory orszak magów płynie w adoracji - nad słoniami złota kiść akacji - to królowie wyklętej Gomory. W tańcu zwiewnym czarne bajadery lśnią skarbami podziemnej Golkondy - na warkoczach skrzą gwiazdy, drżą szmery, jak kwiat mango w ściskach anakondy. Wrzask tympanów, brzmią dzikie litaury, od pochodni goreją świątynie - to na Olimp się wdarły Centaury i w zadumie patrzą na boginię: (...a hymn jej grają zimowe bezdroża - a skrzydła nad nią roztaczają Samumy...) Nad cysterną - wśród gorącej, splątanej zieleni kwiat niewoli brudną krwią się mieni i zatapia w mrok siny swe łona - duch za kratą wytęża ramiona.
***
Kiedy w rajskim dziwnym śnie, kołysany szeptem tulipanów, w mgły srebrzyste przyoblokłem Cię na dalekiej wyspie Oceanów (w dziwnym rajskim śnie) - szafirową w ogniach różę wydałem z mego łona i łzy szczęścia w gwiazd wichurze przetopiłem w blask Oriona - ach, ujrzałem Cię: przeze mnie wyśnioną, przeze mnie na wiek potępioną.
Bóg mściwy wyrwał ten mój serca kwiat i wśród jaskiń księżyca pustyni duchy wężów się wzniosły w las pinii - a ze skał niebosiężnych, gdzie był chram, patrzył na mnie fosforyczny zimny gad - ze skał, gdzie się tuli śmierć do bram.
***
Ponad głębiami czarnych wód leżę w bezchwiejnym, cichym śnie i marzę - że ty przyjdziesz mnie tam strącić - w swój piekielny gród. Na uczcie króla Baltazara sfałszował mag żydowski, Daniel, jej złote imię Upharisim. A imię znaczy: - nieśmiertelny - i bogom równy! - zejdź w zimny wilgotny loch kościelny - i zabij tę, co w trumnie śni - - Mene - Mene - co w mroku lśni - - jej duszę - serce twe - - Mene - Mene!... - a ja Cię wzniosę - bóg piekielny - - ponad aniołów czyn niedokonany - ponad najgłębszą z gwiazd - o której mędrce marzą i szatany...
Micińskiego również cenię.
Jeden z najpiękniejszych wierszy na świecie: K. K. Baczyński - Wiersz o cierpieniu
Są ściany z wszystkich czterech stron jak pola pełne śniegu i mrok jest, chłód, jak gdyby dął ogromnej siły martwy biegun. To jest znużenie, może my tak śpimy mocno, biegnąc dalej. Teraz jest wieczór, będą sny, nim nas jak lampę dzień zapali. Widziałem dziś pociągu smugę, tę, co marzyła turkusów ląd, a niosła ciemne ludzkie drogi na śmierć, na śmierć, w zamarzły cień, do więzień śmierci, tak daleko, jak miłość jest daleko stąd. A ty, co siedzisz senna taka, słyszałaś dziś w ulicy wycie, krzyczało dziecko, może ptak, z którego ktoś wyrywał życie, jakby to była nić głęboka - tak pod tym czasem jest głęboko w ciemności samej krzyża znak. I ty, co obok czytasz śpiący, przewracasz kartki tak powoli, jak ciała, które huk gorący w twych oczach salwą dzisiaj spalił, A oni patrzą płonąc z wolna, jakby cię z książki kart poznali. I liczysz twarze, co się chwieją, w twych dłoniach czas je na proch pali, takie samotne jak chłód stali, jak tu samotna jest nadzieja. I stoją ściany martwych czynów, jakby w nie wiatr nasączył krwi, ściany zamknięte wspólną winą jak dom bez drzwi. I krzyż jest czarny zawieszony na iednej z czterech nagich ścian, i Bóg ogromny, jakby tony w przestrzeni zmarzłe wielkich dzwonów, i ciemność wieje z pięciu ran. My ciągle senni. Ból daleki, nie zrozumiany nigdy do dna, jak gdyby płomień przez powieki, tak kruszą nas mocarne rzeki i zastygamy w bryły chłodne. A ty, jak kochasz jeszcze, kiedy ukrzyżowany wzgardą Bóg, przed śmiercią w oczach miałeś wieki krwi pełne jak ciężkiego snu? Jakże ty, jeszcze, zmiażdżony w tłumie, imieniem swoim nazwać chcesz ciało, jakże ty, cierpisz, czy wieczność całą, Ty, co rozumiesz?
Tak, wiersz Baczyńskiego jest wspaniały. Dzięki za wklejenie.
Bardzo się cieszę, że Ci się podoba.
Jest więcej pięknych wierszy Krzysztofa. 
Ballada o wisielcach
I Kołyszemy się, kołyszemy, wmurowani w pejzaż szubienic. Wieje śmiercią znużoną. Jak kruk krąży niebo drapieżnie i cicho dzwoni wiatr u ostrogi nóg! Nocy inna, nie przyjdziesz, nie przychodź, Tylko dni obdrapany mur kończy ziemię wyrwaną krokom. Zaciśnięty wilgocią sznur - żalu lament skowyczy nad drogą. Jak upiory żerujemy na snach, jak upiory wypijamy życie. Nocą księżyc podchodził jak znak i jak oko wisielca z chmur wyciekł. Kołyszemy się, kołyszemy, wmurowani w pejzaż szubienic, pośród zdarzeń, zygzaków i gwiazd, z długich rąk wyrzucamy cienie - pętle palców na martwy sen miast. Wmurowani w pejzaż szubienic. II Ci sami w schodów dysonans wchodzimy co wieczór. do tych samych mieszkań, gdzie martwa żarówka ćmi. budzimy się jesienią, zawsze jesienią, oczy zawsze - w czarny wyrok drzwi. Potem w długie ulice, od mgły gęstniejące w realny opór. W nasze głowy - drzewa jesienne, słońce spada zachodem jak tupór. Potem dalej, potem dalej, potem dalej, w noc bezgwiezdną, w puste ręce łapać oddech, w korowody zaplątanych alej, w gwiazdy czarne i jak niebo - chłodne. Potem dalej, potem dalej, potem dalej, zawikłani w wodorosty zjaw i cieni, obudzimy się kołysząc, znów kołysząc, wmurowani w pejzaż szubienic. IX m. 1940 r.
I wracamy do staropola!
Wespazjan Kochowski - Votum Waśniowskie Pacierz mówiąc, acz rzadko, jeden piwożerca Na skruchę się zdobywa i tak westchnie z serca, Składając ręce w niebo: Ej, Boże mój, gdyby Morze się odmieniło w piwo, a my w ryby, Jako byśmy rozkosznie używali sobie, Tam żyli, tam skończyli i w tym legli grobie.
I wracamy do staropola!
Wespazjan Kochowski - Votum Waśniowskie Pacierz mówiąc, acz rzadko, jeden piwożerca Na skruchę się zdobywa i tak westchnie z serca, Składając ręce w niebo: Ej, Boże mój, gdyby Morze się odmieniło w piwo, a my w ryby, Jako byśmy rozkosznie używali sobie, Tam żyli, tam skończyli i w tym legli grobie.
Zawżdy człeka kusiły te same zagadki.
Luis de Camões - Luzjady
1. Boje opiewam i tych mężów chwały, Co z luzytańskich zachodnich wybrzeży, Na nieznajomych mórz biegli kryształy, Gdzie się nad fale Taprobana jeży, I niebezpieczeństw zwalczali nawały, Jak na niezłomnych przystało rycerzy, Aż nowe państwo wznieśli sławnym trudem Śród obcych ludów męstwa swego cudem, —
2. I owych królów wiekopomnej sławy, Co rozszerzając swoje panowanie, Azji, Afryki podbili dzierżawy, Niewiernych kłoniąc pod krzyża władanie; Co rycerskimi uwiecznieni sprawy Już nieśmiertelność wzięli w posiadanie. Pieśń ma ich poda ludom dla nauki, Gdy ty mię wesprzesz, o geniuszu sztuki!
3. Przestańmy sławić Trojanów lub Greków Morskie wyprawy i rycerskie czyny, Macedończyka bohatera wieków, Albo Trajana zwycięskie wawrzyny: Was sławię, których śród śmiałych zacieków Wiódł Mars z Neptunem, was, o Luza syny! Umilknij, Muzo, z pieśnią starożytną Przed tych wybrańców chwałą bardziej szczytną.
Całość: http://cyfroteka.pl/catalog/ebooki/35879/84771/ff/101/OEBPS/Text/ch1.xhtml
Bolesław Leśmian, Topielec
W zwiewnych nurtach kostrzewy, na leśnej polanie, Gdzie się las upodabnia łące niespodzianie, Leżą zwłoki wędrowca, zbędne sobie zwłoki. Przewędrował świat cały z obłoków w obłoki, Aż nagle w niecierpliwej zapragnął żałobie Zwiedzić duchem na przełaj zieleń samą w sobie. Wówczas demon zieleni wszechleśnym powiewem Ogarnął go, gdy w drodze przystanął pod drzewem, I wabił nieustannych rozkwitów pośpiechem, I nęcił ust zdyszanych tajemnym bezśmiechem, I czarował zniszczotą wonnych niedowcieleń, I kusił coraz głębiej - w tę zieleń, w tę zieleń! A on biegł wybrzeżami coraz innych światów, Odczłowieczając duszę i oddech wśród kwiatów, Aż zabrnął w takich jagód rozdzwonione dzbany, W taką zamrocz paproci, w takich cisz kurhany, W taki bezświat zarośli, w taki bezbrzask głuchy, W takich szumów ostatnie kędyś zawieruchy, Że leży oto martwy w stu wiosen bezdeni, Cienisty, jak bór w borze - topielec zieleni.
Bolesław Leśmian, Topielec
W zwiewnych nurtach kostrzewy, na leśnej polanie, Gdzie się las upodabnia łące niespodzianie, Leżą zwłoki wędrowca, zbędne sobie zwłoki. Przewędrował świat cały z obłoków w obłoki, Aż nagle w niecierpliwej zapragnął żałobie Zwiedzić duchem na przełaj zieleń samą w sobie. Wówczas demon zieleni wszechleśnym powiewem Ogarnął go, gdy w drodze przystanął pod drzewem, I wabił nieustannych rozkwitów pośpiechem, I nęcił ust zdyszanych tajemnym bezśmiechem, I czarował zniszczotą wonnych niedowcieleń, I kusił coraz głębiej - w tę zieleń, w tę zieleń! A on biegł wybrzeżami coraz innych światów, Odczłowieczając duszę i oddech wśród kwiatów, Aż zabrnął w takich jagód rozdzwonione dzbany, W taką zamrocz paproci, w takich cisz kurhany, W taki bezświat zarośli, w taki bezbrzask głuchy, W takich szumów ostatnie kędyś zawieruchy, Że leży oto martwy w stu wiosen bezdeni, Cienisty, jak bór w borze - topielec zieleni.
Fajnie, ze wrocilas, Fern Mast Bern.
Józef Czechowicz, Ballada z tamtej strony
o śmierci nic już nie wiem
o czarne okna i powieki trzepoce motylami pachnie sośniną modrzewiem dotyka co noc snami zza cichej rzeki gdzie mgła noga za nogą wlecze się w ciemny zakąt
trzyma w skrzynce niebieskawy akord skrzynki otworzyć nie mogąc
życie jest snem krótkim mówi głos z prawej strony życie snem krótkim wtóruje ze smutkiem głos lewy przyciszony życie snem krótkim to trzeci nieodgadniony
i wzbija się w szare niebo mgła z nieznanego oblicza a czas a ziemia dziewicza
o dlaczego wzrok twój nie schodzi z przedmiotów pod oknem leżących na stole z godziny w której żem się rodził ze skrzynki zamkniętej jak boleść z umarłych rąk czechowicza
Fajnie, ze wrocilas, Fern Mast Bern. No hej. 
Ten też piękny:
Bolesław Leśmian, Przemiany
Tej nocy mrok był duszny i od żądzy parny, I chabry, rozwidnione suchą błyskawicą, Przedostały się nagle do oczu tej sarny, Co biegła w las, spłoszona obcą jej źrenicą — A one, łeb jej modrząc, mknęły po sarniemu, I chciwie zaglądały w świat po chabrowemu.
Mak, sam siebie w śródpolnym wykrywszy bezbrzeżu, Z wrzaskiem, który dla ucha nie był żadnym brzmieniem, Przekrwawił się w koguta w purpurowym pierzu, I aż do krwi potrząsał szkarłatnym grzebieniem, I piał w mrok, rozdzierając dziób, trwogą zatruty, Aż mu zinąd prawdziwe odpiały koguty.
A jęczmień, kłos pragnieniem zazłociwszy gęstem, Nasrożył nagle złością zjątrzone ościory I w złotego się jeża przemiażdżył ze chrzęstem I biegł, kłując po drodze ziół nikłe zapory, I skomlał i na kwiaty boczył się i jeżył, I nikt nigdy nie zgadnie, co czuł i co przeżył?
A ja — w jakiej swą duszę sparzyłem pokrzywie, Ze pomykam ukradkiem i na przełaj miedzą? I czemu kwiaty na mnie patrzą podejrzliwie? Czy coś o mnie nocnego wbrew mej wiedzy — wiedzą? Com czynił, że skroń dłońmi uciskam obiema? Czym byłem owej nocy, której dziś juź nie ma?
Tak jak Bruegel jest jednym z moich ulubionych malarzy, tak Leśmiana mam za jednego z ulubionych poetów. Dodatkowo ze względu na rytmikę, poezja znakomicie by wyglądała w dobrej oprawie muzycznej. Z resztą są już muzyczne adaptacje jego wierszy, ale nie kojarzę żadnej na tyle wybitnej aranżacji muzycznej, na ile ta poezja by zasługiwała. Może ktoś zna coś, co wykracza poza smętne pitolenie przy ognisku?
Tak jak Bruegel jest jednym z moich ulubionych malarzy, tak Leśmiana mam za jednego z ulubionych poetów.
Julian Tuwim - Jak Bolesław Leśmian napisałby wierszyk „Wlazł kotek na płotek”
Na płot, co własnym swoim płoctwem przerażony, Wyziorne szczerzy dziury w sen o niedopłocie, Kot, kocurzak miauczurny, wlazł w psocie-łakocie I podwójnym niekotem ściga cień zielony.
A ty płotem, kociugo, chwiej, A ty kotem, płociugo, hej!
Bezślepia, których nie ma, mrużąc w nieistowia Wikłające się w plątwie śpiewnego mruczywa, Dziewczynę-rozbiodrzynę pod pierzynę wzywa Na bezdosyt całunków i mękę ustowia.
A ty płotem, kociugo, chwiej, A ty kotem, płociugo, hej!
Lubicie Edka Stachurę? Taki fragmencik z przepięknego poematu "Przystępuję do ciebie":
Przystępuję do ciebie - z rozpuszczonym włosem bo chciałbym jeszcze rzecz bardzo przejmującą napisać
zanim mnie przeniesiesz zanim mnie stąd przeniesiesz tam tym półkolem twojej ręki niezmierzonym
zanim mi odpowiesz - pozwól się zapytać
kiedy przejdę kiedy skończę nockę tam kiedy już rozpruję żywot mój i tam w twojej służbie śmiercionośnej
czy będę mógł czy będę jeszcze mógł tu na szosy skraj jak stoję wrócić zdrów
tym półkolem twojej ręki niezmierzonym
kiedy przejdę kiedy skończę nockę tam
Tak jak Bruegel jest jednym z moich ulubionych malarzy, tak Leśmiana mam za jednego z ulubionych poetów.
Julian Tuwim - Jak Bolesław Leśmian napisałby wierszyk „Wlazł kotek na płotek”
Na płot, co własnym swoim płoctwem przerażony, Wyziorne szczerzy dziury w sen o niedopłocie, Kot, kocurzak miauczurny, wlazł w psocie-łakocie I podwójnym niekotem ściga cień zielony.
A ty płotem, kociugo, chwiej, A ty kotem, płociugo, hej!
Bezślepia, których nie ma, mrużąc w nieistowia Wikłające się w plątwie śpiewnego mruczywa, Dziewczynę-rozbiodrzynę pod pierzynę wzywa Na bezdosyt całunków i mękę ustowia.
A ty płotem, kociugo, chwiej, A ty kotem, płociugo, hej! Tuwima też bym wymienił wśród tych, którzy robią na mnie wielkie wrażenie.
Rainer Maria Rilke Rycerz
Rycerz wyrusza odziany w stal na koniu w szumiący świat; a w świecie jest wszystko: jest dzień i jest dal, jest wróg i jest druh i jest bal wśród sal i jest maj i dziewczyna, jest las i jest Graal, i Boga pełen jest każdy cal i wszędy jego jest ślad.
Ale pośrodku zbroi rycerza, za najciemniejszym pierścieniem, czyha i myśli Śmierć zza pancerza: "Kiedyż przejasnym mgnieniem na stal tę runie klinga, co mści, klinga niosąca zaranie, co mnie dobędzie stąd jak lew, gdzie sromotnego gnicia tyle spędziłam dni, - bym się podniosła z ukrycia na granie na śpiew".
Fragment Kwiatów Polskich Tuwima, trochę wykastrowany, ale może przekona kogoś do przeczytania całych.
(...) Więc jak pachniałeś, bzie warszawski, Kiedy, rażąca i nieznośna, Przyszła, ruiny strojąc w blaski, Nowej niewoli pierwsza wiosna? Gdy szafirami cię uświetnił Bezwstydnie piękny strop niebieski, Ty, znad ogrodzeń wzdłuż Królewskiej, Z zarośli przy Teatrze Letnim, I ty, od Żabiej, od Niecałej I z tego wzgórza ponad stawem, Na którym, w owym wrześniu krwawym, Ptaki, od huku oszalałe, Przed śmiercią - jeszcze pożegnały Łabędzią pieśnią swą Warszawę! Jakżeś się wstydem nie zapłonił, Kiściami pachnąc obfitymi? Nic nie mów. Nie chcę znać tej woni. Lecz już chrapami rozdętymi Węszę twój mokry, chłodny zapach, Gdy znów nurtować będę w krzakach Świeżego bzu na wolnej ziemi. A, jakie salwy aromatu Zagrzmią z gałęzi twych kwitnących, Z pąków na wiwat pękających, Na zazdrość i na dziw armatom, Armatom tobą umajonym, Grzmocącym hordy rozgromione Tych zbirów, łotrów, szuj, psubratów, Szubrawców, rozbójników, katów - A to nie tylko o gestapo, O "hitlerowcach" czy "rasistach" Ta komplementów krótka lista. [. . . . . . . . . . . . . . . . . . . .] I wy, warszawskie psy, w dniu kary Psi obowiązek swój spełnijcie. Zwyjcie się wszystkie i zbiegnijcie Straszliwie pomścić swe ofiary, Za psy bombami rozszarpane, Za zmarłe pod strzaskanym domem, Za te, co wyły nad swym panem, Drapiąc mu ręce nieruchome; Za te, co z wdziękiem beznadziejnym Łasiły się do nieboszczyków, Za śmierć szczeniaków, co w piwnicy Jeszcze bawiły się w koszyku; Za biegające rozpaczliwie, Pozostawione po mieszkaniach, W dymie duszące się, półżywe, Pamiętające o swych paniach; Za nastroszone, za wierzące, Że człowiek wróci - bo pies czeka; I tak, w pozycji czekającej, Siadł ufny pies na grób człowieka; Za wzrok błagalny, przerażony Tumultem, trzaskiem, pożarami, Za psy, co same pazurami W ogrodach ryły sobie schrony - Za wszystkie męki i niedole, Własne i tych, co was kochali Śród wspólnych ścian i śród rozwalin, Zwyjcie się, bracia, na Psie Pole! Niechaj w was wściekłe piany wzbiorą I hurmem w trop zdyszaną sforą. W trop, kiedy z Polski będą dymać I tylko pludry w garści trzymać! O cegły gruzów kły wyostrzcie I o zbielałe ludzkie koście, A gdy ich dopadniecie - skoczcie Do grdyk, brytany, do gardzieli! Ostrymi kłami wgryźć się, szarpnąć, By nie zdążyli, hycle, charknąć! Do grdyk, wilczyce! A pazury W ślepia! by nawet nie mrugnęli. A powalonych niech opadną Wojska pomniejszych psów-mścicieli, Niech ich poszarpią na kawały, Żeby i matki nie wiedziały, Gdzie szukać rozwłóczonych cząstek!...
Bo nasze - też nie znajdywały Główek swych dzieci, nóżek, piąstek...
Czekamy ciebie, czerwona zarazo, byś wybawiła nas od czarnej śmierci, byś nam kraj przedtem rozdarłszy na ćwierci, była zbawieniem witanym z odrazą. Czekamy ciebie, ty potęgo tłumu zbydlęciałego pod twych rządów knutem, czekamy ciebie, byś nas zgniotła butem swego zalewu i haseł poszumu. Czekamy ciebie, ty odwieczny wrogu, morderco krwawy tłumu naszych braci, czekamy ciebie, nie żeby zapłacić, lecz chlebem witać na rodzinnym progu. Żebyś ty wiedział, nienawistny zbawco, jakiej ci śmierci życzymy w podzięce, i jak bezsilnie zaciskamy ręce, pomocy prosząc, podstępny oprawco. Żebyś ty wiedział, dziadów naszych kacie, sybirskich więzień ponura legendo, jak twoją dobroć wszyscy tu kląć będą, wszyscy Słowianie, wszyscy twoi bracia. Żebyś ty wiedział, jak to strasznie boli nas, dzieci Wielkiej, Niepodległej, Świętej, skuwać w kajdany łaski twej przeklętej, cuchnącej jarzmem wiekowej niewoli. Legła twa armia zwycięska czerwona u stóp łun jasnych płonącej Warszawy i ścierwią duszę syci bólem krwawym garstki szaleńców, co na gruzach kona. Miesiąc już mija od powstania chwili, łudzisz nas czasem dział swoich łomotem, wiedząc, jak znowu będzie strasznie potem powiedzieć sobie, że z nas znów zakpili. Czekamy ciebie nie dla nas, żołnierzy, dla naszych rannych – mamy ich tysiące, i dzieci są tu, i matki karmiące, i po piwnicach zaraza się szerzy. Czekamy ciebie – ty zwlekasz i zwlekasz, ty się nas boisz i my wiemy o tym, chcesz, byśmy wszyscy tu legli pokotem, naszej zagłady pod Warszawą czekasz. Nic nam nie zrobisz – masz prawo wybierać, możesz nam pomóc, możesz nas wybawić lub czekać dalej i śmierci zostawić... Śmierć nie jest straszna, umiemy umierać. Ale wiedz o tym, że z naszej mogiły Nowa się Polska – zwycięska – narodzi i po tej ziemi ty nie będziesz chodzić, czerwony władco rozbestwionej siły
Józef Szczepański „Ziutek” (1922–1944) Czerwona zaraza
PROŚBA
Zrób coś, abym rozebrać się mogła jeszcze bardziej Ostatni listek wstydu już dawno odrzuciłam I najcieńsze wspomnienie sukienki także zmyłam I choć kogoś nagiego bardziej ode mnie nagiej Na pewno mieć nie mogłeś, zrób coś, bym uwierzyła
Zrób coś, abym otworzyć się mogła jeszcze bardziej Już w ostatni por skóry tak dawno mi wniknąłeś, Że nie wierzę, iż kiedyś jeszcze nie być tam mogłeś I choć nie wierzę, by mógł być ktoś bardziej otwarty Dla Ciebie niż ja jestem, zrób coś, otwórz mnie, rozbierz
Andrzej Bursa
Ogród Luizy
W czerwcu najpiękniej ogród zakwita Luizy Którego nieistnienie zabija jak topór Zawieszony na tęczy pod gwarancją wizji Rozżarza się w olśnienie purpurowych kopuł W czerwcu najpiękniej ogród zakwita Luizy
Luiza której lekkość gracja i swoboda Metal z różą a krzemień z obłokiem kojarzy Biega bezbronna w ciemnych lewadach ogrodu Serca wyryte w korze mając na swej straży Luiza której lekkość gracja i swoboda
Kawalkada dąbrowy czujność sarnich blasków Gamę śmiechu Luizy powtarza gdy ona Rozrzucająca włosów rozgwiazdę na piasku Poddaje nagie gardło śmiechem zwyciężona Kawalkada dąbrowy czujność sarnich blasków
Łaskę Luizy może zdobyć tylko męstwo Pewność rzutu i nerwów szaleńcze napięcie Zwycięzco umazany gęstą krwią zwierzęcą Przynieś jej lwią paszczękę i serce łabędzie Łaskę Luizy może zdobyć tylko męstwo
Prostotę tajemnicy ogrodu Luizy Labiryntów i altan puszcz i klombów kwietnych Ptaszarni i rykowisk gonów gazel chyżych Pojąć potrafi tylko prawy i szlachetny Prostotę tajemnicy ogrodu Luizy
Którego nieistnienie zabija jak topór Realnością śmiertelnych poczekalni ziemi Przeklęty rojeniami dzieci i idiotów Wydrwiony mgieł nonsensem ginie w neurastenii Którego nieistnienie zabija jak topór
Również Andrzej Bursa
"Modlitwa dziękczynna z wymówką"
Nie uczyniłeś mnie ślepym Dzięki Ci za to Panie
Nie uczyniłeś mnie garbatym Dzięki Ci za to Panie
Nie uczyniłeś mnie dziecięciem alkoholika Dzięki Ci za to Panie
Nie uczyniłeś mnie wodogłowcem Dzięki Ci za to Panie
Nie uczyniłeś mnie jąkałą kuternogą karłem epileptykiem hermafrodytą koniem mchem ani niczym z fauny i flory Dzięki Ci za to Panie
Ale dlaczego uczyniłeś mnie Polakiem?
|
|