|
Dobra muzyka a sukces muzyczny według Pata Metheny
singulair.serwis |
W tym miesiącu zaintrygował mnie wstęp do Magazynu Gitarzysta, w którym wykorzystano fragmenty wykładu Pata Metheny na temat muzyki i muzyków.
Pat Metheny przemawiając w roku 1996 do studentów Berklee College of Music powiedział:
"Niezależnie od tego, jak rzeczywistość wokół nas się zmienia, nie przejmujcie się tym tak bardzo. Idźcie do domu i postarajcie się ze wszystkich sił zrozumieć, po co chcieliście zostać muzykami i co w muzyce jest tym czymś, co Was wyrywa z butów - a potem ćwiczcie właśnie to, jak opętani... To jest niezmienna rzecz w zmieniających się realiach, kiedy wytwórnie istnieją lub przestają istnieć, kiedy zmieniają się gusta publiczności, zmieniają się style.
Naprawdę dobra, rzetelna, muzyczna praca zawsze znajduje sposób na dotarcie do ludzi. Bardzo rzadko, jeśli w ogóle, zdarzyło mi się w ciągu tylu lat natrafić na kogoś, kto rozwinął coś naprawdę wartościowego muzycznie, a komu nie udało się zrobić na tym jakiegoś rodzaju kariery"
Czyżby większość muzyków, którzy nie odnieśli sukcesu była po prostu za słaba lub grała tak naprawdę rzeczy bezwartościowe? Czy to nie za duże uogólnienie?
Bardzo rzadko, jeśli w ogóle, zdarzyło mi się w ciągu tylu lat natrafić na kogoś, kto rozwinął coś naprawdę wartościowego muzycznie, a komu nie udało się zrobić na tym jakiegoś rodzaju kariery Nie wiem czy istnieją tacy muzycy - tworzący coś ciekawego ale mimo to nikomu nieznani, ale jeśliby istnieli to chyba nic dziwnego, że ich nie spotkał, przecież są nieznani.
Znam wielu muzyków, którzy nie odnieśli sukcesu tworząc rzeczy wybitne. Nie mówmy o tym, że garstka fanów, tworzenie w niszy i przymieranie głodem to sukces. Znam też wielu, którzy odnieśli sukces tworząc rzeczy tak słabe, że czasem trudno je nazwać muzyką. To nie bardzo pasuje mi do opinii Pata Metheny.
Moim zdaniem kluczowe jest tutaj "jakiegoś rodzaju kariery", określenie tak obszerne że może znaczyć np zrobił karierę bo był popularny wśród pułtuskiego "undergroundu", albo niezależny magazyn muzyczny "alternatywawchuj" oceniła jego debiutancki album na 6 gwiazdek.
Zależy o jakiej karierze mówimy. Podstawowe pojęcie zakłada doskonalenie swojego warsztatu i poczucie satysfakcji z wykonywania swojej pracy. Według tej definicji można by to tak nazwać. Jest też jednak nieco inna definicja kariery związana z ogromnym sukcesem. Artyści undergroundowi raczej takiego sukcesu nie doświadczają nawet jeśli tworzą rzeczy wybitne. Schubert i van Gogh nie zrobili kariery tworząc rzeczy wybitne. Wypowiedź Pata Metheny wyciągnąłem z bardzo optymistycznego wstępu do wrześniowego numeru Gitarzysty http://imageshack.us/f/228/git123.png/
Van Gogh zrobił karierę- trochę późno, ale zrobił, teraz nawet dzieci wiedzą kim jest Van Gogh, albo przynajmniej kojarzą jakieś jego obrazy, to jest jakaś kariera, mniejsza że pośmiertna. Cały czas pytanie o to co każdy rozumie przez sukces, czy karierę, dla jednego sukcesem będzie sprzedaż płyty na poziomie powiedzmy co najmniej 100tyś szt, a dla innego sukcesem będzie samo wydanie płyty, która jego zdaniem jest dobra, która jemu się podoba, to już jest dla niego sukcesem, a sukces komercyjny stoi raczej na dalszym miejscu. Kiedyś David Bowie coś na ten temat powiedział:
"It's very important for me to be artistically successful first. For me, that means that every album that I make really should be fulfilling artistically. Even before it's released, if I feel negative about it, it's already a failure. If it's artistically pleasing to me and I play it a lot then I know it's a success and the commercial aspect of it -- that is something else entirely. I'll do all the commercial things. I'll do interviews and make videos and everything else that's necessary. But when I'm making the album itself, my priority is that it really pleases me and on the occasions that it hasn't, it has left me very despondent and feeling sort of as if I'm treading water."
http://www.nyrock.com/db_new.htm
A czy sam Pat Metheny to nie jest jakaś przereklamowana wydmuszka? Kiedyś słuchałem jakiegoś jego albumu i mimo kilku fajnych pomysłów, jako całość wydał mi się przeraźliwie nudny.
Artyści nie mają łatwo. Van Gogh umarł w nędzy. Za życia nikt go nie docenił. Podobnie było z Norwidem. Bach też żył bardzo skromnie i mało kto prócz miejscowych wiedział o jego dziełach. Nie można powiedzieć, że nie mieli kariery, czy że nie czuli satysfakcji, ale na pewno nie osiągnęli sukcesu za życia. Według mnie Metheny miał na myśli sam warsztat i profesjonalizm, którego nie da się nie docenić. Tych wielu tysięcy godzin ćwiczeń i zaangażowania. Niestety większość ludzi utożsamia karierę ze sławą, górą kasy, ekscesami, czyli z tym co osiągnęli Beatlesi i Stonesi. Nie sposób się z wami nie zgodzić, ale nadal uważam, że Metheny generalizuje. Nieraz widuję muzyków, którzy są po prostu wybitni a grają na ulicy za parę groszy. Takich muzyków są setki. Czy to jest kariera? Rozumiem, że Metheny o nich nie słyszał, więc ich pominął.
Generalizuje i rzuca bardzo obszernymi znaczeniowo frazesami, taka retoryka, to tak jakby powiedzieć że nie znam człowieka który nie był by w czymś dobrym, trudno się z tym nie zgodzić, ale jak ktoś jest dobry w puszczaniu bąków, to nie jest szczególna umiejętność. Tak samo jest z "jakąś karierą".
A czy sam Pat Metheny to nie jest jakaś przereklamowana wydmuszka? Kiedyś słuchałem jakiegoś jego albumu i mimo kilku fajnych pomysłów, jako całość wydał mi się przeraźliwie nudny. Generalizuje i rzuca bardzo obszernymi znaczeniowo frazesami, taka retoryka, to tak jakby powiedzieć że nie znam człowieka który nie był by w czymś dobrym, trudno się z tym nie zgodzić, ale jak ktoś jest dobry w puszczaniu bąków, to nie jest szczególna umiejętność. Tak samo jest z "jakąś karierą".
Sam tekst jest bardzo optymistyczny, co bardzo mi się podoba. Naszła mnie po nim refleksja, że tak naprawdę w muzyce najważniejsze są szczerość i radość. Fani zawsze się znajdą a nawet jeśli się nie znajdą to przecież muzyka ma dawać radość przede wszystkim muzykowi. Dlatego tak wielu z nich ma w dupie krytyków dopóki czuje radość z brzdąkania choćby na jednej strunie. Słowo "kariera" zastąpiłbym jednak słowem "satysfakcja".
Każdy ma swoją definicję nudy. Choć niewątpliwie gość za bardzo interesujący nie jest, mimo że warsztat muzyczny ma nieziemski. Gdyby był przereklamowany nie otrzymywałby tylu wyróżnień w swoim środowisku. Satriani też jest ceniony w swoim środowisku, tylko czy warto po niego sięgać? Po cholerę słuchać jakiś jazzowych odpowiedników DT?
Satriani też jest ceniony w swoim środowisku, tylko czy warto po niego sięgać? Po cholerę słuchać jakiś jazzowych odpowiedników DT?
Wybacz, ale ani Satriani, ani Petrucci nie dorastają do pięt temu gościowi, bo zwyczajnie nie są zbyt cenieni przez legendy swoich gatunków. Nie wiem jak ci odpowiedzieć, ale po cholerę słuchają i nagradzają go goście, których ty uważasz za wybitnych jazzmenów? Widocznie uważają, że warto. Ty masz inne zdanie. Gust jest jak tyłek. Każdy ma swój. Natomiast nuda to pojęcie względne. Jeden nudzi się przy jazzie a drugi przy punk rocku. Hancock i Wyatt od lat się spuszczają nominując do nagród i robiąc mu jak najlepszą prasę. Dla ciebie to ktoś pokroju przeciętnego muzykanta. No a mnie on ani ziębi ani grzeje.
Przede wszystkim nie twierdzę, że Metheny to ten sam poziom, co Petrucci, tylko po prostu podejrzewam, że w jego wypadku występuje podobny mechanizm zdobywania popularności. Po prostu facet imponuje innym muzykom swoim warsztatem, ale to jeszcze nie oznacza, że tworzy mnóstwo wartościowej muzyki. Oczywiście nie będę się wypowiadał w tej kwestii kategorycznie, bo nie jestem znów znawcą jego twórczości. Ale to co słyszałem, wprawiło mnie w konsternację: O co tyle szumu?
Pewnie trzeba by się zapytać kogoś kto dobrze zna jego twórczość o to co najlepszego on nagrał, bo z muzykami tego typu często jest tak że nagrywają bardzo dużo, praktycznie co im się nawinie i nie zawsze jest to materiał dobry, ale pewnie coś dobrego zdarzyło mu się nagrać.
Gust jest jak tyłek. Każdy ma swój. No i właśnie dlatego nie podzielałbym optymizmu Pata Metheny, skoro mój gust nie pokrywa się z jego gustem. Ja nie wątpię, że wymiatacz swojego instrumentu zawsze osiągnie sukces, bo nawet jak jego własne dzieła nie zdobędą szerokiej popularności, to po prostu odbije to sobie na kooperacji z innymi muzykami, bo wielu chętnych do współpracy z nim się znajdzie. Tyle że ja osobiście cenię zupełnie inną muzykę. I widzę, aby wielkie pieniądze i wielka sława (nawet jeśli nie mówimy o popularności na miarę Lady Gaga, ale choćby samego Metheny'ego) szły w parze z tworzeniem wartościowych i wiekopomnych dzieł.
Nie jestem wielkim fanem nowoczesnego jazzu, ale lubię przeglądać magazyny o tej tematyce. W ogóle lubię pisma muzyczne. Zwłaszcza te bardziej fachowe, przeznaczone dla muzyków. Metheny zdobył popularność głównie dzięki koncertom, nagrodom środowiska muzycznego i dobrej prasie w jazz magazynach, którą robią mu legendy takie jak Wyatt. Z tego co wyczytałem raczej nie kojarzy się go z wymiataczem tylko z muzykiem o niebywałym warsztacie, na który składają się takie elementy jak interpretacja, technika, artykulacja. Większość rzeczy o jakich Petrucci i Satriani mogą pomarzyć. To jest muzyk wybitny. Taki Rubinstein gitary. Czym innym jest kompozycja. Pod tym względem ten człowiek mnie za bardzo nie rusza. Ma dobrą prasę. Jest nagradzany. Mimo wszystko mnie nie rusza. Naprawdę podobają mi się jedynie pojedyncze rzeczy. Czy to źle, że facet imponuje innym swoim warsztatem? Od kiedy to warsztat muzyka nie jest najważniejszy? Mówię o profesjonalnym muzyku, który ukończył konserwatorium. Mnie na przykład swoim warsztatem organowym imponuje śp. Karl Richter, który nie potrafił komponować. Grał jednak na organach najlepiej na świecie. Czy to zły wzorzec do nauki gry na organach? Wreszcie co ma podzielanie czyjegoś optymizmu do twojego gustu? Tak jak pisał Zuy można wypowiedź Methenego interpretować na wiele sposobów. Ja się na przykład nie zgadzam z tym, że nie ma muzyków wybitnych a zarazem takich którzy nie zrobili jakiegoś rodzaju kariery, bo widziałem wielu muzyków lepszych, czy porównywalnych do gigantów, którzy grają za pieniądze pod mostem. Tylko, że to jest jedna z interpretacji. Druga jest taka, że sama muzyka sprawia, że muzyk staje się artystą spełnionym i to jest ten rodzaj kariery. Bez względu na jej charakter, bo gust jest jak dupa. Pojęcie kariery zawiera samozadowolenie z wykonywanego zawodu, bez względu na to na jakim poziomie się go wykonuje. Dlatego chyba o to tu chodzi i z taką interpretacja jestem się w stanie zgodzić. Piszesz, że wymiatacz zawsze osiągnie sukces. W takim sensie jak Metheny jest wymiataczem to na pewno. Gdyby był skrzypkiem, czy pianistą to każda filharmonia by o niego zabiegała, bo tam się poszukuje właśnie takich wirtuozów instrumentu. Jeśli chodzi o jego twórczość to takiego sukcesu nie osiągnie, bo kompozytorem nie jest aż tak dobrym. Niektóre albumy rzeczywiście są kompozytorskimi wpadkami. Też nie jestem specem z jego twórczości. Słuchałem by go poznać. Po prostu. Wiem, że Kapitan słuchał co nieco, bo dość dobrze to opisał. Są rzeczy genialne i są męczące i miałkie. Skoro gust jest jak dupa to skąd wiesz co jest wiekopomne a co nie jest? To tylko twoja ocena. Przyjdzie ktoś inny i będzie pitolił jakie to dzieła Meteheny nagrał i nie dlatego, że on się myli a ty masz racje, tylko dlatego, że słuchał, nie tylko jego i tak czuje. Metheny to też nie jest moja "muzyka". Zdecydowanie wolę gypsy jazz, gitarowe interpretacje muzyki poważnej, czy kraut rock. Co do samej muzyki to nigdzie nie jest powiedziane, że ma mieć ona jakąś konkretną wartość. Jeśli ktoś chce grać coś co wywołuje określone emocje, lub daje samą energię to jest to wartością sama w sobie. Kto powiedział, że muszą to być przemyślenia na miarę Kanta? Jeśli jemu daje to radość zapewne czuje się spełniony. Muzyka nie musi być wiekopomna tak samo jak nie musi zawierać tekstu, ale jeśli już go ma to wypadałoby by był to dobry tekst.
Trochę chyba mieszasz pojęcia, bo jedno to być wirtuozem instrumentu i odgrywać np kompozycje wielkich, a co innego wydawać płyty z własnymi kompozycjami, o ile w pierwszym przypadku liczy się praktycznie tylko warsztat i umiejętności, bo robotę kompozytora ktoś odwalił wcześniej, o tyle w drugim "technika" schodzi na dalszy plan. Przykład Satrianiego jest nawet w porządku w tym przypadku, bo np w porównaniu z Blackmore'm (nawet gdzieś tam na tym forum był długi temat) to umiejętności techniczne ma lepsze, zagra rzeczy których Blackmore nie zagra, ale gdy przychodzi do stworzenia utworu, to biorąc pod uwagę to co Blackmore robił w latach 70', super wymiatacz Satriani odpada w przedbiegach, bo kompozytorem Blackmore był dużo lepszym, mimo dość prostego grania tworzył rzeczy dużo ciekawsze od Satrianiego.
Czy to źle, że facet imponuje innym swoim warsztatem? Od kiedy to warsztat muzyka nie jest najważniejszy? Mówię o profesjonalnym muzyku, który ukończył konserwatorium. Skoro gust jest jak dupa to skąd wiesz co jest wiekopomne a co nie jest? To tylko twoja ocena. Przyjdzie ktoś inny i będzie pitolił jakie to dzieła Meteheny nagrał i nie dlatego, że on się myli a ty masz racje, tylko dlatego, że słuchał, nie tylko jego i tak czuje. Co do samej muzyki to nigdzie nie jest powiedziane, że ma mieć ona jakąś konkretną wartość. Dobre jako dewiza dla gwiazdek pop, ale nie koniecznie dla muzyka o takiej renomie, jak Metheny.
A kto twierdzi niby, że jest w tym coś złego? Po prostu, stwierdzam, że to nie wystarczy, aby zaimponować np. mnie nie-muzykowi. Od kiedy muzyk gra swoje kompozycje, a nie innych, górę bierze kompozycja, pomysłowość itp. A dlaczego nie AŻ moja ocena? Historia zweryfikuje. Ale osobiście wątpię, aby np. ktokolwiek szczególnie wspominał powiedzmy sobie 20 lat po jego śmierci jego "wiekopomne dzieła". I w tym sensie nawet taki John Lenon jest górą Dobre jako dewiza dla gwiazdek pop, ale nie koniecznie dla muzyka o takiej renomie, jak Metheny.
Skąd wziąłeś tą złotą myśl? Kto wmówił ci, że muzyka powinna mówić o czymkolwiek? Nie musi. Chyba, że przedefiniowałeś sobie pojęcie muzyki. Muzyka to ciąg dowolnych dźwięków, które są zorganizowane w pewnym czasie i nie muszą znaczyć zupełnie nic chociaż zawsze coś wyrażają.
Historia zweryfikuje. Według mnie za kilkadziesiąt lat przetrwają jedynie kompozycje muzyki poważnej oparte na dobrym warsztacie a muzyka rozrywkowa odejdzie w niebyt.
Aha. Czyli gruntownie wykształceni muzycy i ich genialna gra niezbyt ci imponują.
Szczerze mi też nie imponuje gość co napierdala kurewsko trudne partie które przy tym są nudne jak flaki z olejem. Wolę prostą ciekawą muzykę, niż mega skomplikowaną i nudną.
Jesteś pewny że ludzie nagle przestaną słuchać muzyki rozrywkowej? Jakiś to bezsens jest, patrząc na to że muzyka popularna jest coraz słabsza, a ludzie i tak się tym podniecają i słuchają. Szczerze mi też nie imponuje gość co napierdala kurewsko trudne partie które przy tym są nudne jak flaki z olejem. Wolę prostą ciekawą muzykę, niż mega skomplikowaną i nudną.
Ejj to ja tu jestem fanem prostej i sensownej muzyki, ale nie pogardzę geniuszem technicznego napierdalania jeśli kompozycja jest tego warta.
Zależy co i kto napierdala. Gitarzystę czytam głównie dla takich numerów http://www.youtube.com/watch?v=jKSg8t4zyLg a nie dla rocka, czy jazzu. To jest napierdalanie jakie mnie interesuje. Absolutny geniusz, zarówno kompozycyjny jak i warsztatowy. Ktoś powie, że to jest nudne bo skomplikowane? Kto śmiałby obrazić Bacha, jego warsztat i umiejętności kompozytorskie? Kobaian nie potrafi oddzielić genialnego wykonawcę od genialnego kompozytora. Rzadko można mieć i jedno i drugie a w muzyce rozrywkowej to praktycznie nie możliwe by mieć choć jedno z tych na tak wysokim poziomie.
Z dwojga złego wybrałbym lepszą kompozycję, bo co mi po samym wykonaniu średniej kompozycji?
No, ale, że nie muszę się ograniczać a muzyka poważna daje jedno i drugie to bardzo często wybieram maksymalnie techniczne napierdalanie połączone z genialną kompozycją i słucham wirtuozów grających Bacha, Mozarta, Schuberta  Metheny to wirtuoz. Potrafi zagrać tak, że szczęka opada, ale najczęściej nie swoje kompozycje, bo kompozytorem jest średnim. Nie jest twórcą wydmuszek jak Satriani, czy Petrucci, ale nie ukrywajmy, że wiele mu brakuje do najlepszych kompozytorów, chociaż pod tym względem, że jest nierówny. Mnie on ani grzeje ani ziębi. Przesłuchałem kilka jego krążków i tyle.
Zresztą temat nie był o napierdalaniu Methenego, ale o muzyce i trochę nie kumam czemu Kobaian nagle zaczął tą gadkę o Methenym zamiast odnieść się do jego poglądów.
Jesteś pewny że ludzie nagle przestaną słuchać muzyki rozrywkowej? Jakiś to bezsens jest, patrząc na to że muzyka popularna jest coraz słabsza, a ludzie i tak się tym podniecają i słuchają.
Nie jestem pewny. Podejrzewam, że muzyka poważna wygra. Ma ona taką przewagę nad muzyka popularną, że może być wykonywana przez rożnych muzyków. To daje jej nieśmiertelność. Podczas gdy muzyka popularna jest śmiertelna. Kapele odchodzą. Zostają co prawda nagrania, ale świat się zmienia i nie sądzę, żeby to przetrwało.
Będzie nowa muzyka pop, będą nowe zespoły, ale nie uwierzę że nagle wszyscy ludzie zaczną słuchać tylko muzyki poważnej, no sorry, ale to naprawdę teza z księżyca.
Będzie nowa muzyka pop, będą nowe zespoły, ale nie uwierzę że nagle wszyscy ludzie zaczną słuchać tylko muzyki poważnej, no sorry, ale to naprawdę teza z księżyca.
Może nie z Księżyca, ale byleś blisko. Z filmów sci-fi. Tam najczęściej ludzie z przyszłości słuchają właśnie muzyki poważnej.
My tu na forum ciągle pieprzymy o muzyce rozrywkowej z przed około 40 lat, tak to będzie działać. A w Sci-fi to np w Łowcy Androidów nie było muzyki klasycznej, jakaś elektronika była w klubie, w ogóle oprócz Odyseji Kosmicznej nie kojarzę wykorzystania motywów muzyki poważnej w S-F, a większość takich "must see" już udało mi się obejrzeć.
A "Mechaniczną Pomarańczę" albo "Solaris" widziałeś?
A Mechaniczna Pomarańcza faktycznie... tylko w sumie nie odbierałem tego filmu jako SF sensu stricte, a Solaris mam jeszcze w planach.
My tu na forum ciągle pieprzymy o muzyce rozrywkowej z przed około 40 lat, tak to będzie działać.
Może masz rację. Za 10 lat my będziemy pieprzyc o muzyce z przed około 50 lat, ale ktoś inny w tym samym czasie będzie słuchał przeboju lata 2022. No, ale chciałbym żebyś się mylił.
W remake'u "Total Recall", tym z Farrellem, leci dubstep 
Kurwa, teraz wszędzie leci dubstep, a do tego ktoś mi mówił że te Skrilexy i takie tam to jest jakiś pseudo-dubstep.
Ostatnio nawet sprawdzałem na jutubje czy ten dubstep jest naprawdę taki straszny... Największą jego wadą zdaje się być to, że wszystkie kawałki są identyczne. Bardzo lubię Pamięć absolutną z Arnoldem, tej nowej wolę nie oglądać ;_;
Remaka Pamięci nie widziałem, ale bez Arnolda jest pewnie do bani. A tak w ogóle jak ja kurwa nie przepadam za dubstepem.
Kilka lat temu w swojej awangardowości napisałem dubstep na 3 odbyty, ale zanim zdążyłem nagrać (jeszcze nie nagrałem nic, więc wiecie) to dubstep stał się tak oklepany że jakby teraz udało mi się zarejestrować materiał i umieścił bym tam ten kawałek to by wszyscy mówili że lecę za trendami, to kurewsko niesprawiedliwe.
Trzeba kuć żelazo póki gorące! Ja się czasem lubię pobawić w FL Studio i robię sobie tam różne psychodeliczne utwory których nigdy nie kończę i nikomu nie pokazuję. Ostatnio spróbowałem zrobić tzw. dubstepowego dropa żeby sprawdzić czy do tego trzeba coś umieć 
Jestem zbyt awangardowy żeby korzystać z programów komputerowych, nagrywam tylko na magnetofony osimio-ścieżkowe, korzystając przy tym z mikrofonu Hitlera i wzmacniaczy lampowych, wyprodukowanych przed 1970 rokiem, stad mój problem z nagraniem muzyki.

Ostatnio spróbowałem zrobić tzw. dubstepowego dropa żeby sprawdzić czy do tego trzeba coś umieć
I co ci wyszło?
Jestem zbyt awangardowy żeby korzystać z programów komputerowych, nagrywam tylko na magnetofony osimio-ścieżkowe, korzystając przy tym z mikrofonu Hitlera i wzmacniaczy lampowych, wyprodukowanych przed 1970 rokiem, stad mój problem z nagraniem muzyki. Cóż, niestety sporo mi brakuje do takiego poziomu awangardowości. Może zrezygnuję z komputera i będę komponował dubstep w notacji muzycznej. Np. "bass drop andante, e-moll"
I co ci wyszło? Jeszcze nie skończyłem, ale brzmi nawet nieźle 
Jestem zbyt awangardowy żeby korzystać z programów komputerowych, nagrywam tylko na magnetofony osimio-ścieżkowe, korzystając przy tym z mikrofonu Hitlera i wzmacniaczy lampowych, wyprodukowanych przed 1970 rokiem, stad mój problem z nagraniem muzyki. Cóż, niestety sporo mi brakuje do takiego poziomu awangardowości. Może zrezygnuję z komputera i będę komponował dubstep w notacji muzycznej. Np. "bass drop andante, e-moll"
Przyłącz się do mnie, dupy lecą na niedocenianych artystów. Ja jestem tak niedoceniony że jak se jeszcze strzele zaczesa i założę kapelusz to żadna mi się nie oprze, ale jestem tak alternatywny ze z tego nie korzystam.
Ej, ja też chce się dołączyć, w moim CV jest mega wyjebana improwizacja pt. "Koreanskie dziecko spotyka Kin Dzong-Ila"stworzona w jakimś emulatorze kiborda.
Przyłącz się do mnie, dupy lecą na niedocenianych artystów. Ja jestem tak niedoceniony że jak se jeszcze strzele zaczesa i założę kapelusz to żadna mi się nie oprze, ale jestem tak alternatywny ze z tego nie korzystam. hmm kusząca perspektywa grania obok łudstoku...
Kurwa, teraz wszędzie leci dubstep, a do tego ktoś mi mówił że te Skrilexy i takie tam to jest jakiś pseudo-dubstep. W tym filmie akurat miało to sens. Ale to był właśnie ten chujowy dubstep a la Skrillex, ten z gatunku, gdzie wszystko brzmi identycznie (bo też słyszałem, że jest jakiś lepszy, ale nic nie wiem na ten temat).
Co do samego filmu - oryginalnej wersji nie widziałem, ta nowa była średnia.
Teraz rządzi to http://www.youtube.com/watch?v=9bZkp7q19f0 ..a ostatnio wkurwia mnie to bardziej niż cokolwiek wcześniej. Dup step aż tak nie śmierdzi. Nawet na fw mnie dziś tym torturowali. Ps. Sprawdziłem na wiki i koleś, który to wykonuje ukończył Berklee College of Music (ponoć najlepszą uczelnię muzyczną na świecie) - a więc gruntownie wykształcony Koniec świata już blisko..
Mnie ostatnio kumpel tym meczyl, ja pierdole...
Wpadające w ucho + idiotyczny teledysk + tańczące azjatki = zwykły wyrób, który miał stać się hitem. Ludzie zapomną o tej piosence i absolwencie Berklee College of Music w ciągu kilku miesięcy, jakiś czas temu rekordy popularności biło to: http://www.youtube.com/watch?v=KQ6zr6kCPj8
Sprawdziłem sobie co to takiego ten dubstep. Rzeczywiście monotonne może się wydawać, ale przecież nie jest to mniej różnorodne niż AC/DC. W sumie ten sam patent - gramy jedno i to samo w kółko. Różnica tylko taka, że AC/DC rzępolą na gitarach, a dubstep to elektronika. Ja w każdym razie w popularności dubstep żadnego upadku muzyki nie dostrzegam. A te hiciory okropne, ale to chyba jest zwykły dance, nieprawdaż?
Raczej nie ma się czym chwalić, ale możecie sobie sprawdzić co wykonałem bawiąc się w FL Studio  http://soundcloud.com/megadziobak/dapsteb Zaznaczam, że nie znam się dobrze ani na obsłudze programu ani na tworzeniu muzyki, to tylko zabawa 
Mnie martwi jedno. Skąd wy bierzecie te wszystkie hity na czasie? Bo ja pierwsze słyszę te wszystkie nazwy... pewnie dlatego, że nie słucham radia, ani nie oglądam tv i wam radzę zrobić tak samo.
Niestety nie udaje się nam odizolować od nachalnej promocji tych wszystkich hiciorów. Stąd też nasza niechciana wiedza. Trzeba by nie wychodzić z domu i podgłośnić swój odtwarzacz 
To przez znajomych. Też nie oglądam tv ani nie słucham radia
Ja też nie oglądam radia ani nie słucham tv. To wina tego fejsbuka. :O
Sprawdziłem sobie co to takiego ten dubstep. Rzeczywiście monotonne może się wydawać, ale przecież nie jest to mniej różnorodne niż AC/DC. W sumie ten sam patent - gramy jedno i to samo w kółko. Różnica tylko taka, że AC/DC rzępolą na gitarach, a dubstep to elektronika. no bo ejsidisi grają na gitarach a nie tworzą muzyki na jakichś komputerach czyli są prawdziwymi artystami muzykami!!!11
Sprawdziłem sobie co to takiego ten dubstep. Rzeczywiście monotonne może się wydawać, ale przecież nie jest to mniej różnorodne niż AC/DC. W sumie ten sam patent - gramy jedno i to samo w kółko. Różnica tylko taka, że AC/DC rzępolą na gitarach, a dubstep to elektronika. Ja w każdym razie w popularności dubstep żadnego upadku muzyki nie dostrzegam. A te hiciory okropne, ale to chyba jest zwykły dance, nieprawdaż?
Tutaj trafniejszym porównaniem byłby np rock'n'roll, bo monotonność w zakresie jednego wykonawcy, to trochę co innego niż to że wszystkie piosenki danego gatunku brzmią prawie identycznie.
Teraz rządzi to http://www.youtube.com/watch?v=9bZkp7q19f0 ..a ostatnio wkurwia mnie to bardziej niż cokolwiek wcześniej. Dup step aż tak nie śmierdzi. Nawet na fw mnie dziś tym torturowali. Ps. Sprawdziłem na wiki i koleś, który to wykonuje ukończył Berklee College of Music (ponoć najlepszą uczelnię muzyczną na świecie) - a więc gruntownie wykształcony Koniec świata już blisko..
Cofam ten wpis... Coś wam powiem. Dzisiaj rozmawiam sobie z matką. Nie będę wnikał w to czego dotyczyła rozmowa. Po prostu podsumowała mnie tekstem "Pojawiasz się i znikasz". Na pewno wiecie z jakiego klasycznego pop rockowego kawałka jest ten tekst, bo nie wierze, że nie. W tym samym czasie do pokoju wchodzi moja piętnastoletnia siostrzenica, uczennica gimnazjum i rzuca tekstem "Ta, Pojawiam się i znikam, taka rola Magika... Przy tym trwam, jestem tam gdzie Paktofonika. - Co wy wszyscy tego słuchacie?" Ja banan na twarzy, matka nie zajarzyła.. Mówię do młodej "To nie to. To szło Józek nie daruję ci tej nocy".. Matka potakuje. Znowu młoda nie załapała i sobie poszła. Także.. zrobiła nam się chyba era Magika - a zwłaszcza w gimnazjum To jednak nie jest sedno sprawy. Jak dawniej od czasu do czasu słuchałem Paktofonikę, czy Kaliber, a nawet Spawaczy, na zmianę z rockiem, bluesem i jazzem - do dziś słucham i się nie ograniczam - to powiem wam, że z tego wszystkiego Paktofonika to był dla niej najnudniejszy syf (z moich czasów), także pewnie nazwy nie znała, bo się pytała co to za gówno.. A teraz chodzi i szpanuje wiedzą... Na jej obronę mam to, że dziewczyna zna klasykę rocka (Sabbaty, Zeppeliny, Motorhead) a nawet takie kapele jak VDGG, czy Zappę. Jeszcze wiele przed nią, ale w tym wieku to już coś. Co prawda miesza ich słuchanie z nawet pop rockiem, ale nie jest źle. Jak znam życie to Paktofoniki nie słucha, bo rap jej nie podchodzi, ale wiedzą o Magiku już szpanuje.. heh. mamy erę Magika.. szkoda, że teraz wszystkie gimbusy się tym jarają.. Nie wiem jak to jest Panowie. Ja jestem z czasów gdy nie było jeszcze gimnazjów i każdy słuchał tego co mu się podobało, ale się tym tak nie podniecał i tym nie szpanował. Jednocześnie nikt na nikogo nie najeżdżał za słuchanie tego czy tam tego. Jak pamiętam słuchacze punka, proga, rapu i metalu a nawet disco polo mieli do siebie szacunek i żaden się nie wywyższał ani nie tępił drugiego tak jak to się dzieje dziś na forum "Jesteś Bogiem", czy "Skazany na Bluesa", bo niby co kogo obchodzi co słucha ktoś inny?.. wszyscy byli jacyś inni.. Mieli do siebie respekt. Może dlatego, że nie było komputerów, internetu, komórek z mp3. Czas spędzało się z kumplami grając w coś na podwórku lub słuchając muzyki z kaset i płyt. Czy muzyka to teraz nowa moda? A teraz nastał sezon jesień 2012, czy jak? Zdaję sobie sprawę z istnienia subkultur, ale to nie wiązało się z modą tylko ze stylem życia. Teraz mamy czasy, w których ludzie nie mają swojego gustu. Chcą modnego produktu na kilka miesięcy i go dostają, po czym zmieniają go na następny hit wiosny, lata, jesieni, czy zimy. No powiedzcie, że tak nie jest. W latach dziewięćdziesiątych tak nie było. Przychodzi mi na myśl takie podsumowanie: Parafrazując pewien internetowy wpis.. Za czasów komuny wiadomo jak było szaro, smutno, przygnębiająco więc ciężko mówić tu o wspaniałej młodości Teraz mamy internet, komórki, MTV dlatego też ciężko mówić o ogóle jakiejkolwiek młodości. Dlatego ciesze się, że jestem częścią młodzieży lat 90, bo był to chyba to najlepszy moment na dorastanie w historii.
Ale to jest oczywista oczywistość 
Teraz mamy czasy, w których ludzie nie mają swojego gustu. Chcą modnego produktu na kilka miesięcy i go dostają, po czym zmieniają go na następny hit wiosny, lata, jesieni, czy zimy. No powiedzcie, że tak nie jest.
Nie zawsze, wśród mojego otoczenia lub w internecie zaobserwowałem kilka różnych postaw: 1. Ktoś po prostu wcale nie interesuje się muzyką i słucha sobie tego co mu serwuje radio, telewizja, to co jest na czasie. To oni właśnie zaczynają słuchać Paktofoniki. 2. Ludzie którzy "słuchają wszystkiego". "Ja słucham WSZYSTKICH gatunków, nie ograniczam się do jednego gatunku, słucham zarówno rocka jak i rapu i dubstepu i innych gatunków, nie ma lepszych i gorszych gatunków, o gustach się nie dyskutuje, zresztą co za różnica skoro słucham wszystkiego". Czyli generalnie słuchają po kilka popularnych piosenek z różnych gatunków i na żadnym się nie znają. 3. Ludzie słuchający konkretnej muzyki, np. metale, hiphopowcy itp. Czasem uważają swój ulubiony gatunek za najlepszy i obrażają innych, a czasem mówią: "nie no spoko, ja akurat słucham rocka ale toleruję inne gatunki, o gustach się nie dyskutuje, ja słucham rocka ale kto inny może lubić coś innego, szanuję to". 4. Ludzie naprawdę interesujący się muzyką, za takiego sam się uważam, staram się poznać jak najwięcej dobrej muzyki, z różnych gatunków, o ile mają coś do zaoferowania. Zdaję sobie sprawy jak mało wiem i ile jeszcze przede mną.
Głównym problemem jest chyba to, że muzyka nie jest traktowana jako forma sztuki, ludzie nie zastanawiają się czy dany utwór prezentuje coś ciekawego, nowatorskiego, pięknego tylko czy jest "fajny". Nie mają ambicji się rozwijać, słuchać tego co za pierwszym razem nie wpada w ucho. Zastanawiam się czy to w ogóle coś złego, przecież nie każdy musi się interesować muzyką, niech sobie konsumują to co jest im podawane a jak ktoś chce obcować ze sztuką, to nie powinien mieć problemu, żeby ją znaleźć.
Lata 90' w muzyce popularnej to była generalnie totalna żenada. Te wszystkie dubstepy, jakkolwiek nie byłyby monotonne, to twórczość o kilka klas wyżej niż 'coco-jumbo' i inne perełki z tamtych lat. W związku z tym, jeżeli teraz jest to rzeczywiście modne, to ja widzę postęp, a nie regres. Z resztą już mówiłem o tym przy Rihannie, że uważam współczesny pop jest znacznie mniej denerwujący niż ten, który podbijał listy przebojów 15 lat temu.
Podążanie za modą to cecha ponadpokoleniowa. W podstawówce miałem kolegę, który dosłownie słuchał wszystkiego, co modne i raczej o żadnym konkretnym guście nie było w jego wypadku mowy. Do tego znał się dobrze na tym, co modne i jak ostatni raz go widziałem, to robił jako DJ.
W związku ze zjawiskiem jakim jest moda, nie uznaję argumentu, że muzykę należy grać pod publikę, bo ludzie czegoś jej kupią, bo gust powszechny to gust inżyniera Mamonia. Jeżeli 100 razy w radio coś usłyszą, to będzie się im to podobało. Oczywiście nie mówię, że w ten sposób można by było wypromować ekstremy w stylu Henry Cow, ale promując przyzwoitą muzykę można byłoby ludziom znacznie gust poprawić.
Mam na ten temat całkiem inne zdanie. Jestem w stanie wymienić kilkanaście naprawdę dobrych zespołów grających w latach dziewięćdziesiątych i góra pięć grających obecnie (przynajmniej na takim poziomie jak tamte). A jeśli chodzi ci o główny nurt to ostatnia dekada była już kompletną żenadą. Dowodem na to jest brak evergreenów z lat 00' - 10' Na tym tle lata dziewięćdziesiąte wypadały wyśmienicie. Hitów dekady było mniej niż w latach osiemdziesiątych, ale były zdecydowanie bardziej znośne i mniej discopolowe niż Madonny i Sandry. Do tego lata dziewięćdziesiąte poza mainstreamem to dekada rocka całkiem eksperymentalnego (na przykład post rock) a co mieliśmy po roku 2000 i co mamy dziś? Kiepski prog do niczego niepodobny (czyli onanizatorów gitarowych) i królów disco.
To wszystko tak w imię zasady 'kiedyś było lepiej'.
A setezer powiedział, że teraz jest tak samo dobra muzyka jak kiedyś i trzeba słuchać dzisiejszej muzyki hmmmmm.........
Setezer zobaczył światło.
Zbiór ostatnich hitów lata według Setezera - na sześciu płytach:


Mam na ten temat całkiem inne zdanie. Jestem w stanie wymienić kilkanaście naprawdę dobrych zespołów grających w latach dziewięćdziesiątych i góra pięć grających obecnie (przynajmniej na takim poziomie jak tamte). No to porównajmy sobie hiciory z poszczególnych dekad: Popularny hit z lat 80': http://www.youtube.com/watch?v=YkADj0TPrJA lata 90': http://www.youtube.com/watch?v=boNRVXR7bqg&feature=related hicior z 2011: http://www.youtube.com/watch?v=sEhy-RXkNo0
Oczywiście ktoś może powiedzieć, że mieszam gatunki. Że były nie tylko Sandry i Madonny, ale nawet i Sabriny - to fakt. Problem w tym, że w latach 80' Phil mógł zagościć ze swoim przebojem na wysokiej pozycji w zestawieniu, podczas gdy mniej więcej od połowy lat 90' w środkach masowego przekazu gościł już jedynie chłam, jak ten z podanego przeze mnie przykładu. Gdyby ktoś wydał coś takiego, stałby się mega alternatywnym wykonawcą, grającym "gitarową muzykę" na przekór mainstreamowej elektronice.  Dziś jest niewiele lepiej, ale jednak. Ponieważ coraz częściej się zdarza, że gwiazdki pop, w przeciwieństwie gwiazdek pop z lat 90', umieją śpiewać, trafiają się od czasu do czasu wśród gówna rzeczy, które przynajmniej mają start do tego, co było popularne w latach 80', czego świadectwem jest trzeci przykład.
Z premedytacją jeszcze wyjąłem sam początek lat 90' z zestawienia, bo to był rzeczywiście dobry moment, gdzie jeszcze, podobnie jak w latach 80' całkiem przyzwoite rzeczy potrafiły szturmem zdobywać zestawienia. Tyle, że był to czas na tyle krótki, że nie wpływa dla mnie na ogólny obraz dekady.
Nie zgadzam się. Lata 90':
http://www.youtube.com/watch?v=1QP-SIW6iKY http://www.youtube.com/watch?v=JxPj3GAYYZ0 http://www.youtube.com/watch?v=y8AWFf7EAc4 http://www.youtube.com/watch?v=XycBLF6kWuY http://www.youtube.com/watch?v=hTWKbfoikeg http://www.youtube.com/watch?v=cMjlhIWxfFI http://www.youtube.com/watch?v=gOMhN-hfMtY http://www.youtube.com/watch?v=1lyu1KKwC74 http://www.youtube.com/watch?v=ftjEcrrf7r0 http://www.youtube.com/watch?v=xwtdhWltSIg http://www.youtube.com/watch?v=NOG3eus4ZSo http://www.youtube.com/watch?v=XFkzRNyygfk http://www.youtube.com/watch?v=ENXvZ9YRjbo
Wymień choć kilka tak udanych hitów z ostatnich lat, które stety, czy niestety zna prawie każdy. A ta Rihanna to jakiś żart.
Nie zgadzam się. Lata 90':
http://www.youtube.com/watch?v=1QP-SIW6iKY http://www.youtube.com/watch?v=JxPj3GAYYZ0 http://www.youtube.com/watch?v=y8AWFf7EAc4 http://www.youtube.com/watch?v=XycBLF6kWuY http://www.youtube.com/watch?v=hTWKbfoikeg http://www.youtube.com/watch?v=cMjlhIWxfFI http://www.youtube.com/watch?v=gOMhN-hfMtY http://www.youtube.com/watch?v=1lyu1KKwC74 http://www.youtube.com/watch?v=ftjEcrrf7r0 http://www.youtube.com/watch?v=xwtdhWltSIg http://www.youtube.com/watch?v=NOG3eus4ZSo http://www.youtube.com/watch?v=XFkzRNyygfk http://www.youtube.com/watch?v=ENXvZ9YRjbo
Wymień choć kilka tak udanych hitów z ostatnich lat, które stety, czy niestety zna prawie każdy. A ta Rihanna to jakiś żart.
Więc tak: Bardzo wiele rzeczy to jest sam początek 90'. I tu się zgadzam - początek lat 90' był tak samo różnorodny jak lata 80'. Prawdziwym chłamem zalano nas w połowie dekady i trwa to do tej pory. Właściwie nie chodzi nawet o to ile rzeczy złych powstało, tylko jak rzadko przebijało się cokolwiek dobrego do świadomości słuchacza, który po prostu włączał radio czy tv i się nie zagłębiał. Po drugie, nie przypominam sobie, żeby Jeff Buckley zrobił jakąś wielką furorę. To, że przy okazji Shrecka przypomniano piosenkę i stała się szlagierem, to jeszcze nie znaczy, że była hitem lat 90'. A o tym, że to jest utwór Cohena z lat 80', to w ogóle wspominał nie będę. Smashing Pumpkins i Pixies to rock alternatywny. Nie wiem co to robi w zestawieniu hiciorów lat 90'. Przecież to nie miało ogromnej rzeszy słuchaczy. Ile razy można było usłyszeć te kapele, a ile razy "Coco Jambo"? Ja doskonale wiem, że powstawały i jeszcze lepsze rzeczy o sporym potencjale przebojowości, choćby Portishead i nawet parę razy można było to usłyszeć w radio albo tv, tylko że chyba nie o to nam chodzi. Ty traktujesz Rihannę jako żart, ja zaś Eminema. Jest to dla mnie przykład ewidentnego upadku muzyki pop, gdzie jakiś białas rapuje, a potem panienka mu przyśpiewuje w refrenie. Ani to porządny hip-hop, ani porządnie skomponowana piosenka pop.
Więc w sumie się zgadza. Okroimy początek dekady, gdzie tragedii nie było, bo, jak mówiłem, została różnorodność z poprzedniej epoki, wywalimy kapele mniej znane, a nie pozostanie nic interesującego.
A to że teraz nie ma przebojów? Bo żyjemy w epoce muzycznej nijakości. Złą tego stroną jest brak hitu na miarę "In the air tonight", dobrą, że nie jesteśmy już bombardowani "Coco Jambo" z taką intensywnością, jak miało to miejsce w latach 90'. Jako osoba, która stroni od muzyki pop, jestem zadowolony z tej sytuacji, że kiczowaty pop nie jest aż tak durny, żeby mi zapadł na dłużej w pamięć.
A to, jakby ktoś chciał się pokatować jest prawdziwa twarz lat 90': http://www.youtube.com/watch?v=_3EVzixU4OU&feature=related W przeciwieństwie do jakichś tam Pixies czy Smashing Pumpkins każdy znał te utwory, nawet jak nie kojarzył wykonawców, bo nie dało się od tego uciec. I w przeciwieństwie do Buckleya jest to kwintesencja stylu lat 90'. Disco, choć od kiczu nie stroniło, nigdy nie stworzyło tak wszędobylskiej monokultury, takiej jak dance w drugiej połowie lat 90'.
Kobajanie w drugiej połowie lat 90'tych w mediach dosyć popularny był grunge jeśli się nie mylę. Nie mówię, że to coś wybitnego, ale lepsze niż Kapten Dżek. I generalnie chodzi o to, że wtedy w mediach można było trafić na coś w miarę "słuchalnego", dziś już nie (chyba, że stare hity).
A grunge to nie był początek lat 90? Z tego co wiem, to właśnie wówczas miały swoje premiery takie płyty jak Ten, Nevermind czy Dirt, zaś MTV wówczas do oporu puszczało Smells Like Teen Spirit.
Kobajanie w drugiej połowie lat 90'tych w mediach dosyć popularny był grunge jeśli się nie mylę. Nie mówię, że to coś wybitnego, ale lepsze niż Kapten Dżek. I generalnie chodzi o to, że wtedy w mediach można było trafić na coś w miarę "słuchalnego", dziś już nie (chyba, że stare hity). Grunge to był początek lat 90'. Na MTV Nirvana leciała tak intensywnie promowana, jak dzisiaj Lady Gaga. Naprawdę nie przesadzam. I dlatego rozumiem, że Kapitan Bomba umieścił Nirvanę na liście hitów lat 90', tyle że w tej materii nie ma między nami sporu. Ja też uważam, że początek lat 90' był bardzo ok. Natomiast później żaden zespół grunge nie osiągnął aż takiej popularności jak Nirvana i żaden nie był tak chętnie promowany. Rzeczywiście jak poszedłem do liceum, to grunge był popularny, ale słuchało się starych płyt z początku lat 90' i kontestowało się, co za shit puszczają dziś w radio. Mainstreamowe media owszem przepuszczały też rzeczy w stylu Radiohead czy the Prodigy ale na zasadzie wyjątku. Nikt o zdrowych zmysłach nie słuchał dziesięciu Kapitanów Jacków, by usłyszeć Portishead. Wyjątkiem były takie stacje jak Trójka, ale one adresowały repertuar do zainteresowanych. Moda na grunge miała też inne oblicze - wpłynęła na brzmienie pop w drugiej połowie lat 90', który zaczął podkradać patenty z grunge, jak w tym przykładzie: http://www.youtube.com/watch?v=sCNPXpehoCM
Ja nie powiedziałem, że grunge powstał w drugiej połowie lat 90'tych, tylko, że wciąż był popularny. Alice in Chains, czy Pearl Jam. Tak mi się przynajmniej wydaje, bo sam nigdy fanem nie byłem... A muzykę w mediach słuchałem tylko z przymusu, bo jak się zacząłem nią interesować na poważnie (mniej więcej na przełomie wieków), to już w nich nie puszczano nic co by mnie zainteresowało. Także wszystko co poznałem, pochodziło od kolegów lub z internetu.
Ja nie powiedziałem, że grunge powstał w drugiej połowie lat 90'tych, tylko, że wciąż był popularny. Alice in Chains, czy Pearl Jam. Tak mi się przynajmniej wydaje, bo sam nigdy fanem nie byłem... Tak... Wśród ludzi interesujących się muzyką rockową były to popularne zespoły. Ale my tu o hiciorach, a nie o lepszej lub gorszej muzyce dla zainteresowanych. Na tej samej zasadzie wśród zainteresowanych równie popularne było wtedy Deep Purple i Pink Floyd... A żeby uzmysłowić jak tragiczna była sytuacja, to powiem, że w swoim czasie na MTV ten utwór był jedynym nie-kinder-punkowym utworem rockowym w zestawieniu: http://www.youtube.com/watch?v=qfB8fmHzc5Q Przynajmniej jedynym, który dotarł do moich oczu i uszu. Potem jeszcze podobną karierę zrobił "Schizm" Toola - w roli diamentu pośród gówna. A teraz MTV w ogóle nie puszcza muzyki. Nawet beznadziejnej.
1- To co podałem to nie był tylko początek lat dziewięćdziesiątych, ale też środek i koniec. Chociaż głównie środek lat dziewięćdziesiątych to były złote czasy tamtej dekady
2- W linkach był przecież tylko sam mainstream a i tak na wyższym poziomie w stosunku do obecnego.
Jeśli chodzi o podziemie to w latach dziewięćdziesiątych grało kilka razy więcej przyzwoitych zespołów niż w ostatniej dekadzie i w sumie nieznacznie mniej niż w latach osiemdziesiątych. Ostatnia dekada była tak słaba, że liczba przyzwoitych zespołów była dziesięć razy mniejsza niż w latach osiemdziesiątych i co najmniej pięciokrotnie mniejsza niż w latach dziewięćdziesiątych. Nie trzeba być wielkim odkrywcą by to stwierdzić.
3 - 80'>90'>00'<10'
Tak BTW to ostatnio popularna była taka, przyzwoita podróba Stinga: http://www.youtube.com/watch?v=8UVNT4wvIGY
1- To co podałem to nie był tylko początek lat dziewięćdziesiątych, ale też środek i koniec. Chociaż głównie środek lat dziewięćdziesiątych to były złote czasy tamtej dekady Nie wiem, na ile Ty się interesujesz współczesnym mainstreamem, ale ja prawie wcale. W latach 90' interesowałem się bardziej i w związku z tym też znam przyzwoite rzeczy. Jednak gdybym się interesował tak, jak interesuję się obecnym mainstreamem znałbym co najwyżej "Coco Jambo", "Wanna be my lover" i inne takie. Z całą pewnością nie wiedziałbym nic o Smashing Pumkins, o Pixies w ogóle nie wspominając.
Ja za szczytowe osiągnięcie mainstreamu lat 90' uważam "Ten" Pearl Jam - album, gdzie każdy utwór jest hiciorem, do żadnego nie można się właściwie przyczepić, a utwory takie jak "Jeremy" czy "Black" szturmem zdobyły listy przebojów. W dodatku czuć było znaczną odmianę w porównaniu z pudlami i pop rockiem lat 80'. Ale to był początek dekady, czasy w których dance-shit wlewał się co prawda szerokim strumieniem do mediów, ale było jeszcze miejsce na inne rzeczy.
Natomiast z przykrością stwierdzam, że z grungem było trochę tak jak z techno. Oba gatunki zdobyły niby popularność na początku lat 90', oba miały odświeżyć oblicze muzyki - rockowej bądź tanecznej i oba otworzyły bramy piekieł - grunge dla bzdetów w stylu Nickelback, kinderrockowych zespołów etc., a z techno, zamiast przyjemnego dla ucha minimalizmu wyszedł koszmarny dance z raperem, śpiewającymi w refrenie panienkami i walącym po łbie beatem.
Tak BTW to ostatnio popularna była taka, przyzwoita podróba Stinga: http://www.youtube.com/watch?v=8UVNT4wvIGY O właśnie. Też miałem to wymienić, jako przykład, że dzisiejsze czasy nie są wcale takie straszne.
3 - 80'>90'>00 Z tym bym się zgodził jak najbardziej. Tyle, że jeżeli chodzi o taki super popularny mainstream przeważa tu okres od 1990-94. Całe lata 90' są też lepsze pod względem muzyki mieszczącej się w mainstreamie, ale zaadresowanej bardziej do ludzi interesujących się konkretnymi gatunkami, takimi jak rock, muzyka elektroniczna itp. Ponadto należy pamiętać, że degrengolada lat 00' to poniekąd pokłosie tego, co stało się już w latach 90', czyli wywalenie z mass-mediów właściwie całej muzyki nietanecznej.
Tak BTW to ostatnio popularna była taka, przyzwoita podróba Stinga: http://www.youtube.com/watch?v=8UVNT4wvIGY
Piosenka z kursu mojego na prawko.
Pan śpiewający to jest podobny do zdjęcia Dywana co ma go na laście
Tak BTW to ostatnio popularna była taka, przyzwoita podróba Stinga: http://www.youtube.com/watch?v=8UVNT4wvIGY O właśnie. Też miałem to wymienić, jako przykład, że dzisiejsze czasy nie są wcale takie straszne. No błagam Was. Akurat ten hicior to straszne gówno.
Nie wiem, na ile Ty się interesujesz współczesnym mainstreamem, ale ja prawie wcale. W latach 90' interesowałem się bardziej i w związku z tym też znam przyzwoite rzeczy. Jednak gdybym się interesował tak, jak interesuję się obecnym mainstreamem znałbym co najwyżej "Coco Jambo", "Wanna be my lover" i inne takie. Z całą pewnością nie wiedziałbym nic o Smashing Pumkins, o Pixies w ogóle nie wspominając. Ja za szczytowe osiągnięcie mainstreamu lat 90' uważam "Ten" Pearl Jam - album, gdzie każdy utwór jest hiciorem, do żadnego nie można się właściwie przyczepić, a utwory takie jak "Jeremy" czy "Black" szturmem zdobyły listy przebojów. W dodatku czuć było znaczną odmianę w porównaniu z pudlami i pop rockiem lat 80'. Ale to był początek dekady, czasy w których dance-shit wlewał się co prawda szerokim strumieniem do mediów, ale było jeszcze miejsce na inne rzeczy. Natomiast z przykrością stwierdzam, że z grungem było trochę tak jak z techno. Oba gatunki zdobyły niby popularność na początku lat 90', oba miały odświeżyć oblicze muzyki - rockowej bądź tanecznej i oba otworzyły bramy piekieł - grunge dla bzdetów w stylu Nickelback, kinderrockowych zespołów etc., a z techno, zamiast przyjemnego dla ucha minimalizmu wyszedł koszmarny dance z raperem, śpiewającymi w refrenie panienkami i walącym po łbie beatem.
Uważasz, że dekadę wcześniej, czy dwie dekady nie było takich bzdetów jak Nickelback? Były i było ich znacznie więcej. Do tego część z nich jest dziś klasyką słuchaną przez miliony.
Grunge był tylko nurtem, więc tam możesz sobie dopisać wszystko co jest na pograniczu garażu, prostego metalu, colege rocka, punka, rock n rolla a nawet popu. Najważniejsze, że było w opozycji do gejozy lat osiemdziesiątych. Chodziło właśnie o to by grać prosto, głośno i się nie ograniczać do niczego więcej. Mieliśmy przecież garażowo/rock n rollową Nirvana, bardziej klasycznie rockowy Pearl Jam, nieco zróżnicowane Soundgarden, czy pod-metalową Alice in Chains. Nieco podobna sytuacja jak w rewolucji punkowej. Kwestią czasu było pojawienie się kapel ambitniejszych niż jazz rocki, na przykład post rockowych oraz kapel marnych jak Nickelback i inne gówna.
Techno miało być ambitne a skończyło jako "muzyka" nie nadająca się nawet do tańca.
Tak BTW to ostatnio popularna była taka, przyzwoita podróba Stinga: http://www.youtube.com/watch?v=8UVNT4wvIGY O właśnie. Też miałem to wymienić, jako przykład, że dzisiejsze czasy nie są wcale takie straszne. No błagam Was. Akurat ten hicior to straszne gówno.
A czemu? Na tle współczesnego popu i popularnej ostatnio pseudo-alternatywy, ten kawałek się wyróżnia. Jest prosty, ale czerpie z dobrych popowych wzorców i jest "jakiś", co już wystarczy by stwierdzić że nie jest to takie straszne gówno. Nikt nie mówi że to jest super kawałek, ale na tle reszty muzyki która leci w mediach jest niezły, w takim minimalizmie muzycznym w popie jest jakaś metoda, w epoce Lady Gagi. W sumie to faktycznie obecnie chyba jest lepiej niz w latach 90' bo nikt mi nie powie że Ammy Whinehouse i takie tam popy, co teraz jest na nie moda są gorsze od Coco Jumbo i Scootera, mimo że ja sam za tym stylizowanym na retro popem nie przepadam.
No co ty? Chcesz powiedzieć, że pop w stylu Lady Gagi, Justina Bibera i Ammy Whinehouse jest lepszy od popu w tylu Metalliki, Pearl Jam, R.E.M., U2 itp.?
Tyyy, ale on chyba chciał napisać, ze pop w stylu Amy Winehouse (btw, nie jestem jej fanem ale przyrównanie jej do Biebera to przesada) czy innej Adele jest conajmniej nie gorszy niż euro-dance'owe przeboje z lat 90, jak Scooter czy Mr President.
BTW, odnośnie Gotye, to kawałek naprawdę spoko w swojej kategorii, choć został totalnie ograny przez różnego rodzaju RMFy, no i też był taki moment, kiedy to każdy wafel wrzucał go na swojego Facebooka pisząc JAKI TO ZAJEBISTY KAWAŁEK ZNALAZŁEM.
Pewnie i tak, ale jak można porównywać najlepszy pop minionej dekady do najgorszego popu lat 90'? To jak wyrywanie zdań z kontekstu. Porównuje się najlepsze z najlepszym i najgorsze z najgorszym.
W latach 90' dobry pop reprezentowały kapele w stylu Metalliki, Pearl Jam, R.E.M., U2 a zły pop te w stylu Spice Girls, Scooter i Mr President. W ostatniej dekadzie dobry pop reprezentowały artystki w stylu Amy Winehouse, Adele itp. a zły pop osoby w stylu Justina Biebera.
Teraz porównajcie sobie Pearl Jam do Adele albo Justina Biebera do Mr President. Wyjdzie wam tyle, że muzyka dosięgła dna. Ci lepsi są bardzo słabi w porównaniu do swoich odpowiedników tworzących dekadę wcześniej a ci gorsi są spełnieniem najgorszych snów. Dekadę temu było nie do pomyślenia by grać gorzej od Mr President itp. a tu proszę Justin Bieber itp.
BTW, odnośnie Gotye, to kawałek naprawdę spoko w swojej kategorii, choć został totalnie ograny przez różnego rodzaju RMFy, no i też był taki moment, kiedy to każdy wafel wrzucał go na swojego Facebooka pisząc JAKI TO ZAJEBISTY KAWAŁEK ZNALAZŁEM.
Nie wiem, nie słucham radia, a FB nie mam, kiedyś oglądałem TV i w jakimś programie co się zwie chyba "4 music" (na TV4) se to leciało, mówię nawet spoko jak na ten program, a brat mi mówi że to jakiś hicior co jest popularny.
Nie znam żadnej piosenki Adele więc nie powiem, ale w czym takie Justyny Biber są gorsze od Mr Presidenta, albo Modern Talking? Bo ja nie widzę różnicy.
Może rożnica jest taka, że za 10 lat o Justinie Bieberze nikt już nie będzie pamiętał a Modern Talking weszło do klasyki muzyki pop. Poza tym stopień pedalstwa w dzisiejszym złym popie przekroczył już wszystkie granice.
stopień pedalstwa w dzisiejszym złym popie przekroczył już wszystkie granice. Zawsze można znaleźć coś bardziej pedalskiego http://www.youtube.com/watch?v=P9sQZLtsfp8
Dobre, ale wolę daleki wschód: http://www.youtube.com/watch?v=VStV9YFK6-0&feature=related
Zawsze można znaleźć coś bardziej pedalskiego http://www.youtube.com/watch?v=P9sQZLtsfp8 Dobre, ale wolę daleki wschód: http://www.youtube.com/watch?v=VStV9YFK6-0&feature=related
No. Tu przynajmniej są dupcie. 
No. Tu przynajmniej są dupcie. Trochę to obleśne, ale... http://youtu.be/P9sQZLtsfp8?t=2m36s w 2:36 nie widać twarzy i wygląda normalnie jak laska z niezłymi nogami 
Faktycznie z fejsbuka ale było umieszczone w postaci czelendża - kto dłużej wytrzyma
Nie mam fejsbuka, kiedyś ktoś mi wysłał to: http://www.youtube.com/watch?v=VTjurWc4q3g&feature=relmfu Jako czystego szatana prosto z Japonii, nie mam pojęcia jak na to trafił, a je później klikłem na teledysk, próbowałem kilka razy, ale ani razu nie obejrzałem w całości.
Co się stało z tym narodem  Tu macie jeszcze najbardziej chory teledysk jaki znam http://www.youtube.com/watch?v=EUvpMhw5ALw nie mam pojęcia czemu jutjub tego nie skasował
E tam, przesadzasz.
No mi to nie przeszkadza, ale dziwię się, bo yt zazwyczaj kasuje wszystkie takie rzeczy. Albo przynajmniej ustawia ograniczenie wiekowe. Z teledysków na VEVO są wycinane nawet fucki 
bum bum bum bum kupimy sobie rum będziemy go pili i dzieci robili (tu też jest niezłe porno)
Ja tam wolę hity z lat 90. Z tego "złego popu" też, ale na zasadzie sentymentu i tego, że zaakceptowałem je w dzieciństwie, kiedy byłem jeszcze w stanie, a obecnego popu już nie potrafię, bo jestem za stary na takie cienizny. Dodam jeszcze odnośnie Coco Jambo i tego co zapodałem, że to naprawdę jest tak intensywnie tandetne, że aż można by pomyśleć, że to kpina albo że twórcy tworzą chłam dla ludu i dają im wyraźnie do zrozumienia jakie to ma miejsce w szeregu.
Tak BTW to ostatnio popularna była taka, przyzwoita podróba Stinga: http://www.youtube.com/watch?v=8UVNT4wvIGY O właśnie. Też miałem to wymienić, jako przykład, że dzisiejsze czasy nie są wcale takie straszne. No błagam Was. Akurat ten hicior to straszne gówno.
A czemu? Na tle współczesnego popu i popularnej ostatnio pseudo-alternatywy, ten kawałek się wyróżnia. Dobra, może nie straszne gówno, ale nie, nie wyróżnia się niczym. Tak, akompaniament, a raczej prawie całkowity jego brak to jest coś, co teraz występuje rzadko, ale wynalezieniem koła nie jest. A cała reszta - tekst, kompozycja, wokal Stinga - przeciętniactwo. Nie dziwię się, że ten utwór zrobił taką furorę, ale nawet na tle biedy dzisiejszego popu nie jest rewelacyjny.
To pokaż ciekawszy kawałek który był popularny w ostatnim roku, bo jestem ciekaw co uważasz za dobre.
Mi się bardziej kojarzył z Gabrielem ten numer. A mnie z hitów tego roku to znacznie bardziej rozpierdoliła, głupio się przyznać, Brodka.
http://www.youtube.com/watch?v=m5CE1yPDxAs
Mery, kurwa, hrismas: http://www.youtube.com/watch?v=DkVF6hTOB48&list=FLyBob5Xt47ytyQWhkyQ6OAQ&index=6&feature=plpp_video To jest dopiero awangardowa elektronika.
To pokaż ciekawszy kawałek który był popularny w ostatnim roku, bo jestem ciekaw co uważasz za dobre. Ciekawszych mógłbym Ci pokazać wiele, choćby wspomniane niedawno "Man Down" Rihanny. Dobry, ciekawy pop, romansujący z jakimiś reggae-cośtam rytmami, ale z tego co wiem, jest to jeden dobry numer Rihanny na trzydzieści kiepskich.
Btw "Granda" Brodki była niezła.
Dla mnie jednym z lepszych osiągnięć. Według mnie nie ma startu do bardzo popularnego na zachodzie "Loveless" zespołu My Bloody Valentine Uważasz, że dekadę wcześniej, czy dwie dekady nie było takich bzdetów jak Nickelback? Zależy co masz na myśli przez "takich". Bzdety z różnych epok brzmią odmiennie. Generalnie problem polega na tym, że rock puszczany w mainstreamowych mediach jest na tak słabym poziomie, że nie wiadomo, czy nie lepiej, jakby już było same dicho.
Bez przesady. Zaliczenie MBV do mainstreamowego popu to jak stwierdzenie, że Velvet Underground był mainstreamowy... Przecież to jest rock alternatywny pełną gębą, któremu przypadkowo udało się wybić, bo była moda na brudne brzmienie. "Loveless" to nie jest płyta, którą fan popu mógłby łyknąć w całości bez popitki. A "Ten" - owszem i dlatego przytaczam go w tym wątku. Zależy co masz na myśli przez "takich". Bzdety z różnych epok brzmią odmiennie. Generalnie problem polega na tym, że rock puszczany w mainstreamowych mediach jest na tak słabym poziomie, że nie wiadomo, czy nie lepiej, jakby już było same dicho.
Bzdety są bzdetami. Gdyby RMF istniało w latach siedemdziesiątych to zamiast Nickelback leciałaby w nim Abba.
|
|