|
Heavy prog?
singulair.serwis |
Prosiłbym o trochę kapel z tego też nurtu, lepszych lub gorszych - jak najwięcej. Wskazane jakieś jamowanie, sporo klawiszy, jakieś pierdoły - wiadomka.
Żeby nie było: mam na myśli heavy prog w sensie ostrzejszy prog, ew heavy psych, a nie to, co tam na PA figuruje jako heavy prog, czyli współczesne kapele z innych nurtów.
dnia Wto 01:01, 23 Lipiec 2013, w całości zmieniany 1 raz
Mogę Ci polecić, ale często jest to bardzo przeciętna robota...
Andromeda - Andromeda (1969) Atomic Rooster - Atomic Roooster (1970) Atomic Rooster - Death Walks Behind You (1970) Bakerloo - Bakerloo (1969) Birth Control - Operation (1971) Birth Control - Hoodoo Man (1972) Black Sabbath - Sabotage (1975) Blues Creation - Demon & Eleven Children (1971) Buffalo - Volcanic Rock (1973) Captain Beyond - Captain Beyond (1972) Dark - Round the Edges (1972) Elonkorjuu - Harvest Time (1972) Frumpy - 2 (1971) Fuzzy Duck - Fuzzy Duck (1971) Host - På sterke vinger (1974) Irish Coffee - Irish Coffee (1972) Jericho - Jericho (1972) Josefus - Dead Man (1970) Kin Ping Meh - Kin Ping Meh (1971) Lucifer's Friend - Lucifer's Friend (1970) Lucifer's Friend - Where the Groupies Killed the Blues (1972) The Masters Apprentices - Choice Cuts (1971) Message - From Books and Dreams (1973) Murphy Blend - First Loss (1970) My Solid Ground - My Solid Ground (1971) Night Sun - Mournin' (1972) November - En ny tid är här... (1970) Ñu - Cuentos de ayer y de hoy (1978) Rush - 2112 (1976) Rush - A Farewell to Kings (1977) Rush - Hemispheres (1978) Rush - Permanent Waves (1980) Rush - Moving Pictures (1981) Scorpions - Lonesome Crow (1972) Sir Lord Baltimore - Kingdom Come (1970) Steamhammer - Speech (1972) Stray - Stray (1970) T2 - It'll All Work Out in Boomland (1970) Uriah Heep - Salisbury (1971) Uriah Heep - Look at Yourself (1971) Uriah Heep - Demons and Wizards (1972) Uriah Heep - The Magician's Birthday (1972) Warhorse - Warhorse (1970) Wishbone Ash - Wishbone Ash (1970) Wishbone Ash - Pilgrimage (1971) Wishbone Ash - Argus (1972) Writing on the Wall - The Power of the Picts (1969)
Faktycznie, "Operation" Birth Control trochę mnie zniechęciło na sam początek.
dnia Śro 01:01, 24 Lipiec 2013, w całości zmieniany 1 raz
No to w takim razie, jak to jest przeciętne, to po co polecać? Wystarczyło napisać kilka tych naprawdę wybitnych płyt, a nie miliardami tytułów, które są przeciętne, na które szkoda czasu i które naprawdę mogą odstraszyć i zniechęcić?
E tam, jak się człowiek sam wymęczy to ma lepszą opinię.
No to w takim razie, jak to jest przeciętne, to po co polecać? Wystarczyło napisać kilka tych naprawdę wybitnych płyt
W tym gatunku nie ma wybitnych płyt. Ale są tacy, co to lubią, więc wolałem polecić co bardziej udane albumy i niech se każdy sam ocenia.
Są. No może nie wybitne, bo to za duże słowo, ale bez problemu znajdą się przecież bardzo dobre pozycje, ograniczenie tej listy to takich płyt byłoby imo znacznie lepszym pomysłem 
T2 na przykład jest bardzo fajnym przedstawicielem.
Takich płyt jak T2 (to znaczy dobrych, a nie nagranych przez znane kapele) jest tylko kilka. Oprócz T2 może jeszcze pierwszy Lucifer's Friend, Message i Night Sun. Reszta to już bardzo indywidualna kwestia.
dnia Śro 22:09, 24 Lipiec 2013, w całości zmieniany 1 raz
No i łiszbołn jest ponadprzeciętny 
Sabotage to heavy prog? Pod względem progowości jakoś mi się to nigdy nie wyróżniało na tle np "Sabat, krwawy sabat", a SBS chyba ogólnie lepsza. Dobra jest tam jakiś Superztar czy Dont Start, ale to tylko przerywniki, aranżacje trochę bogatsze niż na Paranoidzie czy Masterze, ale już w porównaniu z SBS to raczej nie bardzo. Może na upartego SBS, Sabotaż i Techniczną Ekstazę dałoby się podciągnąć pod ten gatunek, ale najlepsze z tego jest SBS.
O kurwa, gdzieś mi zjadło "vol 4" a tam jest "Snowblind"...
Sabotage to heavy prog?
Wręcz podręcznikowy. Wszystkie kontrowersje wokół heavyprogowości tego albumu mają swoje źródło w nazwie zespołu i w niczym więcej.
Dobra, w takim razie Sabbath Bloody Sabbath też jest heavy progowa, bo generalnie takie bardziej melodyjne i z klawiszami.
Znalazłem przypadkiem bardzo fajny album:
Truth and Janey - No Rest for the Wicked (1976 - ale grają jakby to był 1970/71)

Spox granie pod Led Zeppelin, trochę Cream, Mountain i takie tam. Prosty, zwykły rock. Naprawdę miły, chociaż oczywiście cudów żadnych nie ma. Niemniej polecam.
Czyli chyba raczej nudny, nie?
Nie.
Gun które polecałeś, było nudne.
Dla mnie bylo spox. Zreszta to jest nieco inne granie, bardziej hard rockowe.
Dobra, no to zaufam. Zresztą dawno nie słuchałem normalnego rocka.
No, oprócz łiszbołna.
Ja osobiście uważam że Hemisfery chłopaków z Rushu jest genialna. Na tej płycie wszystko hula jak należy. Najlepsza ich płyta zresztą jak dla mnie. http://www.youtube.com/watch?v=GJJSe4YnhYU[/b]
Rusha z koncertów, płyty studyjne są bladym cieniem tego, co panowie potrafią zaprezentować na żywo. Natomiast Hemisfery jakoś mnie nie zachwyciły. Bardziej mi się podobała pierwsza część suity z poprzedniej płyty. Prawdopodobnie wpłynął na mój odbiór też fakt, że niestety nieopatrznie najpierw przeczytałem książeczkę z tekstami, a potem posłuchałem muzyki... Do tej pory nie dostrzegam najmniejszego związku muzyki z treścią tego skądinąd dość pretensjonalnego, silącego się na intelektualizm tekstu.
Moim zdaniem Rush w studiu jest równie dobry. Zresztą ich najważniejsze płyty studyjne od dawna mam, a koncertowych jakoś nie...
Mnie nie specjalnie przekonuje tego typu muzyka zagrana bez tej mocy i przestrzeni, jaką daje sala koncertowa. Podobnie mam z Deep Purple - uważam, że ich muzyka nie grana na żywo, traci sporo uroku, choć oczywiście wyboru materiału albumy studyjne wypadają lepiej. Uważam z resztą, że to trochę wynika z samego charakteru kompozycji. Np. kompozycje Led Zeppelin mają ewidentnie bardziej kameralny charakter, przez co, mimo iż były wykonywane na wielkich scenach, brzmiałyby równie dobrze zagrane w niewielkim barze czy klubie na akustyku. U Purpli czy Rusha liczy się o wiele bardziej potęga pieprznięcia, przez co brak przestrzeni w nagraniach studyjnych znacznie bardziej mi doskwiera.
Półkule też są moim ulubionym albumem Rush, nadal nie mogę pojąć legendy Moving Pictures, chociaż wiem, wiem - piękno tkwi w "prostocie" 
|
|