ďťż



W związku z tym, że pojawiła się grupka zainteresowanych, zakładam wątek o tej bardzo ważnej progresywnej kapeli.

Henry Cow została założona w Cambridge w 1968 roku przez Freda Fritha i Tima Hodkinsona. Początkowo zaliczano ją do brzmienia Canterbury, ze względu na powiązania towarzyskie i wyraźny element jazzowy stanowiący podstawę ich brzmienia. Jednak muzyka tej kapeli jest inna, bardziej radykalna i rewolucyjna. Można powiedzieć bez przesady, że jest to tego rodzaju fenomen, że trudno to do czegokolwiek przyrównywać.

Cechy muzyki tej grupy to absolutna swoboda w czerpaniu inspiracji z różnych gatunków, wielowątkowość utworów, brak stałego strukturalnego podziału na części i odejście od repetycji na rzecz ciągłej zmiany. Muzyka Henry Cow ma poza tym charakter improwizowany i ma być z założenia efemeryczna - dostarczać słuchaczowi jednorazowego wrażenia w momencie słuchania, które przemija wraz z muzyką. Jej bogactwo i różnorodność w istocie znacznie utrudnia zapamiętywanie poszczególnych motywów. Wszyscy członkowie Henry Cow, ze szczególnym wyróżnieniem gitarzysty - Freda Fritha i perkusisty - Chrisa Cutlera, to niekwestionowani wirtuozi swoich instrumentów.

W związku z permanentnym kryzysem rocka progresywnego w Wielkiej Brytanii w II połowie lat 70' muzycy powołali do życia radykalną organizację muzyczno-polityczną o nazwie Rock in Opposition. Organizacja łączyła radykalne hasła artystyczne z równie radykalną pochwałą komunizmu. Mimo iż byli zdecydowanie najwybitniejszym przedstawicielami tej nowej sceny nie zagościli na niej zbyt długo. Zespół został rozwiązany w 1978 r. A część muzyków stworzyła Art Bears, zaliczany również do klasyki avant-rocka.

Zespół grał muzykę instrumentalną oraz instrumentalno wokalną. Wokalistka Dagmar Krause pojawiła się w związku ze współpracą Henry Cow z inną awangardową kapelą Slapp-Happy. Dwie płyty będące wynikiem tej kooperacji to odrębna, bardzo ważna część dorobku artystycznego grupy.

Dyskografia:

Instrumentalnie:
Leg End (1973)
Unrest (1974)
Western Culture (1978)

We współpracy ze Slapp Happy:
Desperate Straights (1975),
In Praise of Learning (1975)

Koncertówka:
Concerts (1976)

Heniek Krowa to muzyka z rodzaju bardzo trudnych, gdzie nie ma dróg na skróty. Każda z tych płyt to dla fana rocka nieobeznanego z takim graniem skok na głęboką wodę. Opłaca się ten skok wykonać, bo trudy poznawania tej muzyki zostaną nam z nawiązką zrekompensowane. Przykłady:

http://www.youtube.com/watch?v=P8oNkfKnRpk&feature=related
http://www.youtube.com/watch?v=YH4Nfi8qijk&feature=related
http://www.youtube.com/watch?v=Vfpq11-sRVQ
http://www.youtube.com/watch?v=VsdjfCGmSDQ&feature=related


Krucafiks albo już się przez ten free jazz i jakieś magmy i pierdzenia jakieś oswoiłem z awangardą, bo Heniek mi wszedł bez zająknięcia. Piękne, wspaniałe, wielkie!

No nie znam skarpet, na razie tylko Western Culture i to jest cholernie intrygująca rzecz. Niesamowitość.
To "In Praise of Learning" polecam, na zasadzie kontrastu. Sądzę jednak, że Ty akurat nie będziesz miał problemu z tą muzyką. To po pierwsze.
A po drugie częsty problem polega nie na tym, aby to łyknąć, docenić, pochwalić, ale na tym, żeby to naprawdę z całego serca pokochać. Mnie potrzebne było do tego sporo czasu.
Jeszcze Heńka nie pokochałem, bo raz go słuchałem. Na tyle jednak mi się spodobał, że będę wracał, wracał i wracał i jak przetrwa próbę czasu - jak np. Lizard Kinga Crimsona (o Magmie, VdGG czy GG jeszcze nie mogę mówić, bo za krótko ich znam) to pokocham. Nic nie można pokochać od zaraz, to jedynie zauroczenie, trzeba czasu jak mówisz


Są jednak takie płyty, które weszły mi prawie od razu. Najlepsze przykłady to:
Dün - Eros
i Popol Vuh - Hosianna Mantra.

Wciąż należą do moich ulubionych, jednak pokochałem je prawie od razu, w sensie - bardzo szybko nabrałem poczucia, że mógłbym ich słuchać bez końca i moje życie bez tej muzyki byłoby uboższe.

Co do Lizarda - z tą płytą musiałem się trochę oswoić, ale pokochałem ją zdecydowanie wcześniej od momentu pierwszego przesłuchania niż płyty Heńka.
No mi Mekanik Magmy wszedł błyskawicznie, ale jeszcze wstrzymuje sądy, bo kto wie czy za rok nie będę znudzony już nieco Magmą. Tak z In the court... na początku eurofia, WIELKA muzyka, najwspanialsza, a teraz już trochę dystansu mam, nadal doceniam, bo to świetna płyta, ale już poznałem lepsze, które są bliżej absolutu .

No tego Erosa muszę sprawdzić, bo się przewijał wiele razy czy to Bartosz czy Ty polecałeś. Nawet gdzieś awatar masz z okładki .

No mi Mekanik Magmy wszedł błyskawicznie, ale jeszcze wstrzymuje sądy, bo kto wie czy za rok nie będę znudzony już nieco Magmą. Tak z In the court... na początku eurofia, WIELKA muzyka, najwspanialsza, a teraz już trochę dystansu mam, nadal doceniam, bo to świetna płyta, ale już poznałem lepsze, które są bliżej absolutu .

No tego Erosa muszę sprawdzić, bo się przewijał wiele razy czy to Bartosz czy Ty polecałeś. Nawet gdzieś awatar masz z okładki .


To taka muzyka, której zwykły słuchacz rocka nie trawi, a człowiek mający ciągoty ku awangardzie odbiera jako całkiem przyjemną, a jednocześnie niebanalną. Popol Vuh też polecam zanim odlecisz zupełnie w klasykę, free-jazz i inne takie. To też muzyka inna niż zwykły rock, a na swój sposób chwytliwa i warto się nią rozkoszować.
Obok Magmy mój ulubiony zespół rockowy. Zawsze twierdziłem, że ich granie jest dużo bardziej klasowe niż te wszystkie ścieżki dźwiękowe do horrorów (które oczywiście też bardzo lubię, chodzi mi tylko o pewną różnicę klasy), nie przerysowane, bezpretensjonalne, a przy tym na niebywale wysokim jak na rock poziomie wykonawczym. Jeżeli miałbym wskazać zespół, który naprawdę wyniósł rocka na wyższy poziom skazałbym właśnie ich. Może nie jako samojedynych, ale jednak.
Słuchałem debiutu Popo Vuh Afftenstunde i to mnie zaintrygowało. Wyciszające, ponure, groźne, głębsze, interesujące. Nawet słuchałem go kilka razy w różne dni i o różnych porach, tyle że jakby mam go już za sobą i nie czuje potrzeby wracać do tego akurat albumu. Inne z pewnością chcę poznać i poznawać będę. Z kolei taka Magma, to właściwie do każdego albumu - mimo że osłuchałem wiele razy, to mam ochotę wracać i wracać, nie mogę się nacieszyć. To samo z free jazzem i jazzem w ogóle - każdy album chcę słuchać na nowo! (no może poza Merci magmy ).

Słuchałem debiutu Popo Vuh Afftenstunde i to mnie zaintrygowało. Wyciszające, ponure, groźne, głębsze, interesujące. Nawet słuchałem go kilka razy w różne dni i o różnych porach, tyle że jakby mam go już za sobą i nie czuje potrzeby wracać do tego akurat albumu. Inne z pewnością chcę poznać i poznawać będę. Z kolei taka Magma, to właściwie do każdego albumu - mimo że osłuchałem wiele razy, to mam ochotę wracać i wracać, nie mogę się nacieszyć. To samo z free jazzem i jazzem w ogóle - każdy album chcę słuchać na nowo! (no może poza Merci magmy ).

Debiut to zupełnie inna sprawa. Podobnie jak i "Ogrody faraona" - muzyka eksperymentalna. Natomiast po eksperymentach Fricke wziął się za coś zupełnie z innej beczki: medytacyjną muzykę (głównie instrumentalną) opartą na brzmieniach etnicznych (daleki wschód) i pewnych nurtów w muzyce poważnej. Jest to coś, co określiłbym mianem "sakralnego proto-ambientu". Ponadto nagrywał ścieżki dźwiękowe do filmów Wernera Herzoga - na szczególną uwagę zasługują Aguirre i Nosferatu. I dziś to się bardziej kojarzy z nazwą Popol Vuh niż eksperymentalne początki.
A tak btw. Jakko Jakszyk, czyli ten kolo od nowego Crimson ProjeKct na swym solowym albumie The Bruised Romantic Glee Club zagrał kilka coverów Henry Cow. Bardzo podobnych do oryginałów, ale w sumie fajnych, bardzo w duchu tamtych lat. dnia Śro 20:14, 15 Czerwiec 2011, w całości zmieniany 1 raz
Gdzie skrzypek na dachu???

Mógłbyś lepsze foto Coltrane'a złapać, miał wiele wspaniałych
Świetny band, chociaż czasami nadal nie mogę pojąć tych wszystkich pojękiwań. Muszę przyznać, że muzykę panowie tworzyli mocarną. Cała trylogia skarpetkowa jest znakomita a i Zachodnia kultura daje radę.
Mega intrygująca grupa. Trudno to wszystko ogarnąć i pewnie zajmie mi to jeszcze trochę czasu, ale właśnie aż chce się do tego wracać i wracać. Swoją drogą niesamowite okładki płyt, z którymi konkurować może chyba tylko Ege Bamyasi
A co sądzicie o ich mariażu ze Slapp Happy i albumie Desperate Sraights - bardzo nietypowy w kontekście twórczości Henry Cow, a jakoś strasznie mało się o nim mówi. Osobiście uwielbiam tę płytę - wybitny klimat i... sentyment. Pierwszy album Henry Cow, jaki poznałem. Dość niestandardowo, ale to właśnie pozwoliło mi dość wcześnie polubić zespół, bo obawiam się, że gdybym zaczął od Leg End albo Unrest, to odłożyłbym zgłębianie ich twórczości na dużo później.
Co zatem Wy sądzicie o Desperate Straights? A także o drugim albumie nagranym ze Slapp Happy, czyli In Praise of Learning?
Desperate Sraights brzmi jak Slapp Happy. Mało Heńkowy album, choć dobry. Co innego In Praise - Henry Cow jak się patrzy, zresztą to jedna z najlepszych ich płyt.
Owszem, Desperate Straights brzmi jak Slapp Happy, tyle że znacznie lepiej. Słucham od czasu do czasu albumów Slapp Happy i podobają mi się bardzo, ale to brzmienie, które udało im się osiągnąć z Henry Cow, jest szlachetniejsze i piękniejsze, moim zdaniem. Bardzo lubię Desperate Straights, choć rzeczywiście nie jest to "pełnowartościowa" płyta Henry Cow. Co dla mnie nie znaczy, że gorsza - po prostu nie w ich stylu zupełnie.
In Praise of Learning jest rzeczywiście w pełni "henrykałowe", jedynie z domieszką Slapp Happy (choćby wokal), ale bardzo pozytywną.
Tell of the birth, tell how War appeared on Earth.
"Desperate Straights" to zdecydowanie najgorsza płyta Heńka. Co bynajmniej nie znaczy, że nie jest równocześnie całkiem dobra. Ale i tak najrzadziej do niej powracam. Natomiast "In Praise of Learning" to opus magnum. I nie tylko w twórczości Henry Cow, ale jak dla mnie całego kręgu kapel związanych z RIO. Nic lepszego w tym gatunku nie stworzono.
Kobaianie, a z czystej ciekawości - jak prezentuje się współczesne RIO? Słyszałem chyba Present i mi się to podobało. Ciekawi mnie jak to ogółem sobie radzi.

jak prezentuje się współczesne RIO?.

Tak samo, jak wszystko współczesne. Zrzynanie z kilku klasycznych kapel na przemian. Czasami jest to zupełnie fajne, ale jeśli nie jesteś maniakiem avant-proga to sobie odpuść.

PS: Present to klasyczna kapela. Debiutowali bodaj w 80 roku.

PS2: No i oczywiście z tych w miarę nowych kapel obowiązkowa jest znajomość projektów towarzystwa Thinking Plague / 5uu's. dnia Sob 12:27, 22 Czerwiec 2013, w całości zmieniany 1 raz
Tak coś mi się właśnie wydawało, że Present ma latka - ale działają do tej pory, czyż nie? Ta współczesność ma tylko jeden plus - że jak człowiek jest maniakiem, to dostaje dokładkę tego samego

Kobaianie, a z czystej ciekawości - jak prezentuje się współczesne RIO? Słyszałem chyba Present i mi się to podobało. Ciekawi mnie jak to ogółem sobie radzi.
Present jest ok, podobają mi się te płyty, aczkolwiek awangarda w stylu muzyki do nienakręconych horrorów coraz mniej mnie kręci. Dlatego uważam, że z kapel, które znam, najlepszym reprezentantem późniejszego okresu od pionierów w stylu Krowy, Zoydów i Universów, jest Thinking Plague. Zespół sporo czerpiący z dorobku poprzedników, który mimo to wytworzył własny styl, różniący się nieco od typowego straszenia dzieci. I w dodatku kapela wciąż nagrywa całkiem interesujące płyty.
Nie jestem raczej zwolennikiem umieszczania „Desperate straights” jako pełnoprawnego albumu w dyskografii Henry Cow. Bardziej pasuje mi to do czegoś w rodzaju pobocznych kolaboracji. Jest to w końcu materiał niemal w całości skomponowany przez członków Slapp Happy (wyjątkiem są „Caucasian lullabye” i „Bad alchemy”, których współautorami byli Greaves i Cutler. Tylko w nich słychać w większym stopniu elementy muzyki, którą można kojarzyć z Henry Cow. „Bad alchemy” był zresztą często grany na koncertach Henry Cow. Można usłyszeć go choćby na „Concerts”. Inaczej wygląda sprawa z „In prasie of learning”. W wypadku tego projektu większość muzyki skomponowali członkowie Henry Cow i to niewątpliwie słychać. Sam „Desperate straights” to rzeczywiście sympatyczny album, choć nie jest to już ten ciężar gatunkowy co właściwe płyty zespołu. Może i byłoby to dobre na początek dla ludzi, którzy chcieliby spróbować zatopić się w muzycznym uniwersum Heńka Krowy, a do tej pory obracali się głównie w mainstreamowym prog rocku. Pozytyw byłby taki, że płyta nie odrzuci osób nieprzygotowanych na mocno odjechane dźwięki. Z kolei wadą to, że jednak mimo wszystko nie jest to pozycja reprezentatywna dla ich muzyki, zarówno jeżeli chodzi o stylistykę jak i poziom artystyczny. Rzucanie się jednak od razu bez przygotowania na „Concerts” lub „Unrest” może zaboleć.
Pierwsza płyta z wydawnictwa "The 40th Anniversary Henry Cow Box Set", zatytułowana "Beginnings" prezentuje Heńka ze strony z której żem ich nie znoł! Dużo lżejsza muza niż nawet na debiucie, a ciekawa.
Ależ ta prowadząca zaangażowana:
Chris Cutler / Roulette TV excerpt
Zastanawiałem się kiedyś, czy istnieje muzyczny odpowiednik strumienia świadomości. Pomyślałem wtedy o free jazzie, co sprowadziło mnie do pytania, czy improwizacje są planowane, czy muzycy zastanawiają się co zagrają za moment. Teraz wiem, że przynajmniej jeden muzyk, podczas przynajmniej jednego występu nie zastanawiał się w ogóle nad tym co grał, kiedy to czynił, więc podejrzewam, że istnieje dosyć liczna grupa jednych i drugich.

He initially expressed rather mixed feelings for Coleman's innovative music: "...if the free-form guys could play the same tune twice, then I would say they were playing something...Most of the time they use their fingers on the saxophone and they don't even know what's going to come out. They're experimenting."

A co do improwizacji. Gdyby były planowane, to by nie były improwizacje. Zdaje mi się, że muzycy sobie ustalają "a tutaj zagramy jakieś impro" a impro potem leci jak się zgrają, czy jak kto sobie wymyśli, czy coś. dnia Czw 20:41, 05 Luty 2015, w całości zmieniany 1 raz
No jednak większość ludzi coś tam planuje, bo mają ustaloną progresję akordów na przykład. Tylko czy Ci od free, już w trakcie gry, zastanawiają się dokąd zmierzają, co będą grać za parę taktów? Czy może tylko natychmiastowo co im przyjdzie na myśl?
Odpowiem w sposób żenujący i oczywisty: pewnie zależy od muzyka.
Czy nie rażą was te niepłynne przejścia/urwania pomiędzy niektórymi partiami w Living in the Heart of the Beast? W wersji koncertowej nie zauważyłem, żeby to aż tak się rzucało w oczy.

Czy nie rażą was te niepłynne przejścia/urwania pomiędzy niektórymi partiami w Living in the Heart of the Beast?

Nie. Taka jest uroda tego utworu, że brzmi jak złożony ze skrawków. Nie przeszkadza mi to.
Hmm, przesłuchałem sobie jeszcze parę razy i rzeczywiście brzmi jakby to miało sens.
Z drugiej strony zastanawiam, się czy może chcieli ukryć swoje braki kompozytorskie zasłaniając się pewnym konceptem. Nie znam się na kompozycji, więc nie wiem, czy te lokalne ''spięcia'' (przynajmniej w moim, niezbyt wyrobionym odczuciu), przeszkadzają całokształtowi.
Przeglądam sobie skany z "Western Culture" i na "Gretel's Tale" grała na fortepianie, znana nam skądinąd, Irene Schweizer.



 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

   
 
  Henry Cow
singulair.serwis