ďťż

Mieliście kiedyś taką sytuację, że słuchana muzyka spowodowała, że napłynęły wam łzy do oczu? Słuchanie muzy przy krojeniu cebuli albo wyciąganiu strzały z ramienia się nie liczy.

Mi raz się przydarzyło coś takiego, rzecz dla mnie zagadkowa, gdyż nie była to wcale muzyka specjalnie wyrafinowana, zawsze wręcz wydawała mi się trochę przesadzona, zbyt bombastyczna. Chodzi mianowicie o końcówkę uwertury 1812 Piotra Iljicza, gdy dzwony biją i armaty walą (tutaj od 14:55). Nie wiem dlaczego tak ta muzyka na mnie zadziałała, w każdym razie ogarnęło mnie wtedy niezwykłe wzruszenie.

Piszcie sfoje historie o oddziaływaniu muzyki na emocje.


Dwa takie przypadki sobie przypominam: jak po raz pierwszy słuchałem ostatniego utworu z "( )" Sigur Rós oraz przy drugiej części solówki z Feedbackera. Sigur Rós aż tak już na mnie nie działają, ale Feedbackera jak sobie czasem puszczę to do tej pory zdarza mi się przy tym wejściu gitary uronić męską łzę.


W gimnazjum byłem bardzo poruszony tym i tym, ale nie ciekło z oczu. Niemniej jednak jakieś tam doznanie ekstatyczne było.
Kolejny raz tak miałem jak pierwszy raz wchodziłem na Granaty w Tatrach i spoglądałem na widok na Czarny Staw Gąsienicowy.
Teraz czasami mi się uda doprowadzić do takiego stanu przy Bachu Janie Sebastianie (Pasje/Msze).

Chodzi mianowicie o końcówkę uwertury 1812 Piotra Iljicza, gdy dzwony biją i armaty walą
Piszcie sfoje historie o oddziaływaniu muzyki na emocje.


To akurat zrozumiale, mozna chyba powiedziec ze Czajkowski to jeden z grubszych specjalistow od wywolywania takiego stanu i sam tak kilka razy z nim mialem.

WPISUJCIE MIASTA PLACZACE OD CZAJKOWSKIEGO

SUWALKI


Pamiętam jak miałem doła lata temu albo nawet dawniej i włączyłem sobie płytę "Wildhoney" Tiamatu. Na piosence Gaia bardzo się wzruszyłem. Łzy co prawda nie uroniłem, bo zacisnąłem mocno zęby, ale było blisko. Śmiejcie się ale to prawda.
Macie i płaczcie.
http://www.youtube.com/watch?v=mOnn6qqR9y4
Łzy wyciska kilka rodzajów utworów. Przede wszystkim są to kompozycje z muzyki poważnej z dominującym wysokim żeńskim wokalem. Np.
http://www.youtube.com/watch?v=he95Y0WkGQU
Taki wokal potrafi mózg zmienić w galaretę, jeśli człowiek się w to wsłucha. Jak do tego dodać te rozbrajająco lekkie smyczki, zdające jakby sprawę z tego, że mimo cierpienia życie toczy się dalej.
Drugi typ, to dobrze skomponowane utwory dramatyczne. Gdy w "Cyganerii" Pucciniego następuje w ostatnim akcie moment ciszy. Żadna z postaci nie zdaje sobie sprawy ze śmierci Mimi, natomiast dzięki muzyce i tej niesamowitej pauzie widz-słuchacz zdaje wie od razu, co się właśnie stało.
http://www.youtube.com/watch?v=fwACXjRXVUg
No i na koniec warto wspomnieć o pieśniach, które mają w sobie coś niewyjaśnionego, co wzbudza niesamowite uczucie smutku, np. o słynnej pieśni samobójców:
http://www.youtube.com/watch?v=8Kkxbw3s2pM
Dwa razy czy trzy wzruszyłam się przy czwartej symfonii Czajki

ZIELONA GÓRA
Ja się łatwiej wzruszam niż kiedyś, ale autentyczną łzę uroniłem chyba tylko przy słuchaniu Jex Thoth w 2008, bo mój organizm oszalał z satysfakcji
Zawsze kiedy przerywam odwyk Purplowy
"Here Comes The Flood" w wersji z Exposure niszczy. Tak bardzo płacz. dnia Śro 23:02, 23 Październik 2013, w całości zmieniany 1 raz
W wersji z debiutu Piotrka niszczy bardziej.
W tej materii to do głowy przychodzi mi Never let mi down again Depeche Mode. Wzruszający kawałek.
"Łzy podczas krojenia cebuli"
Generalnie ciężko coś takiego osiągnąć. Kiedyś próbowałem się doprowadzić do płaczu słuchając "Final Cut" do oporu , przy czym i tak byłem już zdołowany i troszkę mi się nawet udało, ale to tylko wtedy.
Mogę za to wymienić utwory, które mnie jakoś poruszają. Na pewno "Moon in June", czasami też mięknę od głosu Sandy Dany z Fairport Convention, np. ostatnio "Fotheringay", a jeszcze kiedyś "Who Knows Where the Time Goes?".
Flora Purim w naiwnej pioseneczce "What Game Shall We Play Today?" też daje radę.
to faktycznie poruszajaca muza
Ironia czy szczerość?
Ironia. Nie dziwie Ci sie, ze ciezko Ci doprowadzic sie do takiego stanu, skoro podane przez Ciebie utwory wcale sie do tego nie nadaja.
Ze względu na jakie cechy?
plytkosc i ogolna slabizne.
Aha, przekonałeś mnie.
ironia czy szczerosc
Ironia. Bo niczego się nie dowiedziałem. Zestawiasz moje utworki z muzyką poważną i stąd taki werdykt czy w ogóle uważasz je za kiepściznę? W trzech ostatnich chodzi o to, że jakaś pani bardzo ładnie śpiewa, dwa to folk i nie wiem czego Ty wymagasz w takiej sytuacji. Natomiast "Moon in June" nie nazwałbym płytkim utworem albo słabizną. Trochę się tam dzieje. A porusza mnie kulminacja, zawiera w sobie dramatyzm.

Zestawiasz moje utworki z muzyką poważną i stąd taki werdykt czy w ogóle uważasz je za kiepściznę? W trzech ostatnich chodzi o to, że jakaś pani bardzo ładnie śpiewa, dwa to folk i nie wiem czego Ty wymagasz w takiej sytuacji.
Natomiast "Moon in June" nie nazwałbym płytkim utworem albo słabizną. Trochę się tam dzieje. A porusza mnie kulminacja, zawiera w sobie dramatyzm.

No wlasnie nie wiem. Bede musial sobie gdzies niedlugo odswiezyc Soft Machine. Pare miesiecy temu, czyli bardzo dlugo po czasach, kiedy poznawalem Maszyne, odtworzylem sobie to Moon in June i zdebialem caly. Przeciez ten utwor jest wprost koszmarny.

Zanosi sie na to, ze bede musial w ramach pokuty za chwalenie tego zespolu zezrec wlasne trzewiki.



 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

   
 
  Łzy w oczach przy słuchaniu muzyki
singulair.serwis