ďťż



Pomijając walory medytacji jako takiej, tej czystej wschodniej chciałbym rozważyć ją w wymiarze rozmyślania, a nie oczyszczania z myśli. W tym sensie - przemyślenia swoje wylać.

Otóż siedzę teraz w nocy i miast się uczyć do egzaminu zbijam bąki, a raczej medytuję właśnie. Koleżanka z mieszkania, chwilę ze mną właśnie rozmawiała. Ona lekko podchmielona wróciła, ja mam z nią dobre relacje, ale nie rozmawiamy wcale, w tym sensie nie rozmawiamy, że nie opowiadamy o rzeczach targających nami, nic a nic. Tylko sprawy typu: zobacz jaki świetny sok z biedronki za 3zł albo dziękuję że zmyłeś naczynia czy umyłeś podłogę albo jutro egzamin mam ale się nie uczę - uuu powodzenia dasz radę itp. Powierzchowne rozmowy krótkotrwałe. To o tyle ciekawe, że mam przejściowy pokój, więc widujemy się nieustannie wręcz, ale przez te 8 miesięcy żadnych przyjacielskich relacji ani z nią ani z jej chłopakiem nie zawiązałem. Jednakowoż pewnego razu pokłóciła się z nim poważnie, rozpaczała, a ja zapytałem czy mogę ci pomóc biedna dziewczyno, ona na to że daj mi proszę spokój, ja chcę być teraz sama, nie gniewaj się. No spoko, to w ogóle się ulotniłem z mieszkania żeby nie krępować jej w rozpaczy, wróciłem dnia następnego, bo wtedy jeszcze potrafiłem spędzać dzień i noc cały poza miejscem zamieszkania, bywało że i 3 dni I sobie siedzę, czytam wtedy chyba jakiegoś Coetzee akurat, ona się krząta, mi głupio tak siedzieć i pytam w końcu delikatnie czy już się lepiej czuje, a ona nadal prosiła mnie abym nie poruszał tej sprawy, bo ona sama musi to sobie ułożyć. Konflikt wyniknął stąd, że jej chłopak do innego miasta na imprezę wybył kilkudniową, choć ona prosiła by nie jechał. Więc sobie czytam Życie i czasy..., aż w końcu wieczorem ona siada w pokoju mem na skrzyni, co w niej trzymam moje skarby typu gacie i skarpety i pyta CÓŻ MAM ROBIĆ, a ja poprosiłem ją by opowiedziała mi problem, bo choć wszystko wiedziałem - drzwi nieszczelne mamy i właściwie nie chcąc nawet usłyszeć musiałem cały problem, gdy rozmawiała. No i mi opowiada, ja porzuciłem zajęcia swe, w pełni oddałem się słuchaniu. Potem powiedziałem jej co zrobić ma - trochę jak Sartre w tej swojej debilnej książce egzystencjalizm jest humanizmem - dziewczyno to twój wybór, zrób coś w zgodzie z sobą, ja nie mam wglądu w ciebie nic poradzić ci nie mogę. Mogę powiedzieć co ja zrobiłbym, ale to błąd gdy zrobisz tak, bo ja tam bym zrobił, sama zdecyduj co i jak. Co ciekawe to była ważna sprawa i dla mnie, bo ich rozstanie determinowało moją bytność w tem mieszkaniu, oni się wyprowadzają, to ja też muszę, a to było w grudniu, mieszkanie znaleźć to trudno byłoby, a poza tem weź się w zimę z tobołami poruszaj. Oderwałem się jednak od takiego praktycznego myślenia i poradziłem jej najlepiej jak mogłem. Widać potrzebne to jej było, potem pogodzili się, on potulny jak baranek, ona zła na niego, a ja między nimi... Głupio widziałem jej było wobec mnie, bo wiedziała, że ja gadowi nie wybaczyłbym, ale dobrze postąpiła w zgodzie z sobą. Potem gdy rozstawaliśmy się na święta i żegnałem się z nimi ona mnie złapała i ściskała z dobrą minutę, jakbym wielkim jej przyjacielem był. I tyle, potem relacje wróciły do normalnych, tj. hejka cześć ale duszno dzisiaj - no duszno, dobra ja spadam cześć. COŚ jednak, jakiś błysk otwarcia, przyjaźni gdzieś płonie tam głęboko.

Dzisiaj zaś chłopak jej wcześnie spać poszedł a ona na piwko ze znajomymi i wróciła niedawno i zaczęła ze mną rozmawiać. Otwierała się znowu, ale ja nie byłem uważny w słuchaniu, zrezygnowała widząc, że nie oddaje się lekturze słów jej w pełni.

ŹLE się czuję z tem.

Do czego zmierzam - ludzie, właściwie wszyscy, mają potrzebę otwierać się, tylko trzeba umieć słuchać.

Pewnego razu nad Wisłą jeżdżąc magicznym rowerem usiadłem na ławce i pewna piękna pani dosiadła się do mnie i zaczęła opowiadać o sobie. Nie wykazałem zainteresowania głębszego jej problemem, a raczej rozmowę na tory "co studiujesz" itp. gdzie mieszkach skąd jesteś skierowałem. Żałuję tego niemożliwie, ale chyba postąpiłem wspaniale. Gdy ją odprowadziłem pod lokum to też mnie wyściskała. Potrzebny jej był słuchać, osoba druga, ale nie do wyżalenia się, a do kompanii w kontemplacji świata i życia.

Nadaję się do tego jak nikt, jako dusza towarzystwa nie sprawdzam się raczej.

Walczą dwie siły we mnie - ta bycia elo spoko luzakiem co rowerem jeździ i żongluje na rowerze jadąc i ta samotnika, słuchacza pana z obrazu powyżej. JAK TU ŻYĆ? Chwile te gdy wysłuchiwałem tech pań i innych też, bo to niejedyne "nieznajome" które wyżalały/były ze mną ot tak piękne były. Z jedną taką wspaniałą 3 noce z rzędu spędziłem (bez żadnych tam niskich rzeczy - spacerując, siedząc słuchając), potem gdy wróciła do równowagi już nie odzywała się, gdy ja spróbowałem to w sumie zbyła mnie. Czyż to nie tragiczne? Nie wiem, ale pamięć tamtych chwil wspaniała i radość z pomocy jej wielka. Niech żyje szczęśliwie.


Tez takie historie miewalem, tylko za cholere nie mialem szczescia do tego, zeby to byly kobiety. No chyba ze Kaska, ale to koszmar jest (jest, bo trwa dalej).
Poza tym, to zawsze mnie nawiedzaly nieszczesliwe i pokaleczone jakies natury.
Byl raz czlowiek, co to przyjechal tutaj, zeby zarabiac na chora umyslowo zone, ktora byla zamknieta w psychiatrycznym szpitalu, od ktorej odwrocila sie 'cala rodzina'. W kazdym razie, gdy przebywala jeszcze w domu, to bez przerwy robila awantury z szescioma ludzmi, ktorzy probowali ja wyrzucic z jej domu. Problem w tym, ze ludzie owi istnieli tylko w jej umeczonej glowie. Az wreszcie wzieli ja do szpitala.
On natomiast jest bokserem, ale w wypadku motocyklowym porobil sobie cos nieprzyjemnego z podstawe czaszki, dlatego o karierze dalszej nie moglo byc mowy. A on tu w rozpaczy haruje i haruje i kiedy byl w kiepskim stanie, to zaszedl wlasnie do mnie. No i coz, jak sie juz odzywalem, to strasznie unikalem takiego glupawego pokrzepiania, co irytuje tylko nieszczesliwca. No i ten, poszlo jakos. Ale potem, po jakims czasie tez juz jakby udawal ze mnie nie zna.
Lotysz tez mieszkal z nami, stary chlop, cos pod 50-tke podchodzil. Nie widzialem jeszcze i nie pilem z mocniejszym od niego pijakiem. Potrafil wydyndac niewiarygodne ilosci wody i sie co najwyzej zaczerwienic po tym. Kiedy juz dawalem znac, ze wystarczy mi juz 'do szczescia' to mial zwyczaj mawiac z usmiechem cos w stylu 'Oj slabooo panie Poljak...'. Opowiadal o swoim zyciu historie nieslychane wrecz, tyle ze po rosyjsku, a raczej jakas niezwykla mieszanka polskiego i rosyjskiego, tak ze rozumialem moze 1/3. Dziwne to bylo o tyle, ze nie mial tu wielu przyjaciol; wrecz nie bylo takich 3 dni, zeby sie z kims nie pobil (zwyciesko, bo silny i wielki byl jak diabli). Znal wczesniej moja siostre i mawial czasem cos w stylu 'Rafal... Rafal to ja wiem, Rafal dobry... Siostre tez znal, teeez dobra'. Jak mnie raz zastal na lekturze 'Idioty' Dostojewskiego to tez zapalal szacunkiem, bo za mlodu tez go chyba szanowal. Historie z czasow pobytu w armii radzieckiej, te tragiczne i smieszne - zapamietam juz na zawsze. Te o niezywych juz zonie i corkach rowniez.
Tylko takich typow udawalo mi sie prowokowac do otwierania sie.

Mi zawsze żal i czuję się nieuczciwy także, bo ja nie potrafię się otwierać w realnym świecie, za nic swych głębokich uczuć nie wyrażę. Jestem introwertykiem aż do przesady, a gdy ktoś się otwiera to czasem chciałbym się zrewanżować swoim głębokim ja, ale nie potrafię. Próby spełzają na sztuczności, ale to może dobrze? Ludzie nie lubią słuchać, ludzie wolą mówić o sobie. Ja wolę słuchać, kocham słuchać innych, ale często oczekują oni ode mnie jakichś inteligentnych, zabawnych, jakichś! uwag, spostrzeżeń, które napędzają ich, nakręcają do dalszego wylewania się... Trudne to wszystko



 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

   
 
  MEDYTACJA
singulair.serwis