|
René Magritte
singulair.serwis |
René Magritte to wybitny belgijski malarz surrealista, żyjący w latach 1898 - 1967. Osobiście uważam go za najciekawszego przedstawiciela tego nurtu, uznając, że z całego tego towarzystwa miał swoim odbiorcom najwięcej do przekazania.
Twórczość Magritte jest niby powszechnie znana, każdy zapewne widział gdzieś reprodukcje jego obrazów lub ich zdjęcia w Internecie. Natomiast nie wiem, czy ktokolwiek zastanawiał się głębiej, dlaczego jest tak dobra.
Pod względem technik malarskich Magritte nic szczególnego nie wprowadza. Malował tak, jak się maluje plakaty. Jego obrazy są statyczne, najczęściej wręcz pozbawione jakiejkolwiek dynamiki, barwy wyraziste - często dominują biel, czerwień i błękit. Najciekawsza jest jak sądzę tematyka obrazów. Magritte drąży bardzo ważny temat dla myśli XX wieku, mianowicie - granice poznania i stawia pytania odnośnie możliwości poznania obiektywnego.
Obawa, że za słowami, które wypowiadamy, czy obrazami, które postrzegamy nie kryje się żadna rzeczywistość obiektywna, lub jeśli nawet się kryje, to nie mamy do niej dostępu, jest obecna w filozofii właściwie już od czasów starożytnych sceptyków, aczkolwiek to właśnie w XX wieku zdominowała życie filozoficzne i kulturalne. Miało to różne skutki. Jednym z nich było odrzucenie przez niektórych intelektualistów tradycyjnych kanonów poznania i myślenia na rzecz paplaniny o podobieństwie pierwiastka kwadratowego do fallusa czy o kryjącym się za mechaniką ciała stałego męskim szowinizmie. Inni zaś uznali, że będąc świadomymi ludzkich ograniczeń i niepewności fundamentów należy jednak gmach wiedzy cegiełka po cegiełce dalej powiększać, a kulturę zachodu wciąż wzbogacać.
Niewątpliwie jednak taka obawa zdaje się być dziś nieodłącznym towarzyszem współczesnego intelektualisty w jego różnych dociekaniach. Miło jest więc w moim przekonaniu podziwiać dzieła kogoś, kto te obawy uwiecznia na płótnie.
Przykłady:




Za jakiś czas napiszę więcej, teraz muszę wyjść, więc wypowiem tylko słowo wstępu.
Zdecydowanie za nim nie przepadam. To jest ten typ malarstwa, w którym zwraca się uwagę wyłącznie na treść... bo forma nie ma odbiorcy kompletnie nic do zaoferowania. Facet ciekawie bawił się przedmiotem, może faktycznie miał wiele do powiedzenia, ale jego prace pod względem czysto estetycznym są nieciekawe.
forma nie ma odbiorcy kompletnie nic do zaoferowania. Facet ciekawie bawił się przedmiotem, może faktycznie miał wiele do powiedzenia, ale jego prace pod względem czysto estetycznym są nieciekawe.
...czyli idealne dla kobaiana.
To jest ten typ malarstwa, w którym zwraca się uwagę wyłącznie na treść... bo forma nie ma odbiorcy kompletnie nic do zaoferowania. Facet ciekawie bawił się przedmiotem, może faktycznie miał wiele do powiedzenia, ale jego prace pod względem czysto estetycznym są nieciekawe. A swoją drogą ciekawe, czy uznajesz za ciekawszą twórczość wielkiego ponoć Salvadora. Bo ja uważam, że o ile twórczość Magritte jest przynajmniej wizualnie neutralna, o tyle dzieła Dalego są w wielu wypadkach najzwyczajniej kiczowate.
Nie skupiasz uwagi dzięki temu na kresce, kolorach, sposobie obrazowania, tylko na tym, co autor obrazuje. A swoją drogą ciekawe, czy uznajesz za ciekawszą twórczość wielkiego ponoć Salvadora.
O Salvadorze myślę bardzo podobnie. Chociaż uważam, że formalnie jego malarstwo jest lepsze niż Magritte'a.
Nie chcę wypowiadać surowych, kategorycznych opinii, bo się na tym nie znam, ale dla mnie tego typu obrazy nadają się na plakaty, rysunkowe felietony, albo okładki płyt. I wtedy są naprawdę akuratne. Ale zupełnie nie wiem jak mam porównywać takiego Magritte'a do Tycjana, Gauguina, Fra Angelica i van Eycka. Pod względem formy, jej piękna, jej oddziaływania widzę między nim a nimi kolosalną przepaść. A przecież sztuka to forma! Treść może być inspiracją, dopełnieniem, dodatkiem wręcz, ale nie może być esencją Wielkiej Sztuki.
dnia Śro 16:16, 05 Marzec 2014, w całości zmieniany 3 razy
Ale zupełnie nie wiem jak mam porównywać takiego Magritte'a do Tycjana, Gauguina, Fra Angelica i van Eycka. A przecież sztuka to forma! Treść może być inspiracją, dopełnieniem, dodatkiem wręcz, ale nie może być esencją Wielkiej Sztuki. Nie podzielam tego poglądu. Jedynie muzykę mogę rozpatrywać jako sztukę formalną, której piękno zależy wyłącznie od formy. We wszystkich pozostałych treść ma całkiem spore znaczenie.
A jak porównywać jakieś eksperymenty elektroakustyczne Stockhausena z Bachem? Swoją drogą, nie wiem, dlaczego zestawiłeś przereklamowanego moim skromnym zdaniem Gaugina, którego zasługa polega na tym, że wyjechał na wyspę, by malować gołe baby, z tak znakomitymi nazwiskami Nie podzielam tego poglądu. Jedynie muzykę mogę rozpatrywać jako sztukę formalną, której piękno zależy wyłącznie od formy. We wszystkich pozostałych treść ma całkiem spore znaczenie.
Ma znaczenie, ale nabiera go dopiero dzięki formie. Ktoś powiedział "dobrze namalowana kapusta jest lepsza niż źle namalowana Madonna". I można po nim dopowiedzieć, że lepszy jest zgrabny wierszyk Mrożka o kropce i przecinku niż kiepsko napisane powieści Żeromskiego, lepszy jest skecz Monty Pythona o rycerzach, którzy mówią "ni!", niż upiorny film Hoffmana o wojnie Polsko-radzieckiej (i obawiam się, że będzie lepszy od prawicowego filmu o Smoleńsku, który być może będzie ważny i coś istotnego powie, ale jak sobie wyobrażę jego formę...).
dnia Śro 16:43, 05 Marzec 2014, w całości zmieniany 1 raz
lepszy jest skecz Monty Pythona o rycerzach, którzy mówią "ni!", niż upiorny film Hoffmana o wojnie Polsko-radzieckiej Problem w tym, że ja osobiście uważam, że w skeczu Monty Pythona jest również i więcej ciekawej treści niż w filmie Hoffmanna. Głównie z tego względu, że temu filmowi brakuje jakichkolwiek wątków, które nie byłyby wypełniaczami albo bzdetami wyjętymi z podręczników z podstawówki. A przecież nie takich treści oczekujemy po dziele filmowym. Tematyka skeczu o rycerzach Ni jest natomiast wbrew pozorom niczego sobie, tyle że jest abstrakcyjna. Treść abstrakcyjna pozostaje jednak wciąż jakąś treścią.
Odnośnie Gaugina napatrzyłem się na mnóstwo kopii, które różni członkowie mojej rodziny malowali, napatrzyłem się na reprodukcje, z których korzystali. Nie zamierzam deprecjonować jego jako malarza, który rozwijał jakieś techniki, jednak fakt niesamowicie błahej tematyki, (nic nie wyrażających gęb i cycków na pierwszym planie) nie pozwala mi go postawić obok Van Gogha. Jednak marna treść powoduje, że w moich oczach to malarstwo jest mniej warte, niż tych, którzy coś więcej mieli do powiedzenia, choć może mniej kunsztownie to przelewali na płótno.
No to, żeby nam było wygodniej rozumować popatrz sobie na "dzieła" Matejki. Treść wzniosła, która serca krzepi: epopeje narodowe wymalowane na kolosalnych płótnach. Popatrz na te nadęte kloce, a potem popatrz na subtelne obrazy Gauguina, na ich nastrój, na dar tego mistrza dzięki któremu przenosi widza do baśniowych światów nie gorzej niż Florian Fricke. A jak się napatrzysz odpowiedz sobie na pytanie: czy niekoniecznie intelektualna, często lekka treść naprawdę jest w stanie poniżyć wielkiego artystę i czy treść monumentalna ma moc podniesienia karła do wielkości.
No to, żeby nam było wygodniej rozumować popatrz sobie na "dzieła" Matejki. Treść wzniosła, która serca krzepi: epopeje narodowe wymalowane na kolosalnych płótnach. Popatrz na te nadęte kloce, a potem popatrz na subtelne obrazy Gauguina, na ich nastrój, na dar tego mistrza dzięki któremu przenosi widza do baśniowych światów nie gorzej niż Florian Fricke. Tyle, że ja nie chciałem powiedzieć, że twórczość jest Gaugina jest kiepska, czy też gorsza od jakiegoś naszego wyrobnika, który malował ku pokrzepieniu serc. Przede wszystkim dlatego, że nie treści ku pokrzepieniu serc mają jak dla mnie charakter bardziej publicystyczny niż artystyczny. Nie trzeba nic namalować, by te treści przekazać, więc te treści są pozamalarskie. Dla porównania, treść z obrazu Magritte'a z oknem, czy też z odbiciem w lustrze nieco wymyka się opisowi. Może można opisać to w wielu skomplikowanych zdaniach, ale jak dla mnie obraz to przekazuje w sposób prostszy i bardziej bezpośredni. Poza tym mnie nie chodzi o porównywanie Gaugena w ogóle z jakimiś lokalnymi malarzami, którzy przez swoich zostali postawieni na piedestale. Ja po prostu uważam, że nie dorasta Van Goghowi czy malarzom z absolutnej czołówki. Podam Ci inny przykład. W galerii w Dreźnie widziałem słynną "Dziewczynę z perłą" - obraz który budzi powszechny zachwyt. Specjalna sala była wydzielona na jego ekspozycję. Owszem, miło się na to patrzyło, ale biorąc pod uwagę, że obok zwyczajnie na ścianach wisiały prace Bruegla, Rafaela, Rubensa nie sposób było nie zadać sobie pytania - o co tyle krzyku? Przecież to piękny obraz, ale to tylko zwykła dziewczyna ze zwykła perłą, podczas gdy obrazy wymienionych mistrzów przedstawiały niesamowite historie. To właśnie koncept, który sprawił, że mistrzowie nasycili swoje płótna różnymi symbolami powoduje, że te dzieła jakoś we mnie rezonują i ożywają. Mój stosunek do Gaugina jest podobny jak do Vemeera. Można mi mówić: technika, światło, camera obscura, nowatorstwo itd, ale mnie to niewiele obchodzi. Przykro mi, ale obraz, o ile nie jest jakąś permanentną abstrakcją, ma coś przedstawiać, i wyżej cenię rzeczy, które przestawiają coś, co jest mnie w stanie bardziej zainteresować.
Natomiast w malarstwie współczesnym treść ma jak dla mnie znaczenie absolutnie kluczowe. W ogóle nie wyobrażam sobie wizyty w galerii sztuki współczesnej, bez pytania: co właściwie artysta chce mi przekazać. A jakby na to nie patrzeć, surrealizm to po dadaizmie jeden z pierwszych nurtów sztuki współczesnej, a wręcz mógłbym powiedzieć (biorąc pod uwagę wiekopomne dokonania dadaistów) pierwszy sensowny.
U mnie stosunek do spraw świętych, który znasz z naszych dyskusji o muzyce obejmuje wszystek sztuk, więc raczej się nie zrozumiemy. Oczywiście bardzo lubię obrazy do których potrzeba klucza, czy nawet wielu kluczy, ale niemniej lubię te po prostu piękne. Dokładnie tak samo jak lubię i Dylana i Frickego i nie uważam, żeby ten drugi cokolwiek tracił nie mówiąc o niczym.
W galerii w Dreźnie widziałem słynną "Dziewczynę z perłą" - obraz który budzi powszechny zachwyt. Specjalna sala była wydzielona na jego ekspozycję. Owszem, miło się na to patrzyło, ale biorąc pod uwagę, że obok zwyczajnie na ścianach wisiały prace Bruegla, Rafaela, Rubensa nie sposób było nie zadać sobie pytania - o co tyle krzyku? Przecież to piękny obraz, ale to tylko zwykła dziewczyna ze zwykła perłą, podczas gdy obrazy wymienionych mistrzów przedstawiały niesamowite historie.
Tak samo jest z Mona Lizą w Luwrze. Obraz jest oszklony i wyeksponowany w osobnej sali, zawsze otoczony przez tłum ludzi robiących zdjęcia, tak że nie sposób dzieła obejrzeć. W muzeum są napisy i strzałki prowadzące do obrazu. Ludzi chyba tylko przychodzą, aby zrobić jej zdjęcie, wyjść, a potem chwalić się znajomym. A przecież są tam dziesiątki dzieł, które są bardziej godne uwagi.
OTO DOWODY:


Tak samo jest z Mona Lizą w Luwrze. Przy okazji - zawsze mnie zastanawiało, dlaczego największą popularnością spośród włoskich mistrzów renesansu cieszy się ten - owszem wielki - ale z nich wszystkich zdecydowanie najgorszy. Przecież Leonardo w ogóle startu nie ma do Rafaela... 
Przy okazji - zawsze mnie zastanawiało, dlaczego największą popularnością spośród włoskich mistrzów renesansu cieszy się ten - owszem wielki - ale z nich wszystkich zdecydowanie najgorszy. Przecież Leonardo w ogóle startu nie ma do Rafaela...
Bo w szkole uczą, że to człowiek renesansu, że wynalazki, że anatomia, rysunki i malarstwo. I tak jakoś wszystkim zostaje to nazwisko w pamięci.
Przy okazji - zawsze mnie zastanawiało, dlaczego największą popularnością spośród włoskich mistrzów renesansu cieszy się ten - owszem wielki - ale z nich wszystkich zdecydowanie najgorszy. Przecież Leonardo w ogóle startu nie ma do Rafaela...
Wielkich mistrzów renesansu jednak paru było, więc wzdrygałbym się przed tak śmiałym sformułowaniem. Ale rzeczywiście, Da Vinci nie był najwybitniejszym z nich malarzem, był za to niesamowicie wszechstronny i - jak mówi TN - to chyba przeważyło szale.
Bo da Vinci nie był wcale mistrzem sztuki, a bardziej wizjonerem technicznym, to u niego faktycznie jest bardzo ciekawe, miał niesamowitą wyobraźnie techniczną i był bardzo nieskrępowany w myśleniu pod tym względem, ale wiadomo, że nie będzie miał w temacie sztuki podejścia do ludzi którzy zajmowali się tylko nią.
Wiem. Do tej pory różni pasjonaci próbują budować różne wymyślone przez niego konstrukcje i o dziwo, okazuje się że czasem nawet działają.
http://www.crazynauka.pl/polak-odtworzyl-instrument-zaprojektowany-przed-500-laty-przez-leonarda-da-vinci/
Natomiast chodzi raczej o to, co widać na tych zdjęciach. Mona Lisa niemalże wyrosła na najlepiej rozpoznawalne dzieło malarstwa renesansowego, ba może i malarstwa w ogóle, co uwidacznia się zarówno wielkim zainteresowaniem publiczności jak i odpowiednią ekspozycją tego dzieła w galerii i tak szczerze mówiąc nie wiem za bardzo, dlaczego...
Propaganda, jakieś tam tajemnice itd.
Swoją drogą, biorąc pod uwagę, że znajdują się tu poza mną także inni miłośnicy Lyncha, warto może wspomnieć:
http://renmorris.tumblr.com/post/57119988695/david-lynch-and-rene-magritte
W moim przekonaniu inspiracje Lyncha Magrittem są wyraźne, choć przyznam, że nigdy nie słyszałem żadnej wypowiedzi reżysera na ten temat.
|
|