|
Jazz, sample i komutejry....czyli Nu-jazz
singulair.serwis |
Nu-jazz, nowa twarz jazzu idącego ku nowoczesności, która w przypadku tego gatunku wcale nie jest sztampowa czy tandetna jak dla mnie. Muzyka ta łączy w sobie dużą dawkę elektroniki z dżezzowymi aranżami. Nawet i harmonia jazzowa się znajdzie niekiedy hy hy. Dużo emocji, dużo dobrej muzyki odkryłem w tym gatunku. Typowymi przedstawicielami są : Nils Petter Molvaer => https://www.youtube.com/watch?v=2pvbVPSpZGw Eivind Aarset => https://www.youtube.com/watch?v=ItadEw7RqXg The Cinematic Orchestra => https://www.youtube.com/watch?v=ERGdND_2b4s The Darkjazz Kilimanjaro => https://www.youtube.com/watch?v=wDCXr_-1a8s Xploding Plastix => https://www.youtube.com/watch?v=9_NqFgYJWn8 Skalpel => https://www.youtube.com/watch?v=KEJsoBb0gJM&list=PLeDfonQD39Psyo666Z-DHEj8WbNWGn5d3
Słuchacie nu-jazzu ? Co sądzicie ? A może gardzicie ?
Znam Xploding Plastix i to jest bardzo spoko rzecz, ale że to jakiś nu-jazz to nawet nie wiedziałem, kojarzyło mi się z breakbeatem, chociaż inspiracje jazzem to tam były.
Na płycie Amateur Girlfriends Go Proskirt Agents jak i w sume na każdej z ich płyt słychać dużo takich brejkowych wstawek, ale to nadal nu. Ogólnie to szufladkowanie jest trochę głupie....No ale cóż, moim zdaniem idealnie się wkomponowują w elektroniczne klimaty muzyki czerpiącej inspirację z jazzowych tradycji i transmutujących owe muzyczne konwencje na swoje dzisiejsze punkty widzenia muzyki elektronicznej.
No i w sumie jeszcze ważną personą owego gatunku moim zdaniem jest Amon Tobin - https://www.youtube.com/watch?v=JXuoy7bjxYA
Z tego co wymieniłeś znam tylko The Kilimanjaro Darkjazz Ensemble, i nawet ich lubię, ale trzeba przyznać, że są nieco tandetni, ich muzyka brzmi jak soundtrack do gry, taki sterylny mrok. W ogóle ich twórczość kojarzy mi się z albumem Perdition city Ulvera.
Moim zdaniem takim fundamentem (filarem) owej muzy jest osoba Eivinda Aarseta. Norweg o wyglądzie wyjątkowo brzydkiej Helgi ma wraz z NP Molvaerem chyba największy wpływ na rozwój tego gatunku. Dla tego zainteresowanych odsyłam koniecznie do płyty Electronique Noire . https://www.youtube.com/watch?v=oKHuNop6nOQ
Zdecydowana większość nu jazzu, jaki dane mi było usłyszeć, to dość przyjemna, ale generalnie strasznie nudna muzyka, nadająca się świetnie do tła, ale do aktywnego słuchania już raczej nie. Wyjątkiem jest wymieniony wyżej Amon Tobin, ale nie wiem czy kiedykolwiek można było go nazwać artystą nu jazzowym.
O Amona w szczególności chodzi mi o płytę Bricolage. Masz rację, ta muzyka w większości to tło, ale ja lubię wieczorkiem sobie takiego tła właśnie posłuchać.
Molvaera uwielbiam, Aarset bardzo jest fajny, Jaga Jazzist była kiedyś wspaniała i w ogóle nu jazz dość mi się podoba jeżeli grają to jazzmani i tylko w tle mają różne efekty komputerowe. Natomiast tam, gdzie te wszystkie sample i komputeryzacja przeważają zaczynają się nudy i cienizna. Typowa, bezwartościowa, rozrywkowa muzyka współczesna.
A Cinematic Orchestra potrafi grać całkiem fajnie (Every Day), ale potrafi też męczyć bułę. Za mało w tym jazzu i tyle.
A Skalpel ? Polacy nie gęsi też nu jazz grajo i to w mojej opinii chyba jedna z najmocniejszych pozycji zaraz za Aarsetem i Molvaerem. https://www.youtube.com/watch?v=DQjywuV6Bw4&list=PLeDfonQD39Psyo666Z-DHEj8WbNWGn5d3&index=2 Chociaż płyta Konfusion łączy w sobie takie funky, downbeatowe, fusionowskie granie to sami muzycy siebie klasyfikują jako nu-jazz. Może tym właśnie jest nu jazz po części ? Zlepkiem wszystkiego po trochu ?
A Skalpel ?
Nuda. Ani to dobry jazz, ani ciekawa elektronika.
Art Ensemble of Chicago to to nie jest, ale nie tylko człek wariacjami jazzowymi żyje.
Art Ensemble of Chicago to to nie jest
Widzisz, tylko wcale nie jestem pewien, czy oni (Skalpel znaczy się) mają tego świadomość. Mnie to Bracie brzmi na ponure plumkanie facetów w sweterkach, którzy se myślą, że są Panami Stworzenia, tak są nietuzinkowi. Dla mnie to jest muzyka, przy której mogę walnąć browara w pubie, bo ani to ciekawe, ani nudne, ani mi się podoba, ani nie podoba. Ale nie jestem wcale pewien, czy rzeczywiście jest to muzyka robiona do windy, czy też artyści mają poczucie, że są nowym AEoC właśnie.
Debiut Skalpela był w porządku, natomiast najnowszej nie chce mi się sprawdzać i jakoś nie czuję bym w przyszłości miał czego żałować. Po prostu nie wydaje mi się, żeby na ich koncepcji grania można było pociągnąć karierę na kilka albumów. Co do nu jazzu in general to zdecydowanie Tobin tu przoduje, wskazałbym też na debiut Kilimanjaro D E, z tym że ci z kolei okrutnie zrzynali z Ulver.
O, mamy nowego, sensownego użytkownika 
Amon Tobin czy Kilimanjaro D.E. (Ulver poniekąd też) to dla mnie właśnie przykłady "typowej, bezwartościowej, rozrywkowej muzyki współczesnej", przy czym może nie do końca typowej i nie całkiem bezwartościowej. Czyli czegoś, czego mogę sobie posłuchać, tylko nie bardzo wiem po co.
Generalnie o ile zespoły rockowe, które w latach 60' i 70' wplatały w swą muzykę jakieś elementy jazzu wychodziły na tym świetnie, o tyle współcześni twórcy wplatają ten jazz w tkankę tak nijaką, że nic nadzwyczajnego z tego wyjść nie może. A już kiedy porówna się ich z jazzmanami działającymi w przeciwnym kierunku - dodających do jazzu elementy elektroniki czy współczesnego rocka słychać taką przepaść, że wszelka ochota na obcowanie z różnymi Tobinami natychmiast człowiekowi przechodzi.
dnia Wto 08:19, 28 Październik 2014, w całości zmieniany 2 razy
The Darkjazz Kilimanjaro i Xploding Plastix jest dla mnie nieznane ale pozostałe pozycje, które wymieniłeś ogarniam. Pamiętam, że bardzo dobrze podchodził mi album Aarseta "sonic codex" czy jakoś tak? Skalpel też mi leżał. I tak chyba wolę tradycyjny konserwowy jazzik ale ten też jest niczego sobie, można posłuchać, jeśli się chce zapoznać z czymś nowszym.
można posłuchać, jeśli się chce zapoznać z czymś nowszym.
Można. Tylko, że z tym jest tak jak i ze wszystkim innym - można posłuchać sobie muzyki od współczesnych wykonawców, tylko, że ta od niewspółczesnych praktycznie zawsze jest dużo lepsza. 99 przypadków na 100. Nawet ci, którzy muzyką interesują się tak sobie zupełnie niepotrzebnie biorą się za Aarseta nie znając podstawowych płyt elektrycznego jazzu, tych sprzed 45 lat. Fajnie posłuchać nawet Cinematic Orchestra, czy Pink Freud, ale jeżeli ktoś nie zna Mahavishnu Orchestra, a słucha czegoś takiego traci czas.
Moim zdaniem nu jazz może być sensowną zabawą dla kogoś, kto jazz już jako tako ogarnia. Natomiast chwytanie się za to przez ludzi, którzy znają paru starych jazzmanów z przypadkowych utworów z Youtuba - a tak właśnie to wygląda, wśród moich znajomych też - jest kompletną stratą czasu.
Myślę, że z takim stricte akademickim podejściem do jazzu saksofonowe motywy w Bricolage czy Perdition City faktycznie mogą człowieka uwierać. Jednak wydaje mi się że w przypadku Ulver (skoncentruję się na nich, bo znam lepiej i w sumie też bardziej lubię) nie chodziło o przeniesienie na nowy grunt samej esencji jazzu, a bardziej o żonglerkę konwencją i zabawę całym tym kontekstem kulturowym jaki wokół jazzu się unosi. To trochę tak jak z czarnymi kryminałami z Humphreyem Bogartem, których nieodłącznym atrybutem obok whiskey, cygara i prochowca z postawionym kołnierzem jest też smętnie brzmiący saksofon w tle. Zresztą jestem niemal pewny, że tworząc Perdition City Garm nie słuchał Colemana czy nawet Brubecka, prędzej czytał Sokoła Maltańskiego bądź oglądał Dotyk Zła. Ikoną takiego, powiedzmy, komiksowego podejścia do jazzu o którym tu mówię jest chociażby Badalamenti (vide: Audrey's Dance).
Okej, tylko przeczytaj mój post powyżej. Można sobie słuchać różnych rzeczy, Ulver jakoś tam nawet daje radę, ale skoro już bawimy się w jazz, to dlaczego nie pójść dalej - najpierw o krok, potem o kilka kolejnych?
Zdecydowanie warto pójść dalej, mnie do tego by zacząć słuchać "jazzu na poważnie" pośrednio zmotywował właśnie nu jazz. Więc jakieś tam walory edukacyjne ten podgatunek jednak ma. ; ) Niemniej jeśli chodzi o klasyczny jazz, wciąż jestem bliżej statusu "poznaję" niż "znam".
Ja miałem właśnie na odwrót - do poznania nu jazzu zmotywowała mnie znajomość jazzu właściwego, zapoznawanie się z nu rozpocząłem od płyt jazzmanów eksperymentujących z elektroniką (chociaż trudno mówić o "eksperymentowaniu", skoro takie rzeczy robiono już w latach 60'), a dopiero na końcu posłuchałem różnych zespołów elektronicznych i rockowych po czym stwierdziłem, że to ani nie jest dobry jazz, ani szczególnie dobry rock, ani jakaś wybitna elektronika.
Rozumiem, że z drugiej strony może to wyglądać inaczej, ale bardzo wątpię, żebyś po przejściu ze statusu "poznaję" do "znam" nie zmienił zdania o tym nurcie (poza Molvaerem, ale nawet tutaj bywa ponoć rożnie) 
Znam tylko Nilsa Pettera Molvaera i jego płyty są zajebiste. Gość pokazuje jak powinno się łączyć współczesną elektronikę z jazzem. Jakby zderzenie sampli Portishead, klimatu dobrego ECM spod znaku Terje Rypdala i sposobu gry Davisa.

Kurde, nie wiedziałem, że murzyński producent może nagrać w dzisiejszych czasach całkiem ciekawą płytę opartą na jazzie. Flying Lotus - You're Dead! bardzo mnie zaskoczyło, gdyż na początku płyty usłyszałem...Mahavishnu Orchestra i Return To Forever(!). Niestety im dalej w las tym więcej drzew - a mianowicie rapu spod znaku Snoop Dogga i sampli soul/funkowych oraz różnych, mniej lub bardziej udanych, eksperymentów z elektroniką. Jednakże mogę polecić tę płytę fanom połączenia jazzu i elektroniki jako ciekawostkę. Gościnnie sam Herbie Hancock 
|
|