ďťż

Nie znalazłem wątku o tym bardzo słynnym progresywnym zespole i się zdziwiłem. Osobiście miałem w życiu okres przepadania za nimi, ale wtedy troszkę czego innego szukałem w rocku progresywnym, niż obecnie. Byłem na etapie odkrywania tej mainstreamowej części prog-rocka.
Niewątpliwie jest to muzyka szalenie przyjemna dla ucha, imitująca muzykę klasyczną, robi wrażenie dostojnej i szlachetnej. Niestety jednak, z czasem stwierdziłem, że to wszystko troszkę "gra pozorów". Powiedziałbym nawet, iż Renaissance jawi mi się nieco jako rockowy odpowiednik tzw. "epic metalu" - zespołów pokroju Blind Guardian, Rhapsody, *Lubię przy ludziach dotykać swojego Wacława* i Symphony X. Po pierwsze - dostrzegam podobnie absurdalny poziom patosu i ten ultraprzygodowy klimat. Po drugie - muzyka tego zespołu, podobnie jak w przypadku takiego Rhapsody, pozuje na znacznie szlachetniejszą niż jest, poprzez bardzo proste środki, takie jak duży udział klasycznych instrumentów (w Rhapsody - skrzypce, w Reinaissance - pianino) oraz patetyczny, paraoperowy śpiew. Daje to jednak efekt dość powierzchowny, bo muzycznie utwory Renaissance są ładne i zgrabne, ale nie wyróżniają się niczym wybitnym.
Oczywiście nie przyrównuję Renaissance do wymienionych zespołów metalowych - między tymi dwiema kategoriami jest wielka przepaść. Niemniej, zauważam pewne podobieństwa, które troszkę mnie irytują. Mimo to, od czasu do czasu lubię posłuchać Renaissance, zwłaszcza albumu Ashes Are Burning. Fani grupy za najbardziej kultowy album uznają jego następnik, czyli Turn of the Cards, dla mnie jest to jednak niemal kopia poprzednika.

Dyskografia:

Renaissance (1969)
Illusion (1971)
Prologue (1972)
Ashes Are Burning (1973)
Turn of the Cards (1974)
Scheherazade & Other Stories (1975)
Live at Carnegie Hall (1976)
Novella (1977)
In the Beginning (1978)
A Song for All Seasons (1978)
Azure d'Or (1979)
Rock Galaxy (1980)
Camera Camera (1981)
Time-Line (1983)
Tales of 1001 Nights, Vol. 1 (1990)
Tales of 1001 Nights, Vol. 2 (1990)
Other Woman (1995)
Da Capo (1995)
King Biscuit Flower Hour (album live) (1997)
King Biscuit Flower Hour, Vol. 2 (album live) (1997)
Day of the Dreamer (2000)
Unplugged - Live at the Academy of Music... (2000)
Tuscany (2001)
Can You Hear Me (album live) (2002)
Blessing in Disguise (2002)
Renaissance (2002)
Renaissance (Collectors' Choice) (2002)

A co Wy sądzicie?


Jak zaczynałem się wgłębiać w rock progresywny byłem nimi zafascynowany. Dziś uważam, że nie da się tego słuchać. Połączenie najbardziej kiczowatej i pretensjonalnej muzyki klasycznej i rockowej, w coś tak nadętego i bezjajecznego, że głowa mała. Jeden z większych progowych koszmarków jakie znam.
Ja aż tak negatywnie ich nie oceniam. Właściwie oceniam ich raczej pozytywnie - grają zgrabną, przyjemną dla ucha i przecież dość złożoną, porządną muzykę, tyle że niektóre cechy ich twórczości mnie irytują. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że mierzą dużo wyżej niż są w stanie sięgnąć - próbują imitować muzykę klasyczną, a pani Haslam sili się na quasioperowy śpiew, symulując przy tym jakiś niesamowity profesjonalizm, którego tak naprawdę jej brakuje i tę techniczną niedoskonałość w różnych momentach słychać. Irytuje mnie też trochę klimat tej muzyki - nieustanny, sztucznie podtrzymywany patos rodem z bajek typu Pocahontas.
Niemniej, raz na dłuższy czas, jak puszczę sobie jakieś Ashes Are Burning, to słucha mi się tego bardzo przyjemnie. Normalny, porządny prog-rock. Tylko po prostu nadużywać się nie powinno, bo w nadmiarze może poważnie irytować.
Znam tę kapelę słabo, ale to co słyszałem to był głównie mega-kicz, przy którym nawet kapele neoprogowe wypadają lepiej. Bo neoprog najczęściej tylko nudzi. A to rani uszy każdym dźwiękiem.


E tam, przesadzacie lekko. Rani uszy? Ja to odbieram inaczej: dla ucha jest to wszystko bardzo miłe (przynajmniej od czwartego albumu), tyle że ten właśnie kicz i karykaturalny patos trochę rażą... ale bardziej "intelektualnie", niż słuchowo. Nie wiem, jak to ująć. No, irytują na podobnej zasadzie jak zachowanie Emersona, Lake'a i Palmera na scenie.
Nie wiem. Mnie nie jest potrzebny żaden namysł aby stwierdzić, że np. to:
https://www.youtube.com/watch?v=M5d0n3A9FiM
jest jedną z najbardziej kiczowatych rzeczy, jakie słyszałem w rocku progresywnym. Pendragon to przy tym zdaje się mały pikuś. Nie słucha mi się tego dobrze w żadnym momencie, ale gdy przychodzi do refrenu to już skręca.

Oczywiście, ktoś może powiedzieć, że to schyłkowe dzieło. Ale, z tego co się zorientowałem, w czasach tzw. świetności grali bardzo podobnie.

I w dodatku w wypadku tej kapeli trudno mi wyróżnić jakiś jeden określony element, który decyduje o "kiczowatości". Mam wrażenie, że o tym decyduje przede wszystkim bezguście kompozytora, który elementy "klasyczne" z rockowymi miesza w sposób bardzo prostacki i dobiera instrumentację tak, aby efekt braku dobrego smaku spotęgować. Na dokładkę otrzymujemy jeszcze manieryczny śpiew.

Prawdopodobnie gdyby wziąć niektóre melodie, normalnie je zaaranżować i wykonać, mógłby wyjść z tego może i całkiem spoko pop. Niestety ktoś postanowił, że zespół będzie gwiazdą proga...
Posłuchałem tego Twojego linka, ale... no, aż tak tragicznie w okresie ich "świetności" nie było To, co podesłałeś, to rzeczywiście miażdży, ale jednak w latach '70 grali o wiele przyzwoiciej. Choć z pewnością jakieś podobieństwa widać. Ale np. takie Can you understand wydaje mi się zupełnie ładne, tyle że... no właśnie, kiczu w tym siedzi spora ilość (nadmierny patos i dość powierzchowna imitacja muzyki klasycznej), a do tego makabryczne skojarzenia z *Lubię przy ludziach dotykać swojego Wacława*.
Włączyłem se Carpet of the Sun - wszystko spoko, ale tym to jakąś reklamę co najwyżej czy cuś. Takie to wesołe, że aż tęczą obsrałem fotel. Nie, w sumie nie spoko - co to jest do jasnej cholery? dnia Nie 18:03, 23 Czerwiec 2013, w całości zmieniany 2 razy
Jak dla mnie ze wszystkiego co od nich słyszałem broni się głównie ten kawałek - https://www.youtube.com/watch?v=s1XeEx-Aruc . MA sporo mankamentów, ale też kilka dużych zalet.
No, "Trip to the fair" jest niezłe.

Filas - Yes też są weseli do bólu, a jakoś nas to chyba nie boli. Problem z Renaissance nie polega raczej na radosnym nastroju (bo akurat jest go umiarkowana ilość w ich twórczości), tylko na tym, o czym już mówiłem.

Włączyłem se Carpet of the Sun
Gdyby pozostali przy takich prostych piosenkach nie miałbym do nich pretensji. Generalnie mam wrażenie, że gdyby powstrzymali zapędy do parodiowania klasyków i zmienili nieco instrumentarium mogli by być spox kapelą folkowo-popową.

Oczywiście jasne jest dla mnie, że w latach 70 wszystko było w muzyce lepsze, więc i Renaissance siłą rzeczy też. Tyle że w zapodanym przeze mnie utworze jest po prostu kwintesencja wszystkiego tego, co można temu zespołowi zarzucić.

W każdym razie po przesłuchaniu kilku ich dzieł z różnych okresów nie mam ochoty na dalsze zgłębianie ich twórczości.
A ja ich lubię. Bardzo. Bardzo bardzo. Najbardziej Proloque chyba.
Ja też ich lubię za Szeherezadę. Zresztą tylko ten jeden album znam.
Myślę że wbrew temu co napisane jest w tym temacie, warto zapoznać się z albumami renesansu z lat 70.



 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

   
 
  Renaissance
singulair.serwis