|
Steven Wilson - mały kłeszczyn
singulair.serwis |
Witajcie, cześć i czołem.
O Wilsonie zapewne każdy słyszał, o ile oczywiście obserwuje obecną 'komercyjną' stronę proga (wstyd przyznać, ale to właśnie z tej pochodzę obecnie...), takowoż też nie mam zamiaru się rozpisywać i pisać esejów, wszak wpadłem w konkretnym celu.
Wpadam tu jako laik w temacie - po wizycie na forum okazuje się że nie znałem nic poza new progiem i zaczynam powoli edukację - ale ja nie o tym, mianowicie pewnie parę osób słyszało Wilsonowego "Luminol"a w wykonaniu z live "Get All You Deserve" (które notabene ma bardzo ciekawy skrót ). Czy ktoś z elyty jest w stanie mnie powiedzieć na czym się wzorował, bo bardzo mnie interesują materiały 'źródłowe' z których mógł czerpać.
Swoją drogą: jaki jest Wasz stosunek do SOLOWEGO SW? (oczywiście poza tym, że GfD to ripoff z KC, bo to już wiem )
dnia Pią 22:31, 04 Styczeń 2013, w całości zmieniany 1 raz
Tutaj nikt nie słucha neo-proga, bo rzyga. dziękuję, dobranoc.
Nic się nie dowiem czyli wracam słuchać Najtłisza, najlepszego fusion ever :<
Kilka lat temu naczytałem się dużo dobrego o jakiejś jego płycie, odpaliłem, i pomyślałem, że mam złe pliki. Niestety, okazało się, że były dobre.
A jest ktoś w stanie to przegryźć i wypowiedzieć się w tematyce co z czego rżnięte? Jestem bardzo tym faktem zaciekawiony, a nim sam posiądę odpowiednią wiedzę to pewnie minie n^2 lat. Intryguje mnie to, czym te neo pierogi są nafaszerowane.
Ja trochę tych neo-pierogów słuchałem, ale było to dobrych parę lat temu. Młody byłem, dopiero zaczynałem interesować się muzyką i nie znałem korzeni pierogów, więc żadnych inspiracji nie byłem w stanie stwierdzić. Teraz już tego nie słucham i nie chcę do tego wracać, także nie pomogę. Mogę jedynie doradzić zaprzestanie zawracania sobie tym głowy.
Ale jeśli ciekawość Twa wynika z chęci posłuchania korzeni neoproga, to po prostu przewertuj to forum.
Tak też właśnie poczyniłem i zacząłem się trochę zapoznawać, powoli. Może sam sobie kiedyś odnajdę korzenie.
po wizycie na forum okazuje się że nie znałem nic poza new progiem i zaczynam powoli edukację Czy ktoś z elyty jest w stanie mnie powiedzieć na czym się wzorował, bo bardzo mnie interesują materiały 'źródłowe' z których mógł czerpać. Swoją drogą: jaki jest Wasz stosunek do SOLOWEGO SW? (oczywiście poza tym, że GfD to ripoff z KC, bo to już wiem )
Grace for Drowning to jest typowy retro rock. W zasadzie dosyć dobry, tylko, że jednak o klasę (a czasami więcej) gorszy od tego, do czego się odwołuje. Całkiem przyjemnie się tego słucha, ale oryginalnego proga z lat 70 słucha się jeszcze lepiej. Insurgentes był oryginalniejszy, ale muzycznie nieco słabszy. A w każdym razie mnie brał nieco mniej.
Dzięki za bardzo rzeczową i treściwą odpowiedź, tego właśnie oczekiwałem 
Spox. Jak coś, to zapraszam do pisania w innych tematach, nie tylko tu 
Nie wiem o czym koledzy powyżej, poza Kapitanem, gadają, ale Wilson to nie jest żaden neo-prog. Kompletnie nie przypomina przecież ani Marillion, ani nawet Twelfth Night (nota bene jedyna kapela neo-progowa, której warto posłuchać). Wilson to najwybitniejszy przedstawiciel pewnego nienazwanego jeszcze nurtu, który proponuje ochrzcić mianem anemic-prog . Polega on na tym, aby sięgać do starego proga (bo to jest główne źródło inspiracji, a nie neopierogi), ale grać to tak, jakby zagrało to jakieś Placebo albo Radiohead, czy inny przedstawiciel rocka dla anemików. Muzyka Wilsona jest więc z reguły jak wykwintne danie polane sosem wywołującym nudności.
Nie wiem o czym koledzy powyżej, poza Kapitanem, gadają, ale Wilson to nie jest żaden neo-prog. Ja o neo-progu.
Nie wiem o czym koledzy powyżej, poza Kapitanem, gadają, ale Wilson to nie jest żaden neo-prog. Ja o neo-progu.
Tylko, że Stefan to nie jest neo prog. Słyszałem o takim określeniu jak "new prog" i póki co ono właśnie wydaje mi się najbardziej trafne.
"anemic" dużo bardziej trafne 
Czyli to by wyjaśniało fakt podobania mi się SW, jako iż Anemiczne Głowy lubię.
Czyli to by wyjaśniało fakt podobania mi się SW, jako iż Anemiczne Głowy lubię.
Ja też, chociaż może nie "bardzo". Wszystko jest w porządku, dopóki nie stawia się takiego grania za wzór progresywnego rocka 
Miłośnikom anemic-proga poleciłbym przede wszystkim dobrze zapoznać się z Pink Floyd od debiutu po Meddle włącznie. Jest to muzyka, z której Wilson, przynajmniej pod sztandarem Porcupine Tree mocno czerpał, i która jest dość zbliżona do anemic-rocka pod względem nastroju, takiego specyficznego poużywkowego zadumania. A potem sięgać głębiej w różne odmiany kosmicznego rocka - Gong, Hawkwind, krautrockowców, różne wcześniejsze psychodelie. Poza tym mocno wskazany jest też Van der Graaf Generator i Peter Hammill solo. Też to strasznie ponure, jakby bez życia, ale w przeciwieństwie do Wilsona - naprawdę wielkie.
Nowy album uciekł w przestrzenie internetu (wieść gminna niesie że to promo copy było) i mnie się podoba. Ot, regresywnego rocka też czasami można posłuchać - SW chociaż kraść potrafi, Raven to imho ładny w pewien sposób album, może nudnawy miejscami ale na pewno pełniejszy w całości (pełniejszy od skopiowanych elementów HE HE HE) niż GfD. Chyba że mowa o Drive Home, które przeraża wokalem Wilsona... Niestety
dnia Pią 02:51, 11 Styczeń 2013, w całości zmieniany 1 raz
Już wyciekło? RYM pisze, że premiera dopiero w lutym, i to pod koniec.
A promo copy o dziwo już pływa.
Wpadłem na taki pomysł: Wilson gra Progressive Stevena, bo rocka do przodu nie pcha a swoje granie owszem.
dnia Pią 21:05, 11 Styczeń 2013, w całości zmieniany 2 razy
Przesłuchałem nowego Stefana. Płyta o niezwykle treściwym tytule The Raven That Refused to Sing (And Other Stories) wydaje mi się najsłabszym punktem jego solowego dorobku. O ile dwóch poprzednich, mimo wszystko słuchałem z chęcią, o tyle to jest strasznie nudne. Kilka momentów mi się podobało, ale moje główne wrażenia mógłbym streścić w dwóch słowach - smęcenie i kombinowanie.
Praktycznie za każdym razem kiedy sięgam po jakikolwiek album progowy z ostatnich kilkunastu lat nie mogę się nadziwić, jak ci muzycy mogą nie rozumieć, że nie da się robić dobrego proga bez melodii.
Ale jeszcze bardziej nie mogę się nadziwić, że taka muzyka może naprawdę się komuś podobać. Przecież to jest nudne! Nie wiem, może ludziom się wydaje, że jak coś jest bardziej złożone niż Green Day to jest ambitne, a jak coś jest ambitne to musi być rozlazłe.
Może prawda wygląda tak, że ludzie siadają przed tego typu płytami, myślą sobie "oho, teraz będzie ambitna muza Wilson Steven", słuchają tego, kompletnie im się nie podoba - bo tu naprawdę nie ma się co jakoś szczególnie podobać - , więc myślą "hmm, za durny jestem na muzykę ambitną, no to posłucham tego jeszcze ze dwadzieścia razy to będę wielkim znawcą mocy". Katują się tym przez trzy tygodnie, aż zacznie im się wydawać, że to nawet jest fajne. Ot, cały mit o wielkości Wilsona.
Prawdą jest, że ambitniejszej muzyce trzeba poświęcić trochę czasu. Tylko, że płyty ambitnych twórców, jak już się je zgłębi nie dają się wyprzeć z mózgu, natomiast muzyka różnych szarlatanów znika kiedy tylko człowiek pozna coś trochę lepszego.
Ja mimo wszystko powstrzymam się od głosu - nie wiem jak to ocenić, bo są momenty (Pin Drop imho jest niezły) ale jest także porażka (wokal w Drive Home...) - sam Luminol w wersji koncertowej wszedł mi do głowy i nie puszcza do teraz, zaś wersja studyjna po prostu ssie, jako tak nie ma klimatu imho. Najlepszy chyba z płyty Holy Drinker udaje KC, dlatego też wyszedł nawet nawet - chociaż do KC nie dorasta, o nie.
No, ja tez słuchałem nowego Stevena (w ogóle ostatnio coś dużo poznaję nowej muzy, już znam 3 płyty z tego roku, a przez caly 2012 premierowych płyt poznałem może z 5), i też jakoś mną nie zawładnął. Dało się go przesłuchać bez bólu, było nawet parę fajnych fragmentów, ale co z tego skoro po godzinie po odsłuchaniu jedyne co pamiętałem, to to że w Liminolu były śmieszne chórki, a po dwóch odsłuchach nie mam żadnej ochoty, by do tej płyty kiedykolwiek wracać?
przez caly 2012 premierowych płyt poznałem może z 5
Samych bardzo dobrych płyt wyszło w 2012 dwa razy tyle, a biorąc pod uwagę, że w tej Twojej piątce mogą być różne rzeczy, to polecałbym Ci jednak zgłębić sprawę 
Samych bardzo dobrych płyt wyszło w 2012 dwa razy tyle
Czyzby? To zebys nie byl goloslowny, dawaj tu dyche mega plyt z 2012.
Ja jakichś mega nie odkryłem, ale kilka ciekawych by się znalazło. Neneh Cherry & The Thing - The Cherry Thing Ketha- 2nd Sight Ulver- Childhoods End XII Alfonso - Charles Darwin
I trzy, które zrobiły niezłe pierwsze wrażenie, ale nie zdążyłem się przyjrzeć dokładnie: John Surman - Saltash Bells Dead Can Dance- Anastasis Dordeduh- Dar De Duh
Samych bardzo dobrych płyt wyszło w 2012 dwa razy tyle
Czyzby? To zebys nie byl goloslowny, dawaj tu dyche mega plyt z 2012.
Mega to wyższa kategoria od bdb. A z bdb i wyżej mogę wymienić:
Dead Can Dance - Anastasis Dr. John - Locked Down King Tears Bat Trip - King Tears Bat Trip Light Coorporation - Aliens from Planet Earth Magma - Félicité Thösz Niechęć - Śmierć w miękkim futerku Om - Advaitic Songs Spectrum Road - Spectrum Road Thinking Plague - Decline and Fall Neil Young - Psychedelic Pill
Ten Om to zajebista rzecz.
Jestem wielkim entuzjastą muzyki Stevena Wilsona. Jego muzyka, notabene bardzo dobra, zachęciła mnie do poznawania klasyki rocka progresywnego. Oczywiście, można zarzucać, że jest to plagiat, niekiedy fragmenty wyjęte żywcem z innym utworów (początek Luminol), jednak jak się dobrze zastanowić, to na obecnej scenie mogącą być zaliczaną do progresji ciężko znaleźć lepszego artystę. Jego albumy są dobre, niezbyt skomplikowane, ale przynajmniej w moim odczuciu przykuwają uwagę.
Moim zdaniem Stefan na pewno umie udawać KC, tylko, żę bez ich świeżości - wszak udaje i to widać. Zresztą, ja Stefanowe nagrania nadal lubię - ale już nie jest to taki 'wow' jak na początku. I tak osobiście jestem zdania, że jeżeli ktoś z rozmaitych crapów trafił w końcu na SW to jest dla niego szansa na głębsze poznawanie ciekawszych rejonów. Na obecnej scenie progresywnej na pewno mamy wielu gorszych artystów - a na pewno na tej 'na powierzchni'.
dnia Pią 17:12, 22 Marzec 2013, w całości zmieniany 1 raz
Nie bardzo rozumiem toku myślenia pod tytułem - kolo gra w sumie tak sobie, ale skoro dzisiaj niemal wszyscy inni grają gorzej, to kolo jest jednak spoko. Czy to, że wszyscy inni są do dupy ma być jakąś okolicznością łagodzącą? Niby czemu?
Jeżeli cała grupa przyjdzie na egzamin nieprzygotowana, a jakiś jeden typ coś tam zapamiętał z wykładów i umie jako tako odpowiedzieć na co piąte pytanie to znaczy, że powinien dostać bdb? Albo jeśli cała ekipa chla w robocie i się opierdala, a jeden typ zrobił cokolwiek to znaczy, że powinien dostać awans? Głupie myślenie to jest.
Wilson jest przeciętnym muzykiem, który gra od ponad dwudziestu lat a nie nagrał tak naprawdę ani jednej autentycznie dobrej płyty. Nawet nie arcydzieła, ale czegoś na poziomie powiedzmy World Record, czy In the Wake of Poseidon. No to o co tyle krzyku? Jak chcecie mogę wam podać stu wykonawców progresywnych, o których praktycznie nikt nie słyszał, a którzy byli na tym samym, albo i wyższym poziomie niż on.
Rozumiem, że dla kompletnego nosala, który sobie słuchał w radiu AC/DC kontakt ze Stefanem może okazać się dobrym pretekstem do sięgnięcia po sensowny rak, ale to tyle, a poza tym nie wiele więcej.
W kręgach ogólnych jest przeciętny, ale jak obetniemy to powiedzmy do 'proga komercyjnego', to z takim odniesieniem jest już zupełnie inaczej - innymi słowy dyskutujemy tu o scenie wziętej szturmem przez różne newprogowe dziwactwa, a nie całokształcie progu. Albo jak w twoim przykładzie: facet, jedyny, który coś wie, dostaje powiedzmy dst - ale na tle niewyuczonej bandy sprawia wrażenie niezwykle obytego
dnia Pią 17:38, 22 Marzec 2013, w całości zmieniany 2 razy
Tylko, że oprócz tej "niewyuczonej bandy" jest jeszcze szerszy zbiór - powiedzmy: zbiór wszystkich studentów. I to jest odpowiednie tło do porównywania. Wilsona należy przykładać do King Crimson, nie do garażowego neo proga. A wtedy widać, że facet jest przeciętniakiem.
Z tym absolutnie polemizować nie zamierzam. Po prostu przy pewnych założeniach wnioski mogą być inne.
I on chyba tez nie miał takiego zamiaru, bo Raider II będący wręcz mieszanką motywów z Lizarda jest po prostu śmiechowy  Miał chłop szanse, ale ich nie wykorzystał - to na pewno. Można mu przynajmniej podziękować za coś, co było na tyle wybalansowane, że pozwoliło takim szczawiom jak mi zainteresować się progiem. Albo inaczej - coś, co skupiało rozmaite motywy obecne w muzyce progresywnej od długich lat, odzierające je z chwały, ale zarazem upraszczające do formy strawnej dla zjadaczy chleba i dobrego punktu wyjścia. A kto na SW utknął, ten dupa.
dnia Pią 17:58, 22 Marzec 2013, w całości zmieniany 3 razy
Muszę przyznać, że spodziewałem się po tej płycie znacznie więcej. Kompozycyjnie i wokalnie raczej rozczarowywuje. Klasa muzyków jest poza dyskusją - liczę więc przynajmniej na dobry koncert.
Wiecie co... Tak sobie teraz słucham "No Twilight Within The Courts Of The Sun" w wersji z Get All You Deserve (skrót jest zły)... Niezależnie od tego, jak bardzo można się przyczepić do wzorowania się na wszystkim co już było, braku progresywności, to jednak nadal jest kawałek dobrego grania, w sumie to takie troszkę nowocześniejsze KC '72-'74 (trochę electric piano, miejscami wręcz Frippowskie pasaże (w wykonaniu nie Stefana, a Niko Tsoneva), wygibasy na perkusji - co nie do końca mi pasuje, bo Minnemann co prawda gra świetnie, ale nie ma Brufordowskiej subtelności), ale urozmaicone paroma elementami (ot, chociażby Theo Travis) i głosem Stefana (niestety?)... no i chórki spod klawisza (ech) - ogółem wychodzi z tego nawet niezły miszmasz, jeżeli oczywiście komuś odpowiadają same klimaty. Poza tym takie rzeczy jak 'Abandoner' wyszły ciekawie - elektronika wychodzi temu wszystkiemu na zdrowie. Raider II w tym wykonaniu brzmi tam w okolicach 11 minuty jak jakieś fusion.
No i co ciekawe częśc tego wszystkiego jest dosyć luźna, improwizowana. Gdyby tylko Stefan coś dokładał do tego wszystkiego (i nie patosił miejscami) tak, żeby wyszła z tego nowa całość... Miejscami są takie przebłyski (Index, No Part of Me - niezależnie od jakości, są one dosyć fajnie zakombinowane - jakaś tam elektronika, klimat, pomysł, hałasy jakieś itepe), ale to za mało. Szkoda, zaprawdę szkoda. Chłopina tak naprawdę boi się poeksperymentować głębiej - może jest słusznie przekonany, że zbyt duże zmiany odrzuciłyby dotychczasowych słuchaczy?
I zarazem nie jestem w stanie się zgodzić z faktem anemicznorockowości tej płyty - więcej tu kradzieży od KC niż anemikrocka. Sectarian to już prawie jak jakiś fragment koncertu Karmazynowych - co jak co, ale dziwi mnie fakt, ze udało im się nawet-nawet oddać ten klimat. Holzman fajnie improwizuje na klawiszach w środku. TYLKO NA CHUJ TU TE CHÓRKI.
dnia Nie 01:49, 28 Kwiecień 2013, w całości zmieniany 12 razy
A ja myślę, że dzięki Wilsonowi łatwiej przyswoiłem King Crimson. Może chórki nie są potrzebne, ale w sumie dobrze, że są, bo przynajmniej nie plagiatuje całkowicie, tylko dodaje coś od siebie. Może nie za dobrze mu to wychodzi, ale chociaż próbuje.
Znaczy, dodatków jest masa: ale klimat jakby podobny.
Ale to chyba dobrze o nim świadczy.
Tak tak, ale to chyba kwestia wypadkowa tego, że po prostu sam Stefan robi tam tak naprawdę dosyć mało.
No nie wiem, chyba jeszcze na Grace for Drowning to on miał najwięcej do powiedzenia. Dopiero na Ravenie, który jest słabszy IMO gra tak naprawdę zespół.
Ale już na Get All You Deserve... Stefan tak naprawdę jedyne co robi, to czasem zagra coś na gitarce, klawiszach i pośpiewa - reszta to jego kompozycje, ale 'obsługiwane' przez zespół.
No tak, ale ktoś to musiał skomponować. Ciężko, żeby sam przecież na wszystkim grał. Dobrał sobie bardzo dobry zespół i chwała mu za to.
Słucham nowego Stefana i mam bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony te retro progowe aranżacje są naprawdę pomysłowe i nie da się do nich przyczepić. Z drugiej strony nudne, nijakie melodie i smętne zaśpiewy są bardzo irytujące. W dodatku na płycie Stefan przejawia radiowe ciągoty, które niestety polegają na zniżeniu się przez niego do poziomu radiowej papki.
Nie wiem, może nieco mniej mnie ta płyta nudzi od poprzedniej, ale nadal nie jest dobrze. Takie 5 - 5,5/10
dnia Czw 17:27, 26 Luty 2015, w całości zmieniany 1 raz
Słucham nowego Stefana i mam bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony te retro progowe aranżacje są naprawdę pomysłowe i nie da się do nich przyczepić. Z drugiej strony nudne, nijakie melodie i smętne zaśpiewy są bardzo irytujące. W dodatku na płycie Stefan przejawia radiowe ciągoty, które niestety polegają na zniżeniu się przez niego do poziomu radiowej papki.
Nie wiem, może nieco mniej mnie ta płyta nudzi od poprzedniej, ale nadal nie jest dobrze. Takie 5 - 5,5/10 Szacun, że w ogóle się zabierasz za takie rzeczy 
Jego pierwsze dwie solowe płyty nawet mi się podobały, więc cały czas liczę na to, że jeszcze nagra coś, czego będę w stanie posłuchać.
Nurkowal w szambie, bo tam moglo byc zloto.
W Chinach nurkowali w szambie po ajfona, były ofiary śmiertelne.
W Chinach robi sie zastrzyki w prostate.
Jego pierwsze dwie solowe płyty nawet mi się podobały, więc cały czas liczę na to, że jeszcze nagra coś, czego będę w stanie posłuchać. Może nawet takie dziady jak Łylson mają jakiś tam potencjał do grania spoko muzyki, ale, aby tak się stało, musiałoby ich do tego zmusić coś zewnętrznego - np. zmiana mody w muzyce rockowej. Dopóki muzyki rockowej słuchać będą głównie Janusze w swetrach, dopóki będą się oni zachwycać pierdołowatym, anemicznym brzdąkaniem w gitary doszukując się w nim głębi rodem ze złotych myśli Paolo Coelho, dopóty płyty Łylsonów, którzy przecież nigdy nie należeli do eksperymentatorów-ryzykantów, będą takie jakie są, albo jeszcze gorsze.
A ja sądzę, że Wilson jest tym muzykiem, który mógłby trochę poeksperymentować, tylko trochę podobnie jak King Crimson - chce być też miły szerszej publiczności.
A ja sądzę, że Wilson jest tym muzykiem, który mógłby trochę poeksperymentować, tylko trochę podobnie jak King Crimson - chce być też miły szerszej publiczności.
Dokladnie tak jak Kamil Bednarek, jestem pewien ze on tez by chcial sobie po-eksperymentowac nie jednym sposobem, ale chce tez trafic do szerszej publiki. Na przyklad grubasow. Ze niby nie ten poziom? Roznica kunsztu? Taka sama jak miedzy Wilusiem i Frypem.
A ja sądzę, że Wilson jest tym muzykiem, który mógłby trochę poeksperymentować, tylko trochę podobnie jak King Crimson - chce być też miły szerszej publiczności.
Dokladnie tak jak Kamil Bednarek, jestem pewien ze on tez by chcial sobie po-eksperymentowac nie jednym sposobem, ale chce tez trafic do szerszej publiki. Na przyklad grubasow. Ze niby nie ten poziom? Roznica kunsztu? Taka sama jak miedzy Wilusiem i Frypem.
Ja tam sądzę po prostu, że Wilson też na chleb chce zarobić i wypuszcza muzykę ze zbalansowanym ciężarem. Nie jest to przecież zwyczajny rock, dzięki czemu słuchacz może mieć poczucie słuchania "czegoś lepszego", z drugiej strony nie zaspokaja ona forumowiczów. Biorąc pod uwagę jednak inspiracje i to jaką muzyką Stefan się interesuje można ze śmiałym prawdopodobieństwem stwierdzić, że chciałby kiedyś zrobić coś bardziej odjechanego. Pytanie tylko, jakby to wyszło.
Naprawdę sądzisz, że Wilson to nie jest "zwykły rock"?
Naprawdę sądzisz, że Wilson to nie jest "zwykły rock"?
Sądzę, że trzeba być obiektywnym. Poziom dzisiejszego rocka jest niski i słychać trochę większy warsztat i umiejętność komponowania u Wilsona. Chociażby na trzech pierwszych solowych płytach, bo tej ostatniej jeszcze nie słyszałem.
Sądzę, że trzeba być obiektywnym. Poziom dzisiejszego rocka jest niski i słychać trochę większy warsztat i umiejętność komponowania u Wilsona.
Jak to bylo? W krainie slepcow jednooki jest krulę?
Sądzę, że trzeba być obiektywnym. Poziom dzisiejszego rocka jest niski i słychać trochę większy warsztat i umiejętność komponowania u Wilsona.
Jak to bylo? W krainie slepcow jednooki jest krulę?
No chyba coś w tym jest. Nie widzę na obecnej scenie progresywnej żadnego artysty, który mógłby z nim konkurować. Jeżeli Wilsona szanuje nawet Fripp, to musi w nim coś być.
Fryp jest juz starym impotentem i doradzam sceptyczne podejscie do tego co gada.
Fryp jest juz starym impotentem i doradzam sceptyczne podejscie do tego co gada.
No ale jednak swoje w życiu słyszał i na pewno szajba mu tak nie odjebała, żeby zadawać się z kolesiem, którego nie szanuje.
Fripp swego czasu chwalił koniobijców masakrujących Red na koncercie G3, także facet po prostu ma wywalone na pewne kwestie i ma zupełnie inne podejście do tematu niż muzyczne sensu stricto. Nie wiem, za mało śledzę współczesną scenę, żeby wygłaszać sądy na temat jakości Stefka w odniesieniu do tego co jest teraz.
Fripp swego czasu chwalił koniobijców masakrujących Red na koncercie G3, także facet po prostu ma wywalone na pewne kwestie i ma zupełnie inne podejście do tematu niż muzyczne sensu stricto.
Ano, wlasnie o to kaman. Fryp nagral troche git rocka sto lat temu, ale to nie znaczy, ze przez to bredzic nie moze.
To znaczy, nie uważam, że Robert zwariował na starość i teraz bredzi, ale kierowanie się autorytetem Roberta w kwestii szanowania Stevena jest po prostu błędem logicznym, bo Stefka można szanować na przykład za umiejętności w remasterowaniu nagrań, także tu kwestie muzyczne mogą zupełnie nic nie mieć do rzeczy. Albo dobrze im się razem pije, o.
No masz rację Filas, ale przecież Fripp grał u Wilsona, zresztą jak kilku innych muzyków King Crimson bodajże, a w byle gównach palców nie maczali.
No nie, akurat z tym bywało różnie, bo muzycy nie grają ze sobą koniecznie z racji realizowania jakichś wyższych celów w muzyce, wiele kolaboracji było jedynie na zasadzie grania u siebie nawzajem, bo po prostu się kogoś lubiło, także wiesz.
Fripp grał z Blondie i to w czasach gdy jeszcze miał dużo do powiedzenia, o ile to jest spox album w sumie, fajne popowe granie, to twierdzenie, że Blondie jest na nie wiadomo jak wysokim poziomie to troszkę śmieszne.
Fripp grał u Wilsona, zresztą jak kilku innych muzyków King Crimson bodajże, a w byle gównach palców nie maczali.
U Wilsona w ogóle wielu całkiem spoko muzyków grało.
Adam Holzman, co gra na jego płytach solowych to naprawdę niezły klawiszowiec. Grał u Milesa Davisa (na Tutu, ale kurna grał), Lenny White'a, a w zeszłym roku pojawił się u nawet Ornette'a Colemana.
Theo Travis, saksofonista, też z płyt solowych SW grał na licznych, późnych płytach znanych i mniej znanych projektów prog rockowych, w tym na kilku albumach Gong, czy płytach solowych muzyków kanterberiańskich.
Richard Barbieri, klawisz od Porcupine Tree był członkiem legendarnego (nie tylko wśród Januszy proga, chociaż wśród nich także) zespołu Japan, z którego wywodzi się również David Sylvian.
Gavin Harrison jest chyba każdemu znany, bo to aktualny perkusista King Crimson, do którego trafił z Porcupine Tree.
Zasadniczo Stefan zawsze otacza się muzykami przynajmniej dobrymi, a często wręcz legendarnymi, jak Levin, Hackett, Dave Stewart, czy właśnie Fripp (chociaż w tym wypadku to Stefan pracował przy muzyce Frippa nie na odwrót).
O czym to świadczy? O tym samym o czym świadczy fakt, że ludzie z dyplomami humanistów, zdobytymi na dobrych Polskich uczelniach szczerze popierają PełO - że jak ktoś jest głupi z przyrodzenia to żadne nauki nie pomogą. Jak ktoś jest nudziarzem to nawet gdyby zagrał z nim Domenico Scarlatti, przy komponowaniu pomagał mu Christian Vander, a realizację wziąłby Teo Macero to i tak nic nadzwyczajnego z tego nie będzie, bo cały, główny zamysł tej muzyki jest nudziarski i smętny. A, że Frippowi się to podoba? Zdarza się. Dopóki Fripp sam nie zacznie czegoś takiego grać niewiele mnie jego gusta obchodzą.
Dopóki Fripp sam nie zacznie czegoś takiego grać niewiele mnie jego gusta obchodzą.
https://www.youtube.com/watch?v=NpAypeS_uKU
Dopóki Fripp sam nie zacznie czegoś takiego grać niewiele mnie jego gusta obchodzą.
https://www.youtube.com/watch?v=NpAypeS_uKU
Nie ma to nic wspólnego z Wilsonem. I w ogóle cały ten album to przyjemny sophisti-pop.
No, też uważam to za całkiem miły album.
Steven Wilson powinien mieć prawny zakaz tworzenia muzyki po tym, co odwalił na ostatnim albumie (i w sumie przez ten projekt z tym gościem z Opeth też). Lepiej żeby został przy produkcji i obróbce dźwięku, bo w tym faktycznie jest dobry.
Ale remaster Lizarda to moim skromnym zdaniem Stefek totalnie spierdolił. Zwłaszcza suitkę.
Tak sobie pomyślałem o Wilsonie, że to, co zrobił David Bowie na "Blackstar", a na pewno to, co zrobił w utworze tytułowym, to dokładnie to, co bosonogi chciał stworzyć solowo, ale jest po prostu słabszym artystom.
Nie wiem, może się mylę, wpadłem na to dziś.
jest po prostu słabszym artystom.
Kolego, jesteśmy na Elektrodzie, będzie ban 
jest po prostu słabszym artystom.
Kolego, jesteśmy na Elektrodzie, będzie ban 
Nie rozumiem? Chodzi o te forum co się nazywa elektroda?
chodzi o końcówkę (doczepionego penisa)
Penisa doczepianego artystom.
Pewnie ma zasilacz z czarnej listy i mu się coś z klawiaturą przez to pierdoli. Temat był poruszany wielokrotnie, odsyłam do google. ZAMYKAM.
Zainspirowany dyskusją o "post rocku", która odbyła się kiedy indziej i gdzie indziej byłem łaskaw sięgnąć po nagrania zespołu Bark Psychosis. Jest na nich w zasadzie dokładnie to samo, co na płytach Wilsona, tylko, że, w przeciwieństwie do większości jego dokonań u Barków:
- muzyka faktycznie jest nowoczesna (20 lat temu). Żeby aż nowatorska to chyba nie, ale nowoczesna z pewnością. - zespół naprawdę sensownie czerpie z dawnych wzorców. Nie zrzyna, nie cuduje, nie kombinuje, tylko przetwarza z użyciem mózgu. - utwory są bardzo nastrojowe, ale nie są nudne. Okej, trzeba ich może posłuchać trochę więcej, ale jak się posłucha okazuje się, że nie są. - rzeczywiście coś się w tych kawałkach dzieje. Nie Bóg wie co, ale coś tak. Jak to w dobrym art rocku. - kompozycje są fajne i miejscami dość chwytliwe. To nie jest pseudoartystyczne smędzenie z braku pomysłu na cokolwiek innego. - twórczość zespołu wniosła coś do muzyki rockowej. Może nie strasznie dużo, ale wniosła.
Kontakt z tą muzyką uświadomił mi, że Stefan nie ma absolutnie nic do powiedzenia. Nic! Okazuje się, że nawet w tej swojej dziedzinie - współczesnego, anemicznego art rocka - jest totalnie przeciętny i bezpłciowy. Może i ma momenty, może i nie gra gówna, ale jest to muzyk, którym kompletnie nie warto się interesować. Jest to chyba największa strata czasu w całym rocku progresywnym. Serio. Bo prawda jest taka, że typowej prog chujowizny słuchają ludzie, którzy dokładnie takich rzeczy chcą słuchać - Pendragonów, *Zespół ten jest tak potworny, że jego nazwa została ocenzurowana*ów, Hakenów i Gazpachów. Po Wilsonowe nudy sięgają jednak ci, którzy szukają w progu czegoś ciekawszego. A on na ogół sprowadza ich na dno.
Myliłem się. Steven Wilson jest największym szkodnikiem w rocku progresywnym.
Bark psychosis - eyes & smiles
dnia Wto 18:16, 19 Styczeń 2016, w całości zmieniany 2 razy
Fajne to jest, bo niby rock, a sposób komponowania podobny nieco do ambientu czy trip-hopu. Gdy porównywać to z Łylsonem rzuca się w uszy brak ciągotek w kierunku mainstreamowego brit-popu, u Łylsona słyszalnych na każdym kroku. Natomiast jeszcze ciekawiej wypadłoby porównanie tego do Archive (Przypomnę, że "Again" szturmuje co roku Trójkowy top wszechczasów). W takim wypadku smutna refleksja zamienia się w śmiech na sali.
Archive to w ogóle jest śmiech na sali. Z jednej strony to nie jest żaden syf totalny, istnieją dużo, dużo gorsze rzeczy, ale to, jak ten zespół jest hołubiony w niektórych kręgach to kpina. Chociaż może...
...może Again jest w tym całym topie tak wysoko, bo lista propozycji jest długa i ułożona alfabetycznie, więc ludziom chce się czytać tylko to, co u góry?
Archive to w ogóle jest śmiech na sali. Z jednej strony to nie jest żaden syf totalny, istnieją dużo, dużo gorsze rzeczy, ale to, jak ten zespół jest hołubiony w niektórych kręgach to kpina. Tobie ta płyta skojarzyła się bardzo z "poprawionym" Łylsonem, ja tu natomiast właśnie słyszę jakby mocno "poprawione" Archive. Podobna jest ta transowy, trip-hopowy nastrój, a nawet w niektórych momentach wokal mi się kojarzy.
Może trochę - może po prostu przypomina jedno i drugie. Ale z pewnością jest to "poprawione" i to bardzo 
Bark Psychosis na pierwszej płycie brzmi trochę jak Talk-Talk z końcowego okresu. Bardzo lubię, niemniej nie wiem czy ...Dustsucker nie jest lepszym z dwóch albumów. I to jest ten słynny zespół, na cześć którego Simon Reynolds wymyślił termin "post-rock".
dnia Śro 03:05, 20 Styczeń 2016, w całości zmieniany 1 raz
Dustsucker jest spoko, ale Hex mi się sporo bardziej podoba. A czy tak bardzo przypomina Talk Talk? Jest jednak dużo bardziej wyraziste, estetyka jest inna (słychać, że TT to jednak lata 80', zaś BP 90'). Na pewno się nimi inspirowali, ale grają inaczej.
Wilson jest zarówno szkodnikiem jak i drogowskazem do muzyki w której się tutaj ludzie zasłuchują.
Faktem jest, że jego twórczość może zaciekawić kogoś, kto dopiero co poznał taką muzykę i prędzej czy później skłoni go do poszukiwań muzyki podobnej. Czy ktoś stwierdzi po latach, że w sumie ten Wilson nic wielkiego nie stworzył, czy postawi mu ołtarz to zupełnie inna sprawa. Moim zdaniem w tym momencie określa się czym dla danej osoby jest muzyka i czego w niej szuka. Chyba nikt nie ma złudzeń, że aktywni użytkownicy tego forum należą do niszy i niczym dziwnym jest, że ktoś woli *Zespół ten jest tak potworny, że jego nazwa została ocenzurowana*, Marillion czy inne zespoły. Co najwyżej możemy tego nie rozumieć, nie pochwalać, ale w żadnym razie nie jest to dziwne.
Powiem tak, gdy poznałem parę płyt Rypdala to z miejsca zrozumiałem od kogo Stefek miał pomysł na materiał z koncertówki, który tak mnie urzekał. Facet ma świetne wpływy, to jest pewne.
dnia Czw 02:11, 21 Styczeń 2016, w całości zmieniany 1 raz
Wilson jest zarówno szkodnikiem jak i drogowskazem do muzyki w której się tutaj ludzie zasłuchują.
Faktem jest, że jego twórczość może zaciekawić kogoś, kto dopiero co poznał taką muzykę i prędzej czy później skłoni go do poszukiwań muzyki podobnej. Czy ktoś stwierdzi po latach, że w sumie ten Wilson nic wielkiego nie stworzył, czy postawi mu ołtarz to zupełnie inna sprawa. Moim zdaniem w tym momencie określa się czym dla danej osoby jest muzyka i czego w niej szuka. Chyba nikt nie ma złudzeń, że aktywni użytkownicy tego forum należą do niszy i niczym dziwnym jest, że ktoś woli *Zespół ten jest tak potworny, że jego nazwa została ocenzurowana*, Marillion czy inne zespoły. Co najwyżej możemy tego nie rozumieć, nie pochwalać, ale w żadnym razie nie jest to dziwne.
Ale jak czegoś nie rozumiemy, to jest dziwne...
Ale jak czegoś nie rozumiemy, to jest dziwne...
Nie do końca. Niezrozumienie może wynikać z wielu rzeczy. Możemy nie rozumieć wielu rzeczy, nawet akceptować je, a nadal uważać za dziwne.
yyy... bez sensu to co mówisz, no jak czegoś nie rozumiemy to jest to dla nas dziwne, nie wiem o co kaman tobie
Ciekawy blog o koncertowej działalności Wilsona i różnych innych jego projektów: http://stevenwilsonlive.blogspot.com/
Bodajże jutro wychodzi nowa płyta (nie wiem, czemu ludzie nazywają to epką, skoro trwa tyle co np. Close to the Edge). Zapowiada się lipnie - Wilsonowi odwaliło i zaczął coverować sam siebie (Don't Hate Me z albumu Stupid Dream) twierdząc, że z nowymi muzykami zabrzmi to wreszcie tak, jak powinno (sic!) I tak media i fani uznają to za dzieło geniusza.
Minęła mi już dawno faza fascynacji muzyką tego człowieka. Obecnie twierdzę, że nagrał całkiem sporo dobrych czy nawet bardzo dobrych utworów (gdzieś do 2003 roku/Together We're Stranger, choć Insurgentes też niezłe, potem zaczął nagrywać lipne albumy, zwłaszcza dwie ostatnie solówki), ale najlepsze lata ma już za sobą. Wokalistą wybitnym nigdy nie był (ani nawet dobrym, ale jak miałby być z takimi warunkami głosowymi). Im mniej wyrazista muzyka, tym bardziej to słychać.
zaczął coverować sam siebie (Don't Hate Me z albumu Stupid Dream) twierdząc, że z nowymi muzykami zabrzmi to wreszcie tak, jak powinno (sic!)
Shesmovedon
Wspomniany gdzieś wcześniej remaster Up The Downstair.
Chciałoby się zaśpiewać "aaaaaaale to już byłoooooooo".
Cóż, facet znany jest z tego, że lubi różne motywy wykorzystywać wielokrotnie, ciągle coś poprawiać, zmieniać itd. Co samo w sobie nie jest wadą, a może być zaletą.
Przesłuchałem sobie 4 1/2 i powiem tak: rewelacji nie ma, ale bubla też nie. Ot, solidna płytka. Takie 5-6/10. Głos Ninet Tayeb pasuje bardziej do muzyki pop niż do rocka. Don't Hate Me specjalnie się nie różni od oryginału poza tym, że w miejsce Travisa gra Holzman (zupełnie co innego, ale jest git). No i My Book of Regrets - co to jest i po co tam ta solówka z kosmosu wzięta!? To powinno być ucięte na 2:25 - i byłaby dobra piosenka - a tak jest dziesięciominutowe okropieństwo.
Z topem Trójki jest w ogóle ten problem że zestaw rzeczy do głosowania układają w Trójce i od czasu kiedy powstała strona www Trójki i pierwszy raz zobaczyłam ten zestaw celem zagłosowania (milion lat temu) a rokiem obecnym kiedy sprawdziłam z czystej ciekawości bo cały Twitter się tym podniecał, zestaw utworów się po prostu nie zmienił (chyba doszło tylko Archive, Coma, Gotye, Adele i jakieś Myslovitz choć tego ostatniego nie jestem pewna). Dalekie to od topu wszechczasów czy nawet topu ubiegłego stulecia, a często nie ma w zestawie nawet najlepszych utworów poszczególnych artystów. Z jazzu tam jest chyba tylko Louis Armstrong.
Again jest w zasadzie utworem pokolenia trzydziestolatków w Polsce który towarzyszył im przez rok na LP3 w różnych sytuacjach, sama mam duży sentyment do tego utworu (do tego wolę go od Brothers in Arms zupełnie obiektywnie). I właściwie chyba na tym polega cały fenomen; myślę że Wilsona również, z tą różnicą że Wilson nie nagrał takiego hitu na który by masowo głosowano.
Zresztą o dziwo to nie tylko polski fenomen, kiedyś z ciekawości nominowałam Again w naszym best song game na forum tenisowym i ludzie z całego świata, którzy w przeważającej większości tego nie znali, rzucili się do głosowania, a różne twory Wilsona są tam nominowane dość regularnie, ale kariery nie robią.
Ale nie wygrałam z Archive, musiałam wyciągnąć Eskaton żeby raz w życiu to wygrać (i przy okazji wystraszyć 70% głosujących ) W tym miesiącu mam Theme de yoyo 
do tego wolę go od Brothers in Arms zupełnie obiektywnie I właściwie chyba na tym polega cały fenomen; myślę że Wilsona również, z tą różnicą że Wilson nie nagrał takiego hitu na który by masowo głosowano. Sama sobie przeczysz w jednym zdaniu. Archive stało się popularne przez nagranie przeboju, a Łylson tak samo, tylko nie nagrał przeboju.
Już gdzieś to pisałem, ale powtórzę swoje zdanie: Łylson, Archive czy inne anemic-progi to są gorsze (w sensie mniej oryginalne i mniej przebojowe) wersje Radiohead. Gdyby nie wylansowanie przez Radiogłowych i im podobnych anemic-rocka na muzykę dla młodzieży w okularkach i sweterkach, nikt by w ogóle tego końcem kija nie tykał. Fenomen Łylsona polega na tym, że zauważył iż anemicy grają podobnie, jak Pink Floyd na pierwszej stronie Meddle i postanowił dołączyć do tego coś na podobieństwo drugiej. A że konkurencja była marna, to się przyjęło.
Cóż, facet znany jest z tego, że lubi różne motywy wykorzystywać wielokrotnie, ciągle coś poprawiać, zmieniać itd. Co samo w sobie nie jest wadą, a może być zaletą.
Przesłuchałem sobie 4 1/2 i powiem tak: rewelacji nie ma, ale bubla też nie. Ot, solidna płytka. Takie 5-6/10. Głos Ninet Tayeb pasuje bardziej do muzyki pop niż do rocka. Don't Hate Me specjalnie się nie różni od oryginału poza tym, że w miejsce Travisa gra Holzman (zupełnie co innego, ale jest git). No i My Book of Regrets - co to jest i po co tam ta solówka z kosmosu wzięta!? To powinno być ucięte na 2:25 - i byłaby dobra piosenka - a tak jest dziesięciominutowe okropieństwo.
Nie zgodzę się. Płyta jest jeszcze nudniejsza niż którakolwiek poprzednia. Tu nie ma żadnego udawania King Crimson, ani Pink Floyd, które Stefciowi nieźle wychodziło, ani nawet granie retro-rocka jak w Grace for Drowning. Jakbym słyszał Opeth, parodię ambientu, *Zespół ten jest tak potworny, że jego nazwa została ocenzurowana*, pitolenie na gitarce, a całość polana do tego szambem. 5-6/10 to IMHO mocno zawyżona ocena.
Płyta jest jeszcze nudniejsza niż którakolwiek poprzednia
To jest technicznie niewykonalne.
Powinieneś Kapitanie wiedzieć, że Stefan Wilson jest człowiekiem wielu talentów i dla niego niemożliwe nie istnieje 
Powinieneś Kapitanie wiedzieć, że Stefan Wilson jest człowiekiem wielu talentów i dla niego niemożliwe nie istnieje
Właśnie się tego dowiaduję. Faktycznie płyta jest niesamowicie nudna. Ale najgorsze jest, że to jest tak strasznie pretensjonalne, jak chyba nigdy wcześniej. Ze zdziwieniem stwierdzam, że jest temu dość blisko stylistycznie do Gównoside. Chyba najgorsza rzecz jaką nagrał. Na pewno najgorsza jaką nagrał i ja ją słyszałem. Zgroza.
EDIT: w ogóle wygląda na to, że po świetnej płycie Bowiego rok 2016 szuka równowagi. Stąd ta potworna chujowizna Wilsona, Dream Theater i z pewnością wielu innych.
dnia Pon 14:48, 25 Styczeń 2016, w całości zmieniany 1 raz
Powinieneś Kapitanie wiedzieć, że Stefan Wilson jest człowiekiem wielu talentów i dla niego niemożliwe nie istnieje
Właśnie się tego dowiaduję. Faktycznie płyta jest niesamowicie nudna. Ale najgorsze jest, że to jest tak strasznie pretensjonalne, jak chyba nigdy wcześniej. Ze zdziwieniem stwierdzam, że jest temu dość blisko stylistycznie do Gównoside. Chyba najgorsza rzecz jaką nagrał. Na pewno najgorsza jaką nagrał i ja ją słyszałem. Zgroza.
EDIT: w ogóle wygląda na to, że po świetnej płycie Bowiego rok 2016 szuka równowagi. Stąd ta potworna chujowizna Wilsona, Dream Theater i z pewnością wielu innych.
I po bardzo przeciętnym Black Sabbath, co prawda tylko EPka, ale jednak
do tego wolę go od Brothers in Arms zupełnie obiektywnie Jak można obiektywnie woleć coś, to ja nie wiem. Ja jak lubię coś, co jest obiektywnie dobre, albo wolę coś obiektywnie lepszego, to wciąż lubię/wolę subiektywnie. Masz jakiś niezwykły dar obiektywnego lubienia, czy może jesteś tym poszukiwanym przez filozofów "obiektywnym obserwatorem"?
Sama sobie przeczysz w jednym zdaniu. Archive stało się popularne przez nagranie przeboju, a Łylson tak samo, tylko nie nagrał przeboju.
Już gdzieś to pisałem, ale powtórzę swoje zdanie: Łylson, Archive czy inne anemic-progi to są gorsze (w sensie mniej oryginalne i mniej przebojowe) wersje Radiohead. Gdyby nie wylansowanie przez Radiogłowych i im podobnych anemic-rocka na muzykę dla młodzieży w okularkach i sweterkach, nikt by w ogóle tego końcem kija nie tykał. Fenomen Łylsona polega na tym, że zauważył iż anemicy grają podobnie, jak Pink Floyd na pierwszej stronie Meddle i postanowił dołączyć do tego coś na podobieństwo drugiej. A że konkurencja była marna, to się przyjęło.
Nie wiem, gdzie tu zaprzeczenie? Czy Łylson ma jakiś taki hit na który się masowo głosuje? Może ostatnio nagrał, nie będę się sprzeczać, ale jak słuchałam LP3 to najwyżej chyba było Blackfield, parę tygodni w top 5. Archive było już wtedy w topie wszechczasów. A jednak Łyson stopniowo wyrobił sobie opinię guru współczesnej muzyki - pewnie z tego powodu który podajesz - braku konkurencji.
Archive przy całej mojej sympatii do nich, zwiększonej pozamuzycznymi powodami, mają całą masę fillerów, a ich najfajniejsza w całości płyta to akurat ten trip hop z 1994. Z nowych rzeczy, słyszałam parę singli, nic z nich nie pamiętam i nawet nie chce mi się szukać tego ponownie, kiedy można w tym czasie oceniać drugoligowe afrobeaty.
Radiohead są o kilka lig wyżej, chociaż to też dość ciekawe, że ich jedynym utworem w topie wszechczasów jest Creep, bo to nawet nie jest zbliżone do ich najlepszych rzeczy, a mimo to, to chyba ich największy globalny hit? (tbh to pierwsze RH jakie słyszałam i wtedy mi się podobało)
"Anemic-progi" 
Steven Wilson walczący o kulturę słuchania muzyki (to ma jeszcze dalsze części): https://www.youtube.com/watch?v=06JWDLTx4l0
Jestem zażenowany.
"Anemic-progi"
A jest inaczej? Radiohead z progresją ma o wiele więcej wspólnego niż newprogowe zespoły typu Muse, czy The Mars Volta o Stefciu nie wspominając. Nawet na OK Computer.
TMV ma charakterystyczny progowy przesyt 
Nie wiem, akurat czepiania się Radiohead nie zrozumiem, bo dobra, jasne, żadna to nowoczesna i odkrywcza muzyka, ale na pewno nie jest zła i na pewno Radiogłowi mają więcej wyczucia od wielu rówieśników czasowych, jak i gatunkowych.
Zestawić Muse i Radiohead? No kurwa, bez jaj.
dnia Śro 03:20, 27 Styczeń 2016, w całości zmieniany 1 raz
TMV ma charakterystyczny progowy przesyt 
Nie wiem, akurat czepiania się Radiohead nie zrozumiem Nie wiem, gdzie tu zaprzeczenie? Czy Łylson ma jakiś taki hit na który się masowo głosuje? ich jedynym utworem w topie wszechczasów jest Creep, bo to nawet nie jest zbliżone do ich najlepszych rzeczy, a mimo to, to chyba ich największy globalny hit? Bo to jest manifest anemic-rocka. Zarówno pod względem muzycznym jak i tekstowym. To jak się pytać dlaczego "My Generation" Whojów stał się takim wielkim hitem, skoro było parę lepszych rockowych utworów w tym czasie.
Zestawić Muse i Radiohead? No kurwa, bez jaj.
A dlaczego nie? Stwierdziłem wyraźnie, że Radiohead uznawany "tylko" za alternatywę ma z progiem więcej wspólnego niż podobno uchodzący za (nowo)progresywny Muse
Zestawić Muse i Radiohead? No kurwa, bez jaj.
A dlaczego nie? Stwierdziłem wyraźnie, że Radiohead uznawany "tylko" za alternatywę ma z progiem więcej wspólnego niż podobno uchodzący za (nowo)progresywny Muse
Jedną z tych kapel znam tylko nieźle, a drugą - niestety - w bardzo dużym stopniu i zdecydowanie nie jestem zwolennikiem stawiania ich na jednym poziomie. Krytycy krytykami i pierdolenie magazynów swoje, ale to jednak jest inna klasa.
Dobra, skoro anemic-rock to nie obelga to nie było tematu 
|
|